rageman.pl
Muzyka

Tool

gdzie: Spodek, Katowice

kto: Tool

 

Każdy wstęp będzie raził banałem w kontekście wielkości tego wydarzenia. Tym bardziej że nie umiem zbyt ładnych notek pisać. Dlatego też krótko, ale bardzo treściwie: koncert roku i jeden z koncertów życia. Co nie dziwi. Wszak mówimy o koncercie TOOLa.

Spodek. Nie byłem w tym miejscu od czasu koncertu Pearl Jam w czerwcu 2000, czyli – w chuj dawno. Miejsce, które wywołuje we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony cieszy że w ogóle istnieje, bo jest to największy chyba obiekt koncertowy w tym kraju (przynajmniej jeśli chodzi o obiekty zamknięte), na dodatek ze swoja tradycja. Z drugiej zaś strony jest to brzydkie tak samo jak reszta Katowic, zwłaszcza w obrębie „pierścienia”, czyli tego co między salą główną a wyjściem. Porównując do Hali Mery, w której wystąpil Maynard z załogą 5 lat temu, Spodek wygrywa obecnością szatni i toalet. Choć jednak wydaje mi się że to norma powinna być. Sam środek zaś to jednak fajniejszy był w Hali Mery, choć duszno w kategoriach maksymalnych. Udusić się w Spodku też jednak można było, zwłaszcza na początku koncertu… ale o tym zaraz. Najpierw czekamy na pojawienie się zespołu. Wiadomo było, że nie pojawi się Isis, choć nawet na biletach była o nich informacja jako o supporcie. To, dlaczego ich nazwa znalazła się na bilecie to jedno, za samą ich nieobecność nie należy chyba jednak winić organizatorów, czyli Metal Mind (choć prawda jest taka, ze można by ich winić za wiele innych rzeczy). Zespół zrezygnował z koncertów i tyle. Po wielodniowym oczekiwaniu i spekulacjach kto zastąpi Isis w roli rozgrzewacza (Meshuggah? Coma? Metalmindowe gwiazdki Hunter lub Delight?) stanęło w końcu na tym, że sam Tool sobie życzy by to oni byli jedynym zespołem na każdym koncercie trasy. Brak supportu mieli nadrobić dłuższym koncertem. Z przykrością muszę stwierdzić, że okazało się to ściemą…

No ale. Oczekiwanie na Toola umilają nam dźwięki gatunków przeróżnych – od rockowych po hiphopowe Cypress Hill, na bardziej elektronicznych rytmach kończąc. Dochodzi godzina 19.00 czyli planowana godzina rozpoczęcia koncertu. Ale nikogo chyba jednak nie dziwi ze zespół nie zjawia się punktualnie. Nie trzeba długo czekać – o 19.30 zjawia się jako pierwszy gitarzysta Adam Jones. Burza oklasków. Usadawia się na lewym skraju sceny ze ścianą wzmacniaczy za sobą. Zaczyna grać wstęp, który wszyscy obeznani z ostatnim dokonaniem Toola – „10,000 Days” – doskonale znają. Zjawia się reszta zespołu by dokonać zniszczenia. „Lost Keys”, a zaraz potem „Rosetta Stoned” oczywiście. Najagresywniejszy chyba numer na ostatniej płycie. W związku z czym nie dziwi fakt, że „zabawa” publiki przypominała początkowo szkołę przeżycia. Muzyka Toola to jednak coś, co zdecydowanie bardziej wolę kontemplować niż wykorzystywać do dzikiego moshu, dlatego wycofałem się na bezpieczną pozycję. Choć na szczęście sytuacja pod sceną z czasem się unormowała. Jako już w miarę regularny bywalec takich spędów nie bylem tym zaskoczony, bo zazwyczaj pierwsze minuty każdego koncertu to właśnie taki sajgon.

Można poobserwować scenę. Jak już wspomniałem – po lewej stronie Adam Jones. Tuż obok na podeście sierżant Maynard James Keenan. Po prawej zaś stronie za swoim tradycyjnie potężnym zestawem perkusyjnym Danny Carey i parę kroków obok basista Justin. Koncerty Toola jednak już na stałe jednak są kojarzone z wizualizacjami. Nie wiem jak się fachowo taki sprzęt nazywa, faktem jest ze nie mieliśmy tym razem do czynienia z typowymi telebimami uwieszonymi nad zespołem (jak chociażby w ramach koncertu w stolicy), a czymś bardziej hmmm paratelebimowym. O mniejszych kształtach, w ilości bodajże 4 czy 5. Wysokie prostokąty. Damn, kiepsko mi ten opis idzie. Nieważne zresztą co. Ważne jak. Muszę przyznać że w kwestii wizualizacji wygrywa koncert sprzed 5 lat. Tutaj mieliśmy do czynienia z bardziej tradycyjnymi formami, bardziej hmmm tapetowymi. Czy to jakieś płomienie czy design z okładki ostatniego albumu. Tylko przy kawałkach wideoklipowych pojawiały się znajome z teledysków obrazy.

Nie doczekałem do końca „Rosetty” by odnaleźć moją osobę towarzyszącą. Jako tło poszukiwań poslużyły numery „Stinkfist” i „46& 2” czyli cofamy się w czasie do „Aenimy”. Potem mniej robiący numer z ostatniego cedeka – „Jambi”. Wracamy na „Schism”. Numer już na tyle oklepany, że nawet gimnazjalistki zakochane w Tokio Hotel go znają. Co nie zmienia faktu że jest to numer który się przeżywa każdą cząstką ciała. A gdy jeszcze dodać zmodyfikowana, zajebistą wersję (chcę bootlega!!!) to wychodzi na to że trza było się wzruszyć przy tym numerze. Tak po prostu.

Wracamy do nowej płyty. „Right in Two” to taki bardziej A Perfect Circle’owy numer, ale mi w zupełności odpowiada. Ale ale. Wprawdzie setlista krótka, ale da się zauważyć, że od tego właśnie numeru zaczyna się najlepsza część koncertu. Długie, świdrujące w uszach intro. Gitarowi szaleją. Nie spodziewałem się, że z tej ściany dźwięku wykluje się „Sober”. Aaaaahhhhh. Ludzie zaczynają śpiewać. Tu dygresja. Pokoncertowe komentarze pełne są wyrzutów do publiki. A to że za mało szaleństwa pod sceną, a to że za dużo właśnie, a to że sektory siedziały blablabla. Najbardziej mnie jednak rozwalił zarzut, że za mało było… śpiewów. Nosz kurwa. Czy to, że wykrzyczę wszystkie teksty musi znaczyć że jestem tru fanem? Stawiam tezę: TOOL TO JEST ZESPÓŁ DO KONTEMPLACJI. Nie musi to iść w parze ze śpiewaniem. A na pewno się kłóci z klaskaniem, co niektóre Wacławy próbowały robić. Zakurwiłbym z laczka i poprawił z kopyta.

Dobra, teraz mój favourite one. Tytułowy numer z „Lateralusa”. Czyli ci co wchodzili na rageman.blog.pl i musieli wysłuchać dźwiękowego intra wiedzą o co chodzi. Nie ma chuja na biedrony, leżę i kwiczę z radości, prawie łzy w oczach. Skaczemy do czasów najnowszych. Singlowaty „Vicarious” rozwalił (o, coś nowego). Chociaż rzeczywiście, przyłapuję się na tym, że brakowało mi tego, by cała sala razem z Maynardem nucila „lalalalalalaj”. tak samo hmmmm kurczę… „Aenema” też jest takim hitem, ze można by pokusić się o odśpiewanie tego z Maynardem. Zwłaszcza że ktoś gdzieś pisał, że Maynard dawał wyraźnie pole do popisu.

I tyle. Pan Maynard nie rozgadał się zanadto, co z jednej strony nie dziwi, ale z drugiej jednak było tego nawet mniej niż 5 lat temu, gdy też nie grzeszył gadatliwością. Ale przemówienia przed „Lateralusem” wtedy nie zapomnę. Tu takiego punktu wyróżniającego się zabrakło. „Good evening”? A może chociaż celebrować w sobie naiwność i czekać na zapowiedziany przez Maynarda koncert w listopadzie? Zobaczymy.

Setlista? Przede wszystkim byczy minus za brak „Intension”, który to wskoczył na pozycję mojego NAJNAJNAJ kawałka. A poza tym to i tak co by nie zagrali byłoby zajebiście. Choć rzeczywiście, brak parabolek i suity z „10,000 Days” może dziwić.

No i jednak… zważywszy na brak supportu, to jednak mogliby dłużej pograć. Pobożne życzenie, bo półtorej godziny grają na każdym koncercie, ale jednak gdy o 9.00 zapaliły się wszystkie światła to czułem się dziwnie, że będę wraca do domu o tak dobranockowej porze.

Anyway. Nieważne wszelkie wytknięte minusy. Po raz kolejny TOOL zaserwował mi czas, od którego zaczyna się kolejna epoka w moim życiu. Dawno temu usłyszałem, że najlepsze są koncerty z których mało się pamięta. Tutaj jest podobnie. Byłem gdzieś indziej w tym czasie. Nie Spodek, ale jakiś zupełnie nieidentyfikowalny punkt hmmm geograficzny? Kosmiczny? Czasowy?

 

najlepszy moment: RIGHT IN TWO

ocena: 9/10

Leave a Reply