Latający Cyrk Monty Pythona – Kompletny Sezon Pierwszy
A teraz coś z zupełnie innej beczki!
Jak zdążyliście zauważyć, 98% notek na tym blogu dotyczy muzyki. Pozostałe dwa procenty to sport (a właściwie piłka nożna) i filmy. I choć raczej dobrze obrazuje to, jak ważna w moim życiu jest muzyka (a jest zdecydowanie najważniejsza), to jednak jeśli chodzi o te inne zainteresowania to jest jednak tego trochę więcej niż futbol i kino. Spokojnie, nie mam zamiaru robić tu z siebie człowieka renesansu, wciąż większość tych zainteresowań mieści się w popkulturowym kontekście. Jak np gry video (choć to bardzie kiedyś, bo czasu brak). Albo kabarety…
Sprzeciw! Czy Monty Python można nazwać kabaretem? Słowo to ostatnimi czasy strasznie się zeszmaciło, szczególnie w polskim wydaniu. Wszyscy, którzy raz na jakiś czas włączą TVP lub Polsat, wiedzą w czym rzecz. Ale różnica tkwi nie tylko w jakości, ale przede wszystkim w formie. Bo zjawisko zwane Monty Python’em to nie tylko tych sześciu genialnych kolesi. To całe uniwersum, obejmujące programy telewizyjne, filmy, produkcje sceniczne, płyty cd, gry komputerowe i szereg innych nośników, a wszystko to zszyte nićmi jedynego w swoim rodzaju (to nie marketingowy bełkot, to jest FAKT) humoru. Biznes? Oczywiście że w pewnym stopniu tak, ale nie przykładajmy do wszystkiego znaku dolara czy też funta. Chemia między tymi facetami owocowała taką produktywnością, że telewizja okazała się dla nich niewystarczająca.
Zresztą, już „Latający Cyrk Monty Pythona”, ich pierwsze wspólne i chyba jednak wciąż najważniejsze dzieło, jest czymś znacznie więcej niż „programem telewizyjnym tworzonym przez grupę kabaretową”. Owszem, rządzi format skeczu. Ale na tym podobieństwa do innych kabaretów się kończą. Bo to, co u innych komediantów przybiera formę zbioru skeczy, w najlepszym wypadku posiadający jakiś wydumany wspólny mianownik, w rękach Monty Pythonowców staje się półgodzinnym tripem, posiadającym własne, unikalne dla każdego odcinka flow, spięte klamrą regularnie powracających (nie tylko w ramach jednego odcinka, ale i całego sezonu) postaci i psychodelicznych, surrealistycznych animacji Terryego Gilliama. Nie wiem jak w Waszym przypadku to wygląda, ale ja oglądając dzieła MP bynajmniej nie mam tak, że nie mogę powstrzymać się od śmiechu (poza skrajnymi wyjątkami-skeczami). Przez większą część czasu jestem zdumiony – zdumiony tym, jaką absolutnie nieograniczoną wyobraźnię mieli ci kolesie. Trawestacja frazy „sky is the limit” w świecie humoru. Niezależnie czy mowa o skeczach bazujących na absurdalności całej płaszczyzny sytuacyjnej skeczu (która najlepiej wychodziła tandemowi pisarskiemu Cleese/Chapman), gierkach słownych (domena Erica Idle’a) czy kreacjach aktorskich (tu w grę wchodzą wszyscy, z lekkim wskazaniem na Michaela Palina) – na każdym polu Pythony byli poza konkurencją. Chyba tylko „Za chwilę dalszy ciąg programu” jestem w stanie postawić wyżej. Choć raz, mówimy tu o lokalnym zjawisku. A dwa – Mann i Materna też mają kosmiczny dług wdzięczności u Monty Pythona. No i jeszcze ważna, a przy tym dość paradoksalna rzecz – dzieła Cleese’a i spółki NIC nie straciły po tych 40 latach na aktualności, choć w wielu przypadkach drugie dno tych skeczów odwołuje się do tematów ówcześnie panujących na Wyspach Brytyjskich.
A co z konkretnie tu omawianym Sezonem Pierwszym? Cóż, powszechnie panująca opinia mianuje dwa pierwsze sezony „Cyrku” tymi ewidentnie lepszymi, a pozostałe dwa, powstałe przy coraz mniejszym udziale Cleese’a, jako te gorsze. Kwestią bardziej dyskusyjną pozostaje wybór: pierwszy czy drugi sezon? Faktem jest, że to ten pierwszy dysponuje największą liczba asów w pythonowej talii. Skecz o Martwej Papudze, „Piosenka Drwala”, Skecz o Brudnym Widelcu, „Najzabawniejszy Dowcip Świata” czy mój absolutny faworyt – Skecz o Wyprawie na Kilimandżaro: klasyk leci tu za klasykiem. I nawet jeśli niektóre fragmenty odbieram z mniejszym entuzjazmem (w sumie cały odcinek „You’re Not Fun Anymory”, w większości bazujący na historii kosmitów zmieniajacych Anglików w Szkotów), to przez myśl – a tym bardziej przez gardło – nie przejdzie mi opinia, że są one słabsze. Może nie odblokowałem jeszcze odpowiednich receptorów w głowie, pozwalajacych dostrzec zajebistość tych skeczy?
Jeśli Wam przychodzą takie opinie z łatwością – ok. Jeśli uznacie, że ten humor Was kompletnie nie robi – też ok, nikomu nic do tego. Ale zapoznać się z tym trzeba. Tu naprawdę zbyt historyczne rzeczy się dzieją.
Ok, jako że to ostatnia notka w tym roku, to nie pozostaje mi nic innego jak życzyć mnóstwa najlepszości na ten przyszły rok. Zdrowia, szczęścia, spełnienia marzeń o fejmie i hajsie. A zawężając zakres życzeń do kwestii bardziej związanych z tym blogiem – by mi nigdy nie zabrakło tematów na notki do tego bloga (chociaż jestem o to dziwnie spokojny), a Wam chęci do czytania tego co tu się pojawia. Hej!
najlepszy moment: WYPRAWA NA KILIMANDŻARO
ocena: 9,5/10
