W upalną noc
reżyseria: Norman Jewison
Gdybym miał porzucić branżę muzyczną i wybrać sobie jedną jedyną profesję którą chciałbym uprawiać, niezależnie od tego czy mam odpowiednie kwalifikacje (a zapewne nie mam), zdecydowanie byłbym detektywem. Uwielbiam gry przygodowe (zwłaszcza te, które dotyczą rozwiązywania zagadek kryminalnych), escape roomy, uniwersum Sherlocka Holmesa. Nie powiedziałbym wprawdzie, że filmy z detektywami (lub policjantami śledczymi) są moimi ulubionymi, ale zdecydowanie mam do nich słabość.
Nie ma wiele kryminałów, które by dostały Oscara w kategorii Najlepszy Film – „W upalną noc” takie wyróżnienie spotkało. Czy oznacza to, że intryga w nim zawarta należy do jednej z najlepszych w historii kinematografii? Niekoniecznie, choć nie chcę zanadto spoilerować i zdradzać szczegółów. Film Jewisona wygrywa zdecydowanie czymś innym.
Kiedy w małej mieścinie w stanie Mississippi zostaje znalezione ciało bogatego przedsiębiorcy, pierwszym podejrzanym zostaje główny bohater filmu, Virgil Tibbs. Dlaczego? Bo policjant który odkrył ciało ofiary, znajduje Tibbsa na stacji kolejowej czekającego na swój pociąg. Czy to wystarczający dowód? Oczywiście, że nie. Ale jeśli połączy się to z faktem, że Tibbs jest czarny, to dla lokalnych reprezentantów prawa sprawę morderstwa już można zamknąć.
Oczywiście Tibbs nie tylko okazuje się niewinny, ale tak się składa, że jest ekspertem do spraw zabójstw z Philadelphii (który przyjechał w odwiedziny do matki), więc na prośbę swego przełożonego oraz wdowy po zamordowanym (a także ze względu na indolencję lokalnej policji) podejmuje się rozwikłania sprawy. Ale tak jak w „Twin Peaks” tak naprawdę chodziło o pokazanie magii tytułowego miasteczka i jego mieszkańców, tak „W upalną noc” Tibbs za przeciwnika ma przede wszystkim wszechobecny rasizm. Rasizm, od którego duszno nie mniej niż od tytułowego upału. Rasizm dotyczący każdego – od lokalnych rzezimieszków, przez biznesowych konkurentów ofiary, na policjantach którzy są zmuszeni do współpracy z Tibbsem będąc świadomymi, że bez jego pomocy sprawy morderstwa nie rozwiążą.
Historia filmu dość dobrze zna motyw dwóch stróżów prawa współpracujących z sobą mimo wzajemnej niechęci. A jednak i tak duet który tworzą Sidney Poitier (Tibbs) i Rod Steiger zasługuje na wyróżnienie. „W upalną noc” doskonale pozwala zrozumieć, dlaczego ten pierwszy powszechnie uważany jest za jednego z najwybitniejszych czarnoskórych aktorów – charyzma jaka bije od jego postaci jest unikalna, a niektóre sceny w których walczy o swoją godność (’They call me Mister Tibbs!”) same stały się klasykami. I każdy aktor który wszedłby w duet z aktorem miary Poitiera z góry byłby skazany na przepadnięcie w jego cieniu. A jednak to Steiger, grający niezbyt lotnego chama o miękkim sercu, zgarnął wszystkie możliwe aktorskie nagrody za ten film. Czy słusznie? Myślę że tak, choć aż dziw, że żadna z nich nie przypadła także Poitierowi. Tudzież Quincy’emu Jonesowi za kapitalną ścieżkę dźwiękową.
Być może dziś jakość tego filmu „przegrywa” z jego znaczeniem historycznym i kulturowym, ale to wciąż kawał solidnego kina.
najlepszy moment: PLASKACZ
ocena: 8,75/10
