Labirynt
rok: 1986
reżyseria: Jim Henson
Powtórna konfrontacja z filmem po latach – vide case wczoraj omawianego „Truman Show” – może być wyzwaniem, ale też nie tak ciężkim, jeśli mówimy o filmie który poznało się w relatywnie dorosłym wieku. No, a przynajmniej nastoletnim. Gorzej, jeśli chodzi o film, którym się zachwyciło za dzieciaka. Czasem sentyment jest tak silny, że całkowicie odbiera zdolność racjonalnej oceny – przypuszczalnie tak mam z filmami o Panu Kleksie (chociaż i tak będę się upierał, że to są jakościowe dzieła). Czasem udaje się jednak stanąć ponad otoczką magii lat dziecięcych i uczciwie ocenić sytuację.
Enter „Labirynt”. Cudowne dziecko geniuszu trzech największych wizjonerów kultury pop XX wieku. Jim Henson – reżyser filmu, twórca ukochanego przez wszystkich spędzających dzieciństwo przed telewizorem Muppetowego uniwersum. George Lucas – producent, twórca skromnego, kameralnego dzieła „Gwiezdne Wojny”. David Bowie – główna gwiazda filmu, tu już naprawdę nie będę się wygłupiać z przedstawianiem. Oczywiście cała trójka miała w swej karierze lepsze i gorsze momenty, ale widząc te nazwiska na plakacie masz prawo oczekiwać przynajmniej wysokiej jakości efektu ich kolaboracji. I generalnie rzecz ujmując to jest lepszy niż gorszy film. Rozumiem też, dlaczego tak wiele osób wciąż kocha świat „Labiryntu”. Sam chciałbym (wciąż) znajdywać się w tej grupie. Nawiązując do głównego wątku filmu – niestety po latach nie dałem się ponownie porwać.
Zacznijmy jednak od pozytywów. Z tych głównych wymieniłbym dwa. Po pierwsze – to wciąż wizualnie cudowny film, w którego każdej sekundzie widać wysiłek twórców i dbałość o detale, mnogość smaczków i nawiązań do popkultury. Zwłaszcza w dobie AI nie sposób nie docenić całą „lalkową” robotę. Może nie ma tu tak ikonicznych postaci na miarę Kermita czy Ciasteczkowego Potwora, niemniej oceniam „obsadę” zdecydowanie na plus. Włącznie z szefem całej tej ekipy, czyli Bowiem w roli Króla Goblinów. Czy twórca „Low” był najlepszym aktorem wśród gwiazd muzyki? Być może, być może. I nawet jeśli rola Jaretha nie jest jakoś wybitnie wymagająca, to samą charyzmą i prezencją robi jakieś 75% wartości filmu.
Ale też zaznaczmy – mówimy wciąż o aktorskim wkładzie. Bo jeśli udziale w produkcji Bowiego-kompozytora… Jak powszechnie wiadomo, lata 80-te to ewidentnie najgorszy artystycznie okres w twórczości Brytyjczyka. Może początek nie był taki zły (jakby nie patrzeć,”Let’s Dance” to wciąż największy solowy hit Bowiego), ale im dalej w last tym było gorzej i piosenki z „Labiryntu” bynajmniej tej tendencji spadkowej nie odwróciły. Oczywiście mam świadomość, że utworu pokroju „Space Oddity” czy „Heores” niespecjalnie by się nadawały do filmu dla dzieci, ale nie dam sobie wmówić, że te pięć utworów dostarczonych przez Bowiego to najlepsze na co było go stać.
Ale ok, zostawmy tę muzykę, może będzie okazja by o nich pomówić jak wpadnie mi soundtrack w łapy. Największym problemem „Labiryntu” jest to, że fabularnie jest zwyczajnie… nudny. Chciałbym dodać też „infantylny”, ale zaraz ktoś powie że stary dziad krytykuje słońce że świeci. Będę stał na straży opinii, że dobry film dla dzieci to taki, który nie tylko zachwyca grupę docelową, ale też potrafi obudzić wewnętrzne dziecko w dorosłym. I owszem, dostrzegam walory edukacyjne – branie odpowiedzialności za podjęte decyzje, troska o więzi rodzinne etc. Ale to wszystko trzeba dostrzec w tak drętwych dialogach, że zęby bolą. Niestety nie pomaga też główna protagonistka – dziś Jennifer Connelly to powszechnie uznana aktorka (choć mnie osobiście nigdy żadną rolą nie zachwyciła), ale w „Labiryncie” widać, że jeszcze od groma pracy nad warsztatem.
Oczywiście wciąż warto zgubić się w tym „Labiryncie”, ale jeśli szukacie z pociechami odskoczni od „Psiego Patrolu” i „Świnki Peppy”, to zdecydowanie prędzej rekomendowałbym „Akademię Pana Kleksa”. Oczywiście w jedynej słusznej wersji z lat 80-tych.
najlepszy moment: DAVID BOWIE
ocena: 7,75/10