Potop
reżyseria: Jerzy Hoffman
Tym razem uparłem się, że nie zasnę w połowie i obejrzę do końca. Udało się. I kurczę, nie było tak źle! To już nie czasy licealne i inaczej podchodzi się do filmów, które normalnie trzeba było wtedy z panią polonistką w kinie oglądać. „Pan Tadeusz” mi się od razu spodobał, „Ogniem i mieczem” podeszło za którymś razem. Owszem, zdarzały się i kupy pokroju „Zemsty”. Ale generalnie teraz pomysł z ekranizacjami książek nie wydaje się taki zły, zwłaszcza jeśli ktoś robił to dobrze. Choć nie ma co ukrywać, najlepiej wychodziło to parę dekad temu, gdy jeszcze nie było skazy kapitalizmu, a Polska była krainą sierpem i młotem płynącą.
Ale poważnie. Leon Niemczyk świętej pamięci (który również i w „Potopie” zagrał, jakżeby inaczej) powiedział jakiś czas temu tak, że komuna jaka by nie była, to jednak ówczesne władze jakoś bardziej dbały o kulturę i kino niż teraz. Oczywiście, cenzura powodowała, że idealnie nie było, ale jednak wtedy jakoś wszystkim bardziej się chciało, by powstało dobre dzieło. I twórcom, i „opiekunom”.
Nie ma najmniejszych wątpliwości, że „Potop” to właśnie sztandarowy przykład, gdy chciało się wszystkim. Wielki, epicki film, międzynarodowa koprodukcja (ofkors bardziej z tymi na Wschodzie), najbardziej wyczekiwany przez naród film. Kto zagra Kmicica? A kto Oleńkę?
Chyba bzdurą byłoby opowiadać o tym, o czym jest „Potop”, co nie? Tylko hasłami zarzucimy. XVII wiek. Jan Kazimierz. Najazd Szwedów na Polskę. To w skali makro. W skali mikro: Andrzej Kmicic. Lubi Oleńkę. Ona go też. Ale on jest porywczy i sieje terror. Ona przez to przestaje go lubić. Polubi go znowu, gdy wstępuje on do woja. Ale zostaje nikczemnie wykorzystany i zostaje przy zdrajcy hetmanie. Oj, teraz to już będzie naprawdę musiał się zrehabilitować. Ale najpierw musi uświadomić sobie swój błąd.
Przyznam, że jestem zblazowany ignorant i tak bardzo mało mnie robi aspekt historyczno-patriotyczny całości. Imponują sceny bitewne, ale tylko wtedy, gdy weźmie się pod uwagę miejsce i czas powstania. Bo porównując do standardów dzisiejszych amerykańskich, to tak niezbyt jest (choć np. porównując do polskich dzisiejszych, to się okazuje, że kiedyś bywało lepiej, ale przyczyny tego znajdziecie na początku notki). Dlatego zwraca uwagę inny aspekt filmu. To wszystko, co w skali mikro. Aktorstwo na przykład.
I na przykład można dostrzec, że damn! Daniel Olbrychski to naprawdę kolo! Za taką rolę to się w Stanach dostaje Oscara. No bez kitu. Zresztą, Oscar należy się jeszcze jednej roli. Kategoria: drugi plan, rola męska. Świętej pamięci Tadeusz Łomnicki w roli Michała Wołodyjowskiego. Wcześniej nie rozumiałem, dlaczego Zbigniew Zamachowski tak był krytycznie oceniany za rolę Wołodyjowskiego w „Ogniem i mieczem”. Teraz już wiem dlaczego. Choć może rzeczywiście, jak to Olbrychski powiedział w dodatku do filmu, Zamachowski dał walkowera? Weźmy takie porównanko: Zamachowski-Wołodyjowski w walce z Bohunem i Łomnicki-Wołodyjowski kontra Kmicic. W „Ogniem i mieczem” mieliśmy małego pierdka, którego zwycięstwo w walce nad Bohunem wyglądało bardziej na fart niż efekt kunsztu szermierczego. W „Potopie” widać kolesia o pewności siebie odwrotnie proporcjonalnej do wzrostu. Nie da się o tej roli powiedzieć nic innego jak: Klasa.
Chick filmu, Oleńka. Gosia Braunek to była fajna dupa kiedyś. I chociaż akurat konfrontacja w kategorii „naczelne dupy” wypada bardziej na korzyść „Ogniem i mieczem” i Izy Scorupco, to jednak Oleńką też można się podjarać. I jednak, choć Scorupco to przecież też Polka, to jednak Braunek wydaje się być bardziej na swoim miejscu i nie mamy odczucia jakiegoś dysonansu typu „błyskotka z zagranicy w polskiej szarzyźnie”.
Kogo tam jeszcze mamy… Złotopolski Leszek Teleszyński jako Bogusław Radziwiłł też stworzył świetną rolę. Krzysztof Kowalewski jako Roch Kowalski… no i reszta świetnych ról, których odtwórcy w zdecydowanej większości już nie żyją. Nachodzi taka refleksja, że żal trochę tych wszystkich aktorów, że nie urodzili się w Stanach. Jestem pewien, że nie tylko na nominacji do Oscara dla najlepszego filmu zagranicznego by się skończyło. Te 30 lat temu nominowanie aktorów z zagranicznych produkcji to była rzadkość. Teraz z kolei, by ktoś dostrzegł w Stanach wartość filmu, najpierw trzeba go rozpromować. Dlatego od paru dekad nie jesteśmy do Oscarów nominowani. Żal ciut.
Taka refleksja smutniejsza. A weselsza jest taka, że chociaż 300 minut na film to jednak przegina i to ostrą, to stwierdzam, że rozumiem już, dlaczego np. mój ojciec ogląda film regularnie co parę miesięcy. Kawał kina i tyle.
(Omawiamy wydanie DVD, czyli musi być słowo o dodatkach. A tych, jak na polski film, jest całkiem sporo. Szkoda tylko, że ktoś tu zdecydowanie bardziej dbał o ilość niż jakość. A szkoda, a szkoda. Chyba najlepiej wypada komentarz Daniela Olbrychskiego i Małgorzaty Braunek. Nawijać przez 4 godziny to jest wyzwanie. I chociaż jednak często poddają się, to jednak i tak niezła sprawa. Cieszy, że nie gadają o jakichś faktach historycznych. Choć czasem nie gadają też o jakichś rzeczach specjalnie istotnych. Stały motyw pogadanek: sztuczne rzęsy Olbrychskiego, co drugi plener to minus 30 stopni zimna. Ale też i jak się okazuje, co scena to w innym plenerze była kręcona. Całą Europę objechali, kurde. Poza tym wśród dodatków obowiązkowe notki o twórcach. Również o Sienkiewiczu. Z Sienkiewiczem jest ciekawiej, bo pan lektor czyta info o nim. Ten sam pan lektor omawia mapy Polski i Europy z XVII wieku. I wygląda to z dodatków najlepiej, choć jednak nudne to troszkę jest. Szkoda, że twórcy DVD bardziej skupili się na aspekcie historycznym filmu. Dlatego nie dowiemy się z dodatków, jak powstawał film. Mamy za to niewątpliwą przyjemność obejrzeć trzy filmy tak ekstremalnie nudne, że aż boli. A przecież można o czymś takim jak historia opowiadać ciekawie. A tu mamy: film z późnego komunizmu o szablach. Produkcja podobna do filmów przyrodniczych pokazywanych na lekcjach biologii. Jest jeszcze film o szlachcie z gadającymi głowami. Fajnie, że możemy ich poznać z nazwiska, ale dlaczego nie dopisano, czy to jest np. historyk, socjolog czy kustosz w muzeum? W tym filmiku ktoś chciał dobrze i monologi tych mądrych głów przeplatane są scenkami z życia szlachty, w którą wciela się m.in. Andrzej „ferdynandkiepski” Grabowski. Ale to już jest tak ekstremalnie nudne, że aż oczy cofają się z przerażenia do jelita. I trzeci filmik – o Janie Kazimierzu. Dwóch historyków odpytywanych przez licealną młodzież. Rzecz z ’96 roku, co widać boleśnie po strojach. Eh, tak się kiedyś nosiło.)
(Update 2026: na zeszłorocznym Timeless Film Festival miałem przyjemność obejrzeć rzecz, którą nazwano „Potop Redivivus” – czyli w praktyce remaster obrazu i dźwięku, ale przede wszystkim skrócenie całości do trzech godzin z hakiem. Czyli dzieło wciąż dość opasłe, ale jednak teraz naprawdę ogląda się z zapartym tchem. Już nie chcę ingerować w poniższą ocenę z szacunku do prawdy historycznej, ale „Potop” w swej pierwotnej wersji to spokojnie dzieło ósemkowe, a w tej nowej wersji spokojnie można dać nawet punkt więcej.)
najlepszy moment: WOŁODYJOWSKI RULEZ
ocena: 7,5/10
