David Gilmour

gdzie: Stocznia Gdańska, Gdańsk
kto: David Gilmour
Uoh, nie wiedziałem, że tak długo mnie nie będzie. Wyszło przypadkiem. Więc będzie podsumowanie tego, co było. Ale wpierw i głównie — o rzekomo największym wydarzeniu muzycznym tego roku w Polsce. Tak zapowiadano przed koncertem, a jak się okazało w praniu — możliwe, że NAPRAWDĘ było to największe wydarzenie.
Ale o co chodzi? Równo niemalże rok temu świętowaliśmy 25-lecie Solidarności i jako muzyczne podsumowanie tych obchodów wystąpił Jean Michel Jarre. Nie trzeba było akcentów wspominkowych, by zapachniało historią, bo sam Jarre dla wielu jest artystycznym reliktem przeszłości. Ale dużo luda do Stoczni Gdańskiej wpadło i koncert zobaczyło, i okej, sam przyznam szczerze, mogło się podobać, jeśli nie oczekiwaliśmy rzeczy wielkich. A kontekst historyczny czynił wieczór naprawdę wyjątkowym. Wobec niewątpliwego sukcesu komercyjnego organizatorzy postanowili pójść za ciosem i w tym roku świętować już dwudziestosześciolecie Solidarności, zapraszając kolejną Legendę muzyki. Fajnie, jeśli by się to stało coroczną tradycją. Choć tym razem poprzeczka została uwieszona naprawdę wysoko. Bo chociaż Gilmour wydał niedawno pierwszą od 10 lat płytę „On an Island”, to pomimo iż powszechnie nie uchodzi ona za, delikatnie rzecz ujmując, dzieło wielkie i również o Gilmourze można powiedzieć, że największych rzeczy dokonał dekady temu, to jedno nie ulega wątpliwości — ten koleś znowu jest na topie. Absolutnym.
Ta różnica sprawiła, że bilety kosztowały znacznie więcej niż na Jarre’a (choć chyba fakt, że Jarre zrezygnował ze swojego honorarium też miał wpływ). No ale HELOU, Gilmour — PINK FLOYD, no kto nie wysupła tych 100 złotych?
Tym razem organizatorzy pokombinowali na wzór światowy i najpierw trza było wymienić bilet na opaskę. Trochę dziwne, skoro to nie festiwal parodniowy, a jednowieczorowy happening, no ale okej. Po co stać w jednej kolejce, skoro można postać w dwóch. Uderzamy na nasz sektor. B1. Choć wpierw były wątpliwości, czy nie lepiej gdzieś w droższych sektorach A, to w praktyce się okazało, że był to genialny wybór. Widoczność świetna (no chyba że ktoś ma potrzebę podziwiania zmarszczek na gilmourowej twarzy). Choć sektory C to chyba już by nie było tak słodko.
Zaczyna się wielkie oczekiwanie. Na stojąco, na siedząco, na wesoło, na poważnie, na spokojnie, na gorączkowo („panie, ja tu od piątej stałam, co mi się pan wpycha!”). Ale temperatura naprawdę wzrasta punkt 21.00, gdy gasną światła i na scenę wychodzą spowici wszechobecnym mrokiem muzycy. Gosh, jak ja kocham te momenty. Zaczynają grać… zaraz, o co chodzi, toc to brzmi znajomo… plan imprezy był już od wielu dni doskonale znany — najpierw numery z solowej płyty, a potem pinkfloydowe hity. A tu nagle znajome intro z „Dark Side of the Moon” i to cudowne wejście Gilmoura… „Breathe… breathe in the air”… AAAAAAA!!!!!!! Wszechobecna ekstaza paru pokoleń… Tak, bo chociaż zwłaszcza Polakom bliski jest tematycznie album „The Wall”, to jednak właśnie „Ciemna Strona Księżyca” jest tym Wielkim, Uniwersalnym Ponadczasowym albumem, który bez problemu porusza i rówieśników Gilmoura, jak i tych nastolatków, co wiedzą, że muzyka nie zaczęła się od Pearl Jam i Korna.
Po tym jednak wszystko wraca do normy. Gilmour wita się z publiką (oczywiście „dziękuja!” musi być) i zapowiada odegranie materiału z płyty „On An Island”. Chociaż pogadanki Gilmoura do publiki można by policzyć na palcach jednej ręki (śliczny brytyjski akcent, indeed!), to absolutnie to nie przeszkadzało. Jak ktoś liczył na obrazki z Janem Pawłem II i Lecha Wałęsę czytającego z kartki, to sorr, nie ta liga. Gilmour kupuje publikę dźwiękami, których wielkości nikt nie jest w stanie odmówić (wiecznych malkontentów próbujących błysnąć jakoś w recenzjach nie liczymy).
Okej, jak już wspomniałem — ostatni album Gilmoura wielkim albumem nie jest (przynajmniej jeszcze nie). Przeszkadza zwłaszcza nadmiar sentymentalnych wycieczek, grania może nie tyle do kotleta, ale do posiadówki na kanapie przed kominkiem. Tak czuł, miał tak prawo pograć. Polska zaś nie jest krajem wybranym i chociaż na oficjalnej stronie Gilmoura koncert w Gdańsku był potraktowany wyjątkowo (również ze względu na to, iż był to ostatni koncert na trasie), to przecież wyjątku dla nas nie będzie robił, grając same hity Pink Floyd. Niemniej jednak, choć „On an Island” jest dobrze chodliwym towarem w Polsce, to jednak widać było znudzenie u co poniektórych. I nawet niekoniecznie u tych stefanów, co to przyszli „na Pink Floyd”. Dlatego ta część koncertu wygrywała głównie dwoma dynamiczniejszymi numerami i nietypowymi zagraniami, jak np. Gilmour grający na saksofonie czy banjo. Dobrym rozwiązaniem chyba byłoby wyciąć parę numerów, no ale dobra, koniec narzekania. Gdy dźwięki nie porywały, był czas na rozkminienie aspektów wizualnych wydarzenia. Telebimy — podzielono na 6 części, zgodnie z ilością muzyków na scenie. Czyli, zgodnie z kolejnością „telebimową”, od lewej — Phil Manzanera, niegdyś Roxy Music, dziś wspierający Gilmoura na gitarze, a czasem i wokalu. Guy Pratt, również Roxy Music, ale tym razem bas. Steve Di Stanislao, niegdyś Crosby and Nash, teraz wspomaga Gilmoura perkusyjnym bitem, a czasem i wokalem. Czwarty prostokącik przeskakujemy, bo pana Gilmoura przedstawiać nie trzeba i przeskakujemy do przedostatniej części, bo tu jest bardzo ciekawie. Richard Wright — pinkfloydowe klawisze, a również i wokal. Czyli mamy połowę Pink Floydów na scenie. A nawet i więcej, ale o tym później… Pierwszy z prawej prostokącik zarezerwowano na wizję Jona Carina wspierającego Gilmoura na drugich klawiszach. Ale na tym liczba muzyków się nie kończy. Co jakiś czas pojawiał się pan Dick Parry, który wspiera dźwiękami swego saksofonu Gilmoura od lat, między innymi na „Dark Side of the Moon”. Z lewej strony umiejscowiona była orkiestra Polskiej Filharmonii Bałtyckiej pod kierownictwem Zbigniewa Preisnera. Obecność oczywista ze względu na znaczny udział tego pana na ostatnim gilmourowym wydawnictwie. Ale orkiestra wspierała znacznie również i w pinkfloydowej części koncertu. Choć Gilmour mówił również o Leszku Możdżerze i słychać było partie jego pianina, to operatorzy kamer jakoś nie uchwycili jego obecności. Bardzo szkoda.
Wiadomo, Gilmour to nie młodzieniaszek. Również i jego sceniczni kompani. Dlatego było statecznie aż do bólu (choć bywały wyjątki w dynamiczniejszych częściach koncertu, gdy pan Pratt to nawet chyba podskoczył ze swym bassem). Ale nie nudno. Fajnie, że Gilmour, przy całej swej wielkości i ikonowatości wręcz, na luzie podchodzi do swej działalności i jest w stanie sobie pozwolić nawet na pomyłki, zaczynanie jakiegoś numeru od nowa. Nie było tego aż tyle, by mówić o skandalu, a w magiczny sposób wpływało na interakcję. I nie umniejszało show. Pięknego muzycznie i wizualnie show… ŚWIATŁA! ŚWIATŁA! LASERY! Zapachniało w momentach nagromadzonych efektów świetlnych Jarrem, ale na szczęście nie na tym opierał się koncert, a jedynie wzmacniało wymowę utworów. Brawa i za ten aspekt…
Po godzinie 22.00 następuje około 20-minutowa przerwa. Ale nie ma sensu się nigdzie ruszać, więc wszyscy stoją w miejscu. Gdy po 22.30 znowu gasną światła i Gilmour zapowiada odegranie „Shine On You Crazy Diamond”, rozlega się wrzawa potwierdzająca to, na co jednak czeka publika. Magiczne intro z użyciem… kieliszków? Zupełnie niepodobnie do wersji płytowej, choć już z wejściem gitary Gilmoura robi się bardziej „swojsko”… Ale i tak było inaczej, zwłaszcza że zabrakło „wybuchów” przy tytułowych słowach piosenki. Niemniej i tak był to jeden z najlepszych fragmentów wieczoru. Choć i tak każdy zapewne wymieniłby inną piosenkę w tym miejscu. Więc odnotujmy, co szczególnie mogło się podobać… Znaczna część „Echoes” zaskoczyła, bo przecież jest to hit, ale tylko dla maniaków. „Astronomy Domine” — kolejny piękny ukłon w stronę Syda Barretta, nie tylko jako człowieka, ale i twórcy. „Fat Old Sun”, „A Great Day for Freedom”… to numery dla wybranych. Większość poruszyła się przy Klasykach Absolutnych, zwłaszcza w ujęciu komercyjnym.
„High Hopes”. Ostatni wielki numer Pink Floydów. Udowadniający że i w takiej konfiguracji personalnej mogą być wybitni, co wielbicielom Rogera Watersa oraz jemu samemu nie daje pewnie po dziś dzień spać po nocach (choć dla mnie także „A Momentary Lapse of Reason” to potwierdza – swoją drogą, żal, że jednak „Learning to Fly” się do setlisty nie załapało…). Summa summarum — najbardziej wzruszające parę uderzeń pianina w historii muzyki.
„Wish You Were Here” — to z kolei jedna z najbardziej wzruszających pieśni ever. I znów Barrett. I wszyscy Ci, których żal, że nie ma… Może maniacy Pink Floydów oburzają się, jakie numery wymieniam za highlighty wieczoru, ale sorry — każdy uwielbia Pink Floyd za co innego. Więc jako ostatni wielki numer wieczoru wymieniam…
„Comfortably Numb”… czyli „The Wall”. Stefanowie pewnie liczyli, że zabrzmi „Another Brick in the Wall pt. 2”, no ale oczekiwania stefanów przemilczmy. Sam numer jest piękny i na pewno jeden z największych na koncie Gilmoura, ale dużo tutaj znaczy fakt, że zabrzmiało coś z „The Wall”. Albumu, który, jak już wspomniano, jest autobiograficznym wyrzutem Watersa, ale Polakom w szczególności bliski. Dlatego nawet jeśli prawdopodobnie zupełnie nieświadomy, to jednak miły gest w stronę publiki.
I tym właśnie numerem zakończył się ten ponad trzygodzinny występ. Sporo. Ale to nie Kult. To Pink Floyd, zespół, który mógłby grać i 7 godzin i by nie zmęczył.
Pink Floyd? Przecież Roger Waters mówi otwarcie: „Pink Floyd to ja”. Jeśli ktoś jest masochistą i lubi się katować muzycznymi odzwierciedleniami kompleksów tego basisty (gwoli sprawiedliwości — czasem naprawdę udanych, jak „The Wall” czy „Amused to Death”, a może i nawet „The Final Cut”, częściej jednak męczących), to pewnie się z tym stwierdzeniem zgodzi. Ja jednak cenię Pink Floyd za Melodie, kojący głos Gilmoura i jego przecudownozajebiste partie gitary. Dodać do tego monumentalność wieczoru, obecność Wrighta i Parry’ego i wychodzi nam zaskakujący, ale cieszący rezultat. Że Pink Floyd to David Gilmour. I naprawdę, niczego mi nie brakowało.
Byliśmy świadkami występu Pink Floyd w Polsce. W Gdańsku. Jak się z tym czujecie? Bo ja przezajebiście.
najlepszy moment: WISH YOU WERE HERE
ocena: 8,5/10