Scooter
kto: Scooter
Uau! WOW!!!! Kurwa!!! Już kiedyś takie słowa pisałem, ale teraz naprawdę: kto nie był na wczorajszym koncercie, ten nie ma prawa nazywać się Wixiarzem. Ot co!
Chociaż miało być ciut inaczej. Godzina 19.00, czyli teoretyczna data rozpoczęcia koncertu, a ja wciąż jeszcze nie na miejscu. W końcu pierdolę, idę sam. Już jestem na Placu Zebrań Ludowych. Płacę te 10 złotych — dziś wyjątkowo drożej — lokuję się w swoim heh sektorze i czekam na dalszy rozwój wydarzeń.
„Muzyczne Lato” to wydarzenie, które już na stałe zagościło w ofercie muzycznej Trójmiasta w wakacje. Tym razem obchodziło ono 10. rocznicę, więc musiało być coś specjalnego. Prawdę mówiąc oczekiwałem więcej niż koncertów Scootera, Global Deejays i Danzela, no ale okej. Cieszmy się tym, co mamy. Scena tradycyjnie wielka, na dodatek estetycznie zaprojektowana, z nieodłącznym logiem LG, czyli głównego sponsora. A poza tym reszta bez zmian — namioty piwne, ochrona blablabla. Publiki na razie mało, ale już na występie Gwiazdy Wieczoru było jej od przysłowiowego zajebania. Oczywiście rodzaj publiki jak najbardziej spodziewany — gwizdków i białych rękawiczek nie przyuważyłem, ale na pewno niejeden z uczestników koncertu miał z nimi do czynienia. Podobnie jak niejeden z nich dał komuś wpierdol i taką atmosferę dało się wyczuć. Psychiczny survival. Ale cieszmy się tym, co mamy na scenie.
Godzina 20.30, pojawia się pani konferansjer, coś tam pierdoli od rzeczy, po czym w końcu wpuszcza pierwszy zespół. Przyznam, że o szwedzkiej kapeli o nazwie Charizma wcześniej nie słyszałem. Panowie pochodzą ze Szwecji, jest ich pięciu i obsługują tak niebywałe instrumenty jak perkusja, bas, dwie gitary. I jest jeden pan w różowym kwadracie na wokalu. Grają pop rock, co w kontekście charakteru muzyki gwiazdy wieczoru trochę dziwi. Ale nie jest źle, choć pachnie wszystkimi tymi dziwnymi, słodkimi zespołami z gitarami pokroju Smash Mouth, PIN czy, olaboga, Tokio Hotel. By tak wziąć po jednym reprezentancie z każdego kraju. Ale jeśli się zdystansujemy ciut, to naprawdę dało się czerpać przyjemność z tego, co dolatywało do uszu. Panowie starali się jak mogli, nawet jeśli nagłośnienie, choć nie złe, to nie było im specjalnie przychylne. Zagadywali — oczywiście musiało być jakieś polskie „dziękuja” czy „kocham Gdańsk!” — żartowali m.in. z własnej reprezentacji w piłce nożnej (hmmm, chyba złe miejsce na to wybrali hehe), rzucali swoimi singlami… I chociaż dalej było przerażająco pusto, przy czym ludzie dalej sytuowani pozostali niewzruszeni, to pod sceną widać było jakieś przychylniejsze gesty klaskania między i w trakcie piosenek.
Ciężko powiedzieć o specjalnej przebojowości zespołu. Bo to, że refreny czasem są banalnie proste, nie gwarantuje tego, że będzie chciało się je nucić przy goleniu. Niemniej warto zwrócić uwagę, że panowie pod względem technicznym nie dawali ciała. Ba, mieliśmy nawet do czynienia z solówką perkusyjną, co chyba w wypadku takiego zespołu mało oczywiste. Wokalista dysponuje fajnym głosikiem, idealnym do rodzaju granej muzyki. Zainteresował mnie też przekaz ewidentnie chrześcijański niektórych piosenek. Chrześcijański pop rock? Nie jest to takie oczywiste. Myślę, że można zapamiętać nazwę tego zespołu.
Co by nie było, trochę głupio to brzmiało, gdy po godzinie koncertu na zapytanie wychodzącej na scenę pani konferansjer, czy chcemy jeszcze, publika odpowiedziała zgodnym, głośnym „nieeeee”. Co ma zrobić w tak nietypowej sytuacji pani konferansjer? Jak może się poczuć zespół, który słyszał to „nie”, choć liczył, że być może ktoś będzie jeszcze chętny ich wysłuchać? Trochę przykra sytuacja, no ale przypomnijmy sobie fakt, kto jest główną gwiazdą wieczoru. Zanim jednak doszło do jej wyjścia na scenę, najpierw głupie konkursy typu „5 odważnych na scenę i odpowiedzcie mi na debilne pytanie, by wygrać czapkę i koszulkę sponsora”. Potem zaś do 22.10 szykowanie sceny na show. I zaprawdę powiadam, warto było czekać.
Płachty, które wcześniej intrygowały, zasłaniały dwa wielkie białe głośniki. Niesamowity wizualnie efekt. Intro i panowie wychodzą na scenę. Głośno. Jest niesamowicie głośno. Ale o hałasie nie może być mowy. Choć taki zespół jak Scooter nietrudno nagłośnić. Bo chodzi rzeczywiście bardziej o natężenie dźwięku, a nie o selektywność. Choć dla fana bardziej wyrafinowanych (ehehehe) dźwięków to, co dobiegało do uszu, było poezją.
Treść tego przekazu zresztą też 😀 Wiadomo, Scooter to Scooter. Każdy wie o co chodzi. Techno bit, przebojowość i charakterystyczny wokal lidera H.P. Baxxtera. Można kręcić bekę, że prymitywne, że wiocha. Ale zwróćmy uwagę na to, że o gustach się nie dyskutuje. A jeśli za miernik wartości artysty potraktować to, ile daje z siebie w muzyce, na ile tworzy coś oryginalnego, to okazuje się, że Scooter to całkiem poważny zespół. Który zdążył przez te 12 lat istnienia wypracować swój styl, zyskać wiernych fanów, wystąpić na całym świecie. Nie ma żartów. A jeśli za kryteria oceny koncertu przyjąć to, co powinno się przyjmować, czyli interakcję z publiką, dynamikę, atmosferę i to, co tworzy zespół w trakcie koncertu, to okazuje się, że był to koncert genialny, zwłaszcza jak na niski stopień oczekiwań — przynajmniej moich — przed koncertem.
O scenografii wspominałem. Połączona z naprawdę kapitalnie działającymi światłami — było dużo, oj było — i licznymi fajerwerkami tworzyła piorunujący efekt. O to kurde chodzi! Show! Oczywiście duży wkład miał też szalejący po scenie wokalista. Pozostali dwaj panowie ograniczyli się do statycznego operowania swoimi elektronicznymi bajerami, umiejscowionymi przy poszczególnych głośnikach. Może i chłopak przeważnie jedzie na jedną modłę, ale do tego co wyczynia trzeba mieć trochę głosu. I chłopak ma, trza przyznać, kawał gardła. A przy tym jest jeszcze w stanie zagadywać publiczność — choć jakimś specjalnym gadułą się nie okazał — przebierać się, biegać z jednego końca sceny do drugiego.
Ciekawostką muzyczno-scenograficzną był zaś gitarzysta, którym był nie kto inny jak pan Jeff „Mantas” Dunn z black metalowego zespołu Venom. Informacja o dołączeniu tego pana do koncertowego składu zelektryzowała świat, choć raczej ten metalowy niż techno. Że wiocha, żenada, zdrada. Cóż, widać było, że pan charakterystycznie wyglądający Mantas ma w takie opinie wyjebane i naprawdę nieźle się sprawdzał. Choć nie w każdym numerze był obecny, to ewidentnie dało się zauważyć jego wkład w show. Zresztą śmiejcie się, ale dla mnie Scooter zawsze miał jakiś taki posmak rockowy, pomimo pionierstwa w muzyce techno. I nie chodziło tylko o to, że często korzystali z „usług” elektronicznych gitar. Obecność Mantasa jakby przypieczętowuje ten flirt Scootera z rockiem.
Prawdę powiedziawszy nie jestem specjalnie obcykany w twórczości tego zespołu. Dlatego wydaje mi się, że koncert był mało hiciarski, bo większości numerów nie kojarzyłem. Ale chyba byłem w mniejszości, bo każdy numer spotykał się z naprawdę kapitalnym przyjęciem. Choć w sumie, zważywszy na charakter publiki, nie wiem co bardziej podziałało — przywiązanie do muzyki zespołu czy wypity alkohol. Ale dało się wyróżnić te hity chyba największe — „Maria (I Like It Loud)” z nieśmiertelnym zaśpiewem ty ty ty ty ry ty ty dyy. Był pierwszy „Hyper Hyper” — to już na bis. Było „Faster Harder Scooter”. Acz dla mnie numerem wieczoru, poza w sumie najlepiej przyjętą „Marią”, był zagrany na początek bisu numer „Fire”. To był numer popisowy Mantasa. Yeah. Kapitalna zagrywka gitary, szaleńczy bit i najprawdziwsze wybuchy ognia na scenie. Kurwa, WIELKOŚĆ! A na końcu solówka Mantasa i dialog jego gitary z publiką. Piękny moment.
„Hyper Hyper” zakończyło bis. Godzina dwadzieścia. Solidny koncert. Zabrakło innych znanych numerów — liczyłem na „Rebel Yell” Billy’ego Idola, choć w kwestii cudzesów mieliśmy pyszne cytaty z „Losera” Becka czy „Just Can’t Get Enough” Depeche Mode — niemniej tak jak wspominałem: koncert stał na naprawdę najwyższym poziomie. Nie ma żartów ze Scootera, panowie. To jest wielki zespół, nawet jeśli nie gra w katowickich Spodkach, a na małych gdańskich scenach za 10 złotych.
najlepszy moment: FIRE
ocena: 7/10

