rageman.pl
Film

Zima pod znakiem Wrony

rok: 2025

reżyseria: Kasia Adamik

Czasem sobie myślę, że polska kinematografia powinna mieć własny podgatunek – „kino o czasach komuny”. Oczywiście nie neguję istotności tego okresu w dziejach naszego kraju – tak historycznej, jak i kulturowej czy nawet estetycznej. Jak się okazuje, to wciąż jest inspirująca karta historii dla naszych filmowców i jestem przekonany, że już każda kolejna edycja Festiwalu Gdyńskiego będzie gościła przynajmniej jeden film z tej „komunistycznej” kategorii.

Inna sprawa, że przeważnie ci filmowcy sięgają po gotowe, prawdziwe historie, spisane już na papierze. I teoretycznie tak jest też w przypadku dziś omawianego dzieła. Praktycznie jednak „Profesor Andrews w Warszawie” Olgi Tokarczuk, będący fundamentem fabuły „Zimy pod znakiem Wrony”, to krótkie opowiadanie, więc należą się Kasi Adamik wyrazy uznania za ambicję i inwencję, sięgającą daleko poza zamianą płci tytułowej głównej postaci.

I owszem, już sam punkt wyjścia fabuły jest świetny – bo obserwujemy wydarzenia z 13 grudnia 1981 i kolejnych dni oczami obcokrajowca, który miał to nieszczęście zawitać w Polsce właśnie w tym okresie. Co gorsza, jako pasjonatka robienia zdjęć polaroidem Pani Andrews uchwytuje na zdjęciach morderstwo opozycjonisty dokonane przez SBków, tym samym wydając na siebie wyrok – bo oczywiście dokumentacja ta nie ma prawa wydostać się poza granice PRLu.

Jest więc „Zima” przede wszystkim rasowym thrillerem, a momentami nawet survival horrorem, nawet jeśli opartym na dość oklepanym „ściganym” motywie – tu jednak robotę robi przede wszystkim fakt całkowitego wyautowania głównej bohaterki: językowego, ale przede wszystkim kulturowego. Andrews przechodzi więc w krótkim czasie przyspieszony kursy migowego porozumiewania się, najświeższej historii Polski dziejącej się na jej oczach, ale też kurs samoobrony (bo agenci SB są gotowi na wszystko byle tylko odzyskać zdjęcia), a nawet pokerowych zagrywek godnych najwyższej półki stróżów prawa. I oczywiście można się zastanowić, czy to nie za dużo jak na podstarzałą już profesorkę, ale czy przeszkadza to w oglądaniu? Bynajmniej.

A jednak trudno się oprzeć wrażeniu, że choć ten film jest świadectwem kunsztu reżyserskiego Adamik, to jednocześnie też pokazuje, dlaczego nie wypracowała sobie tak mocnego w branży (i świadomości widzów) nazwiska jak jej matka (jeśli ktoś by nie wiedział – Agnieszka Holland). Jak zostało powiedziane, z pomysłu Tokarczuk wyciśnięto tu naprawdę sporo, ale dało się jeszcze więcej, coś co prowokowałoby do jakiejkolwiek głębszej refleksji po seansie? Wchodzimy tu w sferę gdybania, ale też od niej zależy końcowa opinia nt. dzieła Adamik. Ja patrzę na to co dostałem (a poza fabułą – także świetne kadry i naprawdę przyzwoitą grę aktorską) a nie na to czego nie dostałem, stąd ocena na dole taka a nie inna.

najlepsza scena: Bond by się nie powstydził tego rozegrania tematu w ambasadzie

ocena: 8,25/10