Dodeskaden
kto: Dodeskaden, The Fight, Idol Falls
Elo, dzieciaki. Dzisiaj opowiem Wam o kolejnym odcinku serialu DIY hardcore punkowych koncertów. Tym razem w roli głównej – Szwecja. Dodeskaden.
Ale zanim była gwiazda główna, najpierw trzeba dotrzeć do klubu. Na plakacie jest 18.00, co wydało mi się paranoiczną godziną na rozpoczęcie koncertu, ale i tak przyszedłem pół godziny po. I jak się okazało, niepotrzebnie. Fajnie by było stworzyć jakiś Ruch Na Rzecz W Miarę Punktualnego Rozpoczynania Koncertów. Gdyby każdy przyszedł o tej porze, albo chociaż większość, to może koncert zacząłby się wcześniej. A tak dupa. Czekamy do 20.00.
Więc po takim krótkim wprowadzeniu czas na konkrety. Tradycyjnie przed gwiazdą wieczoru występują dwa polskie supporty. Najpierwsiejszym był Idol Falls z Tczewa. Już kiedyś mieli okazję zagrać w Gdańsku, ale wtedy się nie załapałem. Nadrabiamy straty. Cóż tu mówić – hardcore punk na dwie gitary. Nic dodać, nic ująć. Czyli punkowe rytmy okraszone ciężkim, hardcore’owym brzmieniem. Może się podobać. Choć chyba jednak nie zachwycić. Przynajmniej na razie. Zresztą ciężko było nawet się zaprzyjaźnić z zespołem, skoro grali, o ile mnie zegarek nie pomylił, nie więcej niż 20 minut. W takim czasie mogli co najwyżej narobić smaku. Narobili. Chcę jeszcze. Ale żebym przez ten niedosyt spał po nocach, to bym nie powiedział. Mimo to szacun niezmierny i do zobaczenia na następnym koncercie.
Następnie, po krótkiej (hahaha) przerwie technicznej, wystąpił skład The Fight. Tym razem o jedną gitarę mniej, ale za to z kobietami w składzie. I Niemcem za garami. Ale nie tylko ze względu na skład warto zwrócić uwagę na zespół. Niewątpliwym skarbem jest pani na wokalu. Może nie dysponuje zajebistymi warunkami głosowymi, ale chyba nie o to chodzi. Niesamowicie wysoki, piskliwy głos. W połączeniu z punkowym, stojącym na naprawdę wysokim poziomie wykopem tworzy to ciekawą mieszankę. Nie na tyle, bym słuchał teraz tylko i wyłącznie tego zespołu, ale na pewno na tyle, by z małym utęsknieniem czekać na ich kolejny koncert w Trójmieście. Inna sprawa to attitude zespołu. Już sam merch wiele mówi o poglądach. Girl power czy jakoś tak. Choć pani na wokalu nie dzieliła się jakoś specjalnie poglądami w zakresie praw kobiet, to na kilometr biła od niej pewność siebie, swoich racji, swoich przekonań. Nie było pogadanek o kobietach, ale za to o innych sprawach. Choć np. dedykacji dla strajkujących listonoszy, jak u Idol Falls, nie było. Swoją drogą – fajne jest to, że nawet na tak teoretycznie małe w skali świata sprawy zwraca się uwagę w punkowym ruchu. Anyway, najwięcej jednak ze strony pani wokalistki było próśb o uspokojenie się publiczności. Bo rzeczywiście, jakoś wyjątkowo na koncercie The Fight pogo-wielbiciele dali o sobie znać. A także debile, którzy znaleźli w tym pretekst, by dać upust swej dresiarskiej mentalności. No ale cóż, jak to mawiają – punk rock to nie rurki z kremem. I jeszcze raz dziękujemy zespołowi za dobry koncercik. I szacun za cover Sex Pistols. Czekamy na więcej.
No i na koniec – Szwecja. Tym razem rzadko spotykany na tej scenie zestaw trzyosobowy. Już samym wyglądem zespół zwracał na siebie uwagę. Perkusista, skądinąd wypierdalacz totalny, sprawiał wrażenie dość wyrośniętego chłopca. Na dodatek ciekawa mimika i zachowanie podczas gry. Główeczka na bark i napierdalamy. Pani basistka – postawna dziewoja w dredach. I żeby nie było – również full profeska w kategoriach muzycznych. I pan gitarzysta/wokalista, który wyglądał jak trochę wyrośnięty nastoletni fan Metalliki. Mam nadzieję, że nikt mnie nie odbierze jako beznadziejnego szydercy. Wiecie, chcę, byście za pomocą tej notki mogli koncert nie tylko usłyszeć, ale też i zobaczyć. I tak mniej więcej to wyglądało.
Nie wiem, kto wymyśla te opisy zespołów na plakat, ale czasem wydają mi się zupełnie nietrafione. Coś, co ma być melodyjnym punkiem, okazuje się hardkorowym łomotem. Coś, co ma być crustem, okazuje się oldskulowym punkiem. Wg plakatu Dodeskaden gra „klasyczny skandynawski hardcore/crust”. Nie znam się na klasyce ze Szwecji, ale moje przygłuchawe już ciut ucho nie wyłapało na tym występie ani hardkora, ani tym bardziej crusta. Co było zaś? Momentami bardzo oldskulowo, punkowo. Nie żeby jakoś melodyjnie, ot oldskul w undergroundowym ujęciu. Hardkor – może momentami. A sekundami to nawet ciężar rodem z NYHC. Wokalnie – głównie pan wrzeszczący, ale też i z dodatkami żeńskich wokaliz. Pogadankowo – niezbyt, choć angielszczyzna raczej bez zarzutu. Zapamiętywalność – górne rejony punkowej średniej. Głównie ze względu na kombinowanie. Tu moment z Nowego Jorku, tu oldskul totalny, tu perkusista czymś po raz kolejny zaskoczy, a tu jakiś ciekawy zaśpiew. Nie był to koncert życia, ale na solidną czwóreczkę zespół zapracował. I tylko jakoś dziwnie czas ich koncertu szybko zleciał. Może dlatego, że utwory do najdłuższych nie należały? Dobrze to? Nie wiem. Ale po raz drugi odczułem niedosyt, tym razem znacznie solidniejszy.
najlepszy moment: DODESKADEN – SHIT
ocena: 6,5/10
