rageman.pl
Film

Stowarzyszenie Umarłych Poetów

rok: 1989

reżyseria: Peter Weir

Przy okazji recenzowania „Truman Show” nazwałem go filmem, który znacząco zmienił moje postrzeganie świata. Ale jeśli wybrać ten film Petera Weira, który ma największą moc wpływania na ludzi, to jest inny, bardziej oczywisty kandydat.

Bo też któż ma największy formatywny wpływ na człowieka w wieku dojrzewania – poza rodziną – jeśli nie nauczyciel? A „Stowarzyszenie Umarłych Poetów” jest o Nauczycielu właśnie. A nawet bardziej – o efektach jego metod nauczania. Niekonwencjonalnych, stojących w skrajnej sprzeczności z twardym rygorem prestiżowej uczelni, w której rozgrywa się akcja filmu, ale koniec końców – skutecznych. Tu oczywiście można wpaść w filozoficzne dywagacje – jaki jest cel Edukacji, czym mierzyć efektywność pracy nauczyciela? Średnią ocen uczniów? Na jak długo zostanie im w głowie to co wykuli na blachę? A może chodzi o to, by ucznia zainteresować przedmiotem nauczania, tak by nie tylko się nauczył, ale też zrozumiał?

Mam wrażenie że dziś, po prawie czterdziestu latach od premiery, „Stowarzyszenie…” może być najbardziej polaryzującym w jego ocenie dziełem Australijczyka. I ja też, po latach, dostrzegam jego „niedoskonałości”. Na pierwszy rzut oka przede wszystkim trudno nie zauważyć, że jest to film bardzo Oscar-friendly, w nie-do-końca pozytywnym tych słów znaczenia. Nie sądzę by była w tym kalkulacja i wyrachowanie Weira (i producentów), niemniej jest to film, nawet w swych najbardziej dramatycznych momentach, dość gładki w obyciu. Bez szantażu emocjonalnego, ale jednocześnie brak tu jakiegoś prawdziwego wstrząsu, czegoś co by faktycznie wytrąciło z emocjonalnej równowagi.

Można też, z dzisiejszej perspektywy – i mam tu na myśli moje czterdziestoletnie postrzeganie świata, a nie czas jaki minął od premiery – zastanowić się czy te dość anarchistyczne metody nauczania Johna Keatinga, choć na pewno efektowne, są jednocześnie efektywne. Wspaniale, że chłopaki zainteresowali się poezją na tyle, by aż założyć (a właściwie reaktywować) całe stowarzyszenie poświęcone jej studiowaniu. Ale wciąż nie wymyślono lepszej weryfikacji wiedzy (która z kolei jest potrzebna by pokonywać kolejne poziomy nauczania) niż egzaminy. Czy uczniowie Keatinga zdaliby takowe z poezji? Mimo wszystko nie postawiłbym na to wszystkich pieniędzy. Nie mówiąc już o tym, że na pewno oblaliby inne przedmioty, rozpuszczeni przez metody nauczania Keatinga.

Ale niech minusy nie przysłonią nam plusów – to wciąż piękny, mądry, empatyczny i, pomimo wcześniejszych wątpliwości, bardzo szczery film, który przez swą postawę typu serce-na-dłoni jest dość łatwym atakiem wszelkiej maści cyników. A jego sercem jest przede wszystkim On, nieodżałowany Robin Williams, który choć swego jedynego Oscara dostał wcielając się w pedagoga w innym filmie („Buntownik z wyboru”), to w mojej opinii właśnie tu, u Weira, tworzy swą najwspanialszą dramatyczną kreację (bo topowych ról komediowych to miał bez liku). Jak widać Australijczyk ma nosa do obsadzania komików w rolach wymagających wykrzesania zupełnie innych emocji.

Z jednej strony kusi, by takie „Bez lęku” czy „Wybrzeże moskitów” postawić wyżej, jako mniej oczywiste wybory i filmy, które, mam wrażenie, wciąż mają sporo do odkrycia przy kolejnych seansach. Ale Kapitanie, Mój Kapitanie, jak mógłbym dać niższą ocenę?

najlepszy moment: no oczywiście że FINAŁ

ocena: 9,25/10