rageman.pl
Film

Zielona karta

rok: 1990

reżyseria: Peter Weir

To całkiem normalne kiedy artysta niekoniecznie mainstreamowy popełnia dzieło dla mas i nie musi to od razu oznaczać sprzedanie się. Czasem wynika to z potrzeby złapania oddechu, czasem w ramach eksperymentu czy też wyzwania – czy jestem w stanie stworzyć coś, co poruszy tłumy? Dzieje się tak nagminnie w muzyce, nie inaczej jest w świecie filmu. Wiecie, dla mnie taka „Prosta historia” Lyncha to jeden z najlepszych jego filmów – choć ma uniwersalny urok pozwalający dotrzeć do niemal każdego, to nikt nie pomyli tego filmu z jakimkolwiek innym reżyserem. I chyba na tym polega sukces takiego skoku w bok.

Peter Weir po „Stowarzyszeniu umarłych poetów” miał praktycznie świat u swych stóp – filmem zachwycali się zarówno krytycy filmowi, jak i przede wszystkim bywalcy kin. Nie aby film z Robinem Williamsem był lekki i przyjemny, ale w porównaniu z takim „Świadkiem” czy „Wybrzeżem moskitów” można by go sklasyfikować wręcz jako feel-good movie. A jednak Australijczyk właśnie wtedy uznał, że czas na coś innego. Czas nie tylko rozśmieszyć widzów, ale wlać też miłość do ich serc. Czas na… komedię romantyczną.

To nie jest tak, że mam do tego gatunku filmowego jakąś awersję – bynajmniej, lubię się i pośmiać i rozczulić. Natomiast tak jak w świecie muzyki mainstreamowość np. popu czy tanecznych dźwięków nie wyklucza artystycznych ambicji, tak trudno mi sobie przypomnieć komedię romantyczną, o której mógłbym powiedzieć, że w jakikolwiek sposób poszerzyła granicę mojej percepcji, w jakimś stopniu zmieniła historię kina etc. Nie mówiąc już o tym, że w tym gatunku wyjątkowo łatwo wpaść na mieliznę – odważyłbym się powiedzieć, że na dziesięć rom-komów dziewięć to totalny szrot (a połowa z nich prawdopodobnie nakręcono na zlecenie TVN bądź Polsatu). Może problem w tym zawieszeniem pomiędzy dwoma światami? Jak z pop rockiem – ani to wystarczająco rockowe, ani też popowe, więc tak trochę dla nikogo.

Jak więc na tym tle wypada „Zielona karta”? Cóż… zaskakująco dobrze. Co więc się składa na sukces komedii romantycznej?

Przede wszystkim – przekonująca, niebanalna historia, a przy tym też wiarygodna, z którą można się utożsamić. Może nie każdy na świecie dąży do uzyskania tytułowej Zielonej Karty (dokument upoważniający do stałego pobytu w USA), ale ile znamy historii o małżeństwach z rozsądku czy też, ujmijmy to, transakcyjnych. Takie np., jakie zawierają Bronte i Georges. On, aby dzięki małżeństwu uzyskać wspomnianą Kartę i nie musieć wracać do rodzinnej Francji, ona aby móc wynająć upragnione mieszkanie dostępne tylko dla małżeństw. Po zawarciu małżeństwa rozchodzą się w swoje strony przekonani, że się już nigdy nie zobaczą bo i tak nie będzie takiej potrzeby. A jednak wkrótce zgłaszają się do nich podejrzewający przekręt urzędnicy grożący deportacją, tak więc nasi pseudomałżonkowie postanawiają trochę lepiej się poznać, aby na kolejnej rozmowie z urzędnikami wypaść na wiarygodne małżeństwo. A że, jak się okazuje, Bronte i Georgesa różni praktycznie wszystko, droga od poznania się do polubienia jest dość długa. A do pokochania się praktycznie wykluczona. Teoretycznie. Bo przecież finały w komediach romantycznych są oczywiste.

Zanim jednak główni bohaterzy zakochają się w sobie, to najpierw musimy pokochać ich my, widzowie. W przypadku trochę zapomnianej dziś Andie MacDowell sprawa była dość ułatwiona – na początku lat 90tych grała w ekstraklasie filmów o zabarwieniu komediowym i romantycznym wraz z Julią Roberts i Meg Ryan. Ciekawie za to wypada przypadek Gerarda Depardieu – dziś kojarzonym przede wszystkim z bycia ruską onucą, ale i wtedy jego widok w takim filmie jak „Zielona karta” mógł wywoływać dysonans poznawczy. Bo raz, że dotychczas był kojarzony z rolami dramatycznymi u Wajdy, Bertolucciego czy Bunuela, a dwa że był on znany głównie europejskiemu widzowi. I teoretycznie Depardieu gra u Weira siebie samego – nieokrzesanego, lubiącego dobre jedzenie i wino Francuza. Z tą różnicą, że ekranowego Depardieu trudno nie polubić. Bo to właśnie on i jego próby wpasowania się w świat Bronte, czyli amerykańską klasę wyższą, dostarczają najwięcej humoru.

I trzecia, być może najważniejsza rzecz – aby komedia romantyczna była udana, to musimy w tę ekranową miłość uwierzyć. I ja w to co widzę na ekranie wierzę. Choć podskórnie czujesz, że z tego nie będzie historii typu „żyli długi i szczęśliwie”, to chcesz by wbrew wszystkiemu Bronte i Georgesowi się udało. A przypominam wciąż, głównego bohatera gra Gerard Depardieu, którego nikt o zdrowych zmysłach nie obsadziłby w roli amanta. Zrobił to Weir. I wygrał.

Skoro wszystkie check-boxy odhaczone, to ja naprawdę nie widzę powodów by dać „Zielonej karcie” niższą ocenę.

najlepszy moment: fortepianowy popis

ocena: 8,25/10