rageman.pl
Film

Shaft

rok: 1971

reżyseria: Gordon Parks

Wracamy do kina, znów z czarnoskórym bohaterem w roli, hm, bohatera.

Nawet jeśli nie jesteście ekspertami kina typu blaxploitation (spokojnie, ja też nie), to całkiem możliwe, że hasło „Shaft” obiło Wam się o uszy. Być może w filmowych wojażach trafiliście na reebot z Samuel L. Jacksonem lub na inne produkcje z dość już obszernej franczyzy filmowej, nawet bardziej prawdopodobne że zetknęliście się z legendarnym już soundtrackiem autorstwa Isaaca Hayesa (dla młodszych czytelników – nieodżałowany Chef z South Parku). A może jeśli zarówno filmu jak i muzyka są Wam obcymi dziedzinami sztuki, to trafiliście na jakieś opracowania historyków traktujących o kulturowym znaczeniu omawianego dziś dzieła. Bo to, że jest to film ważny, w szczególności dla Afroamerykanów, nie podlega wątpliwości. Ale czy kinomani spoza tego kręgu kulturowego, a przede wszystkim te kierujące się jakością filmów, mają tu czego szukać?

Powiedzmy sobie wprost – fabuła jest tu wybitnie pretekstowa. Główna oś fabularna skupia się na odbiciu córki wpływowego gangstera z Harlemu z rąk włoskiej mafii, czego dokonać ma nasz tytułowy bohater – prywatny detektyw, który w przeciwieństwie do Pana Tibbsa z „W upalną noc” bardziej kieruje się pobudkami materialnymi aniżeli moralnymi. Innymi słowy – bierze do rozwiązania te sprawy, przy których dobrze płacą. Ale wątpliwości co do kompasu moralnego Shafta nie dotyczą tylko kryterium doborów śledztw których się podejmuje. Delikatnie rzecz ujmując – równie mocno co pieniądze nasz bohater kocha sex, i to niekoniecznie z własną partnerką. A że jest mężczyzną dość przystojnym, to nie ma najmniejszego problemu z nawiązywaniem kontaktów seksualnych. James Bond mógłby wręcz pozazdrościć.

No i de facto taka to fabuła filmu. Strzelaniny z gangsterami których nie lubimy, droczenie się z gangsterami których lubimy i pieszczoty z kobietami – bez znaczenia czy je lubimy czy nie, bo i tak są tylko na chwilę. Jeśli szukać fundamentalnych dzieł dla estetyki amerykańskiego rapu, szczególnie jego odłamu gangsta, to „Shaft” jawi się wręcz elementarzem. Inspirując to co fajne w gatunki, ale też to co mniej fajne. Mizoginizm w pełnej krasie? Trudno zaprzeczyć.

Ale z drugiej strony – czy ten swag głównego bohatera sprawia, że fabuła schodzi na dalszy plan? A i owszem. Przede wszystkim to co sprawia, że „Shaft” chce się oglądać, to jest jego obezwładniający wręcz klimat, budowany przez obraz jak i wspomniany już soundtrack. No co ja poradzę, że zwyczajnie kocham ten Nowy Jork tutaj uwieczniony, kiedy jeszcze nie był zalany turystami, a mimo to kipiał życiem. Nie bez znaczenia jest tu fakt, że główną profesją Gordona Parksa była nie reżyseria, a fotografia – więc o ile kogoś nie odrzuci wybitnie oldschoolowa jakość obrazu (być może w odświeżonych wersjach filmu poprawiona), to już na poziomie czystego kontaktu wzrokowego powinien mieć sporo radości.

Kupuję to. Ale też nie będę Was namawiał do tego samego, ponieważ to klasyczny przykład filmu, który nie do końca dźwiga swą własną legendę.

najlepszy moment: NOWY JORK

ocena: 8/10