rageman.pl
Film

Salto

rok: 1965

reżyseria: Tadeusz Konwicki

Sny snu nierówny. Jak wiecie, lubię na tym blogu powoływać się na Davida Lyncha i nie to aby było to nieuzasadnione – wszak w powszechnym już użyciu jest przymiotnik „Lynchowski”, znaczy się – zawieszone pomiędzy jawą a snem, kierujące się logiką snu, przepełnione symboliką i niejednoznacznościami. Czyli taki klimat jaki lubię. I już miałem też użyć tego określenia w kontekście dzisiaj omawianego filmu, ale uznałem, że nie byłoby to do końca adekwatne, a wręcz niesprawiedliwe. Po pierwsze „Salto” powstało zanim jeszcze twórca „Blue Velvet” na poważnie rozpoczął swą przygodę z kamerą. A po drugie i najważniejsze, Konwicki wypracował w pełni autorski język, zarówno jaki literat, jak i jako reżyser. „Salto” jest niczym sen, ale jest to sen polski.

No właśnie, polski czy o Polsce? Dzieło Konwickiego daje tyle możliwości interpretacji, że wciąż ich nikt nie zliczył, ale jednym z najczęściej pojawiających się motywów jest komentarz do powojennej Polski. Że mieszkańcy miasteczka do którego przyjeżdża główny bohater stanowią przekrój społeczeństwa polskiego. Jest tu i Patriota, i Pijak, i Artysta i wiele innych symbolicznych postaci, a wszyscy oni dają się omamić przybyszowi sprzedającemu każdemu z nich inną wersję swojej historii. Z głupoty? Z desperackiej potrzeby pojawienia się kogoś, kto będzie mesjaszem, prorokiem i uzdrowicielem jednocześnie? Dlatego też, patrząc na „Salto” z tej perspektywy, jest to sen bardzo polski i chyba nie do końca zrozumiały (choć największy fan polskiej kinematografii, Martin Scorsese, także zalicza „Salto” do nadwiślańskich arcydzieł) dla kogoś, komu obca jest nasza powojenna trauma (co wydaje się zrozumiałym – dla wielu II Wojna Światowa skończyła się w ’45 roku, a dwadzieścia lat później to był już czas nowych wojen i kontrkultury hippisowskiej).

Ale tak jak w przypadku filmów Lyncha czasem najlepiej wyłączyć analizowanie tego co widzi się na ekranie, tak i chyba najlepszym kluczem do odbioru „Salta” jest po prostu zapomnieć o krokach i dać się ponieść temu szalonemu tańcu. Zwłaszcza z takim wodzirejem jak Zbigniew Cybulski – nie jest prostym zadaniem wymienić jego najlepszą rolę filmową, ale w „Salcie” przechodzi samego siebie. Owszem, jest w kreacji Kowalskiego/Malinowskiego piekielnie szarżujący, wręcz przerysowany, ale trudno nie dostrzec, że tą kreacją śmieje się też z samego siebie, z otaczającego go kultu „polskiego Jamesa Deana”, zbawcy polskiej kinematografii. Właśnie – o ile pierwszy seans „Salta” był dla mnie jednym wielkim WTF, tak kolejne pokazały mi, jak przezabawne jest to dzieło. Przecież tutaj każda linijka dialogu jest albo gotową poezją albo komediowym złotem – czasem obie te rzeczy naraz.

Z „Saltem” jest trochę jak z jazzem. Czy rozumiem? Nie wiem, pewnie nie. Czy przeszkadza mi to w czerpaniu przyjemności z oglądania? W żadnym wypadku.

najlepszy moment: SCENA TAŃCA – ICONIC, I TAK – LYNCHIAN AS FUCK

ocena: 9/10