Tańcząc w ciemnościach
rok: 2000
reżyseria: Lars von Trier
Kończymy naszą cykliczną relację z tegorocznego Timeless Film Festival dziełem, o którym powiedzieć że nie pozostawia nikogo obojętnym to jak nic nie powiedzieć.
„Tańcząc w ciemnościach” stanowi zwieńczenie trylogii „Złotego Serca”, do której należą także omawiany tu już „Przełamując fale” oraz „Idioci”. Wspólnym mianownikiem wszystkich tych filmów jest poświęcenie z miłości, dokonywane przez główne bohaterki. LarsvonTrier-osceptycy nazwali by rzecz inaczej (i nie bez powodu) – we wszystkich trzech ich twórca wybiera sobie na swe ofiary delikatne, dobroduszne i lekko naiwne protagonistki, by następnie znęcać się emocjonalnie nad nimi, a pośrednio także nad widzami.
No i trzeba przyznać, że w ostatniej części trylogii Duńczyk wzniósł się na „mistrzowski” poziom. Nie chcę spoilerować (chociaż mówimy o Klasyce, a przy tym filmie który pewien frekwencyjny sukces w kinach odniósł), więc powiem tylko tyle, że im dalej w las tym von Trier coraz mocniej testuje wytrzymałość widzów, by w finałowym akcie zamienić film w emocjonalną salę tortur. Serio, nie wiem czy widziałem drugi taki film który by mnie tak wykończył. I tu rodzi się pytanie – na ile umiejętność doprowadzenia widza nie tyle do wzruszenia, co wręcz rozpaczy jest talentem nie danym każdemu twórcy, a na ile cyniczną rozgrywką kogoś, kto nie wie jak zachwycić odbiorcę jakością, ale wie jakich sztuczek użyć by wywołać pożądany efekt? Widzicie, nie trzeba być filmoznawcą by wiedzieć, że nic tak nie potęguje łez głównych bohaterów na ekranie jak rzewne smyki w tle, tak samo jak lata temu najprostszym sposobem na rozśmieszenie było jak chłop przebrał się za babę. Ja im starszy jestem tym jestem coraz mocniej wyczulony na tzw. szantaż emocjonalny, napierdalanie bez umiaru w najczulsze struny. I trudno się oprzeć wrażeniu, że von Trier robi to tu jak oszalały psychopata.
Świadom jednak tego wszystkiego, zwyczajnie nie potrafię nie kochać tego filmu. Z prostego powodu, który ma swoje imię. Björk. Ona jest tu Wszystkim – nie umniejszając reszcie obsady, w tym Catherine Deneuve w roli najlepszej przyjaciółki i Peterowi Stormare’owi w nietypowej roli zakochanego poczciwca. Wiadomo było, że jako aktorski naturszczyk podejdzie do swego zadania w mniej typowy sposób. Najlepiej zresztą ujął to sam von Trier – to co zrobiła Islandka w jego filmie to nie kreacja, to Uczucie. To jest serce na dłoni, Dobro w najczystszej postaci. Selmie w tym filmie się nie kibicuje – chce być się częścią jej świata, wyobrażać sobie to czego ona, sama nie będąc w stanie zobaczyć, wizualizuje sobie w swych fantazjach. Świata wypełnionego muzyką, stąd jak najbardziej pełnoprawna kategoria musicalowa tego filmu. To zresztą w tych muzycznych scenach film staje się najpiękniejszy, pełen kolorów nie tylko w dźwięku ale i w obrazie – w kontraście do scen „w realu”, kręconymi zgodnie z zasadami Dogmy’95. O samych piosenkach rozpisywać się nie będę, bo może będzie jeszcze okazja by pomówić o zbierającym je wszystkie na jednym wydawnictwie „selmasongs”, ale skoro film stoi niesprawiedliwościami jakie spotykają główną bohaterkę, to muszę wspomnieć o jeszcze jednej. Kocham Boba Dylana, czemu dawałem tu wyraz niejednokrotnie. Ale jakim cudem to jego „Things Have Changed” (z filmu „Wonder Boys”), a nie „I’ve Seen It All” dostały Oscara za najlepszą filmową piosenkę jest absolutnie dla mnie niepojęte.
Ocena poniżej jest dosyć zachowawcza i odrobinę niższa niż dla bardziej wyważonego „Przełamując fale”. Ale są takie dni, gdzie jestem gotów uznać ten film za najwspanialszy film w dziejach.
najlepszy moment: Pani Guðmundsdóttir
ocena: 9,25/10