rageman.pl
Film

Ojczyzna

rok: 2026

reżyseria: Paweł Pawlikowski

Z jednego festiwalu na drugi. Skoro zakończyliśmy cykl recenzji z Timeless Film Festivalu, możemy rozpocząć nowy – z tegorocznego Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni, na który zawitałem po wieeeelu latach. Zatem w najbliższych tygodniach będzie tu sporo polskiego kina.

Polskiego? Polskie prawactwo, jeśli zainteresowałoby ich kiedykolwiek coś innego niż sztuka patriotyczna (i filmy Uwe Bolla) i skonfrontowali się z najnowszym dziełem Pawła Pawlikowskiego, mogliby dostać zawału widząc ten „polski” film. Bo co my tu mamy – niemieccy aktorzy, w (głównie) niemieckojęzycznym filmie, którego akcja dzieje się w Niemczech po 2-giej Wojnie Światowej (i aby było śmieszniej, tę akurat „rolę” odgrywają polskie plenery), a przede wszystkim – traktujący o jednym z największych niemieckich (choć światowej sławy) pisarzy, Thomasie Mannie.

A mimo to trudno „Ojczyznę” nazwać filmem niemieckim w duchu, na podobieństwo filmów, dajmy na to, Andrzeja Wajdy, które najbardziej zrozumiałe są przede wszystkim dla polskiego widza. Po pierwsze, choć Wikipedia klasyfikuje film jako biograficzny, to jest to bardzo umowna kategoryzacja – Pawlikowski, choć rzeczywiście dostał propozycję zekranizowania biografii (a właściwie „powieści biograficznej”) o Mannie autorstwa Colma Toibina, z całej historii niemieckiego pisarza wybrał na fabułę swojego nowego filmu tylko jeden epizod – kiedy to Mann po latach spędzonych w Stanach Zjednoczonych wybrał się do swej Ojczyzny w 1949 roku. Po drugie i najważniejsze – tym właśnie fragmentem biografii Manna polski reżyser posłużył się, by opowiedzieć nie tyle swoją historię, co sformułować własne pytania.

O czym więc właściwie jest „Ojczyzna”? W mojej perspektywie – przede wszystkim o żałobie, o stracie. Niemiec, które pamięta Mann, dawno już nie ma – jest za to kraj wizualnie, ekonomicznie, a przede wszystkim moralnie zgruchotany po Drugiej Wojnie Światowej, przywłaszczony częściowo przez Amerykanów, a częściowo przez Sowietów. Mann podróżuje przez te podzielone Niemcy wraz z córką, Eriką (jak zawsze fantastyczna Sandra Huller, wyrastająca na europejską Meryl Streep), razem z nią odbywając drugą, znacznie ważniejszą podróż – przez kolejne etapy żałoby po śmierci syna, Klausa.

Tyle że… Thomas Mann najwyższy priorytet nadaje sobie jako Artyście, stawiając bycie ojcem jako rzecz drugorzędną. Przez co jego żałoba jest praktycznie wyprana z jakichkolwiek emocji, a co za tym idzie – także „Ojczyzna” jako film. I trzeba przyznać, że jako film z założenia pozbawiony emocji jest on piekielnie trudny w odbiorze. Oczywiście jest wspaniale zagrany (także przez samego odtwórcę roli Thomasa Manna, Hannsa Zischlera), jak zwykle u Pawlikowskiego wspaniale nakręcony ręką, okiem i wizją Łukasza Żala. Ale strach pomyśleć, co by było gdyby z „Ojczyzny” wyjąć kipiącą emocjami niczym wulkan postać Eriki (a właściwie kreującą ją Huller).

Czy „Ojczyzna” to godne zwieńczenie trylogii, na którą składają się też „Ida” i „Zimna wojna”? Czas pokaże, film wciąż jest w trakcie przemarszu przez kina na świecie. Sam też zauważyłem, że coraz cieplej myślę o „Ojczyźnie”. Mimo, iż ta trzyma widza na dystans jak tylko może.

najlepsza scena: ostatnia

ocena: 8,75/10