rageman.pl
Muzyka

Summer Punch Festival 2026

gdzie: Progresja

kto: Bad Omens, Three Days Grace, BABYMETAL, LANDMVRKS, Palaye Royale i inni

Jak zostało wczoraj wspomniane, w ciągu tygodnia dorobiliśmy się dwóch nowych festiwali reprezentujących szeroko pojęte gitarowe granie i którym głęboko kibicuję, by zostały z nami na lata. Lost Generation Festival mamy już rozpykany, czas się zabrać za drugi z festów.

Kocham Mystic Festival i mam nadzieję że będzie trwał do końca świata i jeden dzień dłużej, bo też kocham metal. Problem polega na tym, że absolutnie nie aspiruję do bycia true metalem, ponieważ najbardziej kocham nowe odmiany metalu – jak nu metal, groove metal, metalcore i pochodne tychże. I się tej miłości (już) nie wstydzę. I to nie jest tak, że przedstawiciele tych podgatunków nie są na gdański festiwal zapraszani. Prawda jest jednak taka, że przeważnie upychani są w popołudniowych godzinach i najlepiej na mniejszych scenach, by nikomu nie wadzili. A nie daj Boże któryś by został zaproszony na main stage! Pamiętam doskonale imbę gdy Bring Me The Horizon uczyniono dwa lata temu jednym z headlinerów. A teraz wyobraźmy sobie, że gwiazdą MF uczyniono by Korna. Albo nawet Slipknota. No nie przeszłoby.

I żeby nie było – absolutnie zgadzam się, że jeśli latami buduje się markę na metalu w jego najcięższych odmianach to nie należy tego porzucać, bo festiwal to nie artysta by deklarować mu wierność aż po grób. Ale też uważam, że Metal jest na tyle pojemnym gatunkiem, że przede wszystkim dla dobra samego Mystica i jego rozwoju byłoby, gdyby zapraszali też zespoły spoza swojej podstawowej bańki. A mówiąc konkretniej – tzw. entry-level bands. Bo przecież każdy zaczynał jakoś swoją przygodę z metalem i nie były to zespoły typu Anaal Nathrakh czy Cynic. Czy świat się zawalił po koncercie BMTH? Oczywiście że nie. A jestem więcej niż przekonany, że ktoś kto kupił bilet na MF ’24 tylko dla Brytyjczyków mógł tego samego dnia posłuchać taki np. Satyricon bądź Dark Funeral, odkryć że można jeszcze mocniej i lepiej i zakochać się w metalu po uszy. I dzięki temu Mystic wciąż się rozwija i za rok będzie w nowym, większym miejscu (czy lepszym to już inna sprawa), co też daje większe możliwości w budowaniu line-upu. Jasne, zespołów metalowych z certyfikatem prawdziwości jest sporo, ale też chyba nie aż tyle – bo ile razy można Megadeth zapraszać na headlinera?

Obstawiam, że organizatorzy Mystica mają podobne rozkminy i przyszłoroczna edycja będzie dowodem na to, w którym kierunku zamierzają pójść – wierności ideałom sierpnia czy poszerzaniu gatunkowych horyzontów. Jeśli jednak uznają, że czas przychylniej zerkać w hardrock/metalowy mainstream to mogą mieć problem. Bo wyrosła im właśnie dość mocna konkurencja.

Nie wiem, czy Winiary Bookings planując pierwszą edycję Summer Punch Festival oraz to, czym ten festiwal ma w ogóle być, myśleli o tym Mysticowym kontekście i niszy której ten festiwal dotychczas nie był w stanie wystarczająco zagospodarować. A być może po prostu chcieli stworzyć po prostu kolejny czerwcowy festiwal gitarowy. Cokolwiek im przyświecało – okazało się, że trafili z pomysłem w dziesiątkę. Już w trakcie trwania pierwszej edycji zaprosili na przyszłoroczny, już trzydniowy Summer Punch.

Przyznam bez bicia, że o ile o powodzenie Lost Generation Festival 2026 (którego przyszłość wciąż jest nieznana) byłem dziwnie spokojny, tak w przypadku SPF miałem lekkie obawy. Winiary Bookings to wprawdzie nie ułomki i koncerty (nie tylko zresztą gitarowe) organizują od lat, tak jednak w kategorii festiwalowej (która, nie ma co ukrywać, jest jednak większym organizacyjnym wyzwaniem) nie mieli success story. Na pewno nie zaniedbali tematu promocyjnie – sociale festiwalowe aż kipiały od wrzutek, informacji, memów itp. itd., także mocno zaangażowali tradycyjne media (wywiady z gwiazdami festiwalu w Teraz Rocku). Czasem jednak nadmiar promocji może wzbudzać podejrzenia – czy przypadkiem bilety nie rozchodzą się na tyle źle, że organizator chwyta się w desperacji każdej możliwości. Na szczęście okazało się, że to zupełnie nie ten case.

Drugą wątpliwość miałem w związku z lokalizacją festiwalu. Jestem fanbojem Progresji – i nie tylko dlatego że mieszkam praktycznie rzut beretem. Wciąż jednak nie mogę się przekonać do tzw. Letniej Sceny Progresji. Jasne, jest to pewne rozwiązanie – w taką pogodę jak aktualna koncert na świeżym powietrzu to wybawienie, na dodatek taka druga scena daje możliwość dwa razy większego obrotu, czytaj – zorganizowania dwóch koncertów jednego dnia (z czego już włodarze Progresji korzystają często i gęsto). Wszystko rozumiem, ale co mam zrobić, że te tereny przyProgresyjne jawią mi się… no, dość mało ekskluzywnymi. Eufemistycznie rzecz ujmując. Tak bardziej pod Juwenalia czy nawet Dni Ziemniaka aniżeli festiwal z globalnym line-upem. Czy teren ten się finalnie sprawdził? Tak, choć tu trzeba zaznaczyć, że to co znamy jako Letnią Scenę Progresji służyło jako mniejsza scena festiwalowa (tzw. Punch Stage) – główną (Summer Stage) umieszczono na pustkowiu przylegającym do Progresji i nie wyglądało to aż tak źle. Czy mimo wszystko obraziłbym się, gdyby za rok przeniesiono festiwal w inne, bardziej sprawdzone festiwalowo miejsca (np. Tor Wyścigów Konnych lub chociaż okolice stadionu Legii, wzorem Clout Festivalu)? Zdecydowanie nie.

O ile Lost Generation Festival miał na tyle ciekawe atrakcje towarzyszące że aż żal było nie skorzystać, tak na Summer Punchu skupiłem się wyłącznie na muzyce (choć oczywiście były elementy niezbędne, jak merch czy strefa gastro – bardziej różnorodna niż na LGF, ale zdecydowanie za mała). Zwłaszcza że line-up był dość gęsty – koncerty odbywały się praktycznie naprzemiennie. Na szczęście obie sceny dzielił na tyle krótki dystans, że spokojnie dało się zobaczyć wszystko i nie było typowych dla festiwali dylematów moralnych. A że niestety taka a nie inna miejscówka zmuszała do zakończenia wszelkiej zabawy przed 23:00, tak połowa koncertów trwała po pół godziny, najdłuższy zaś koncert – Bad Omens – trwał ok. 75 minut. Finalnie więc wyszło dziennie dwanaście koncertów przez osiem godzin. Czy lepiej byłoby dostać mniej koncertów, a dłuższych? Niekoniecznie, wszak metal – nawet w tej nowoczesnej odmianie – smakuje najlepiej w ilościach mniejszych, acz gęstych. Inna sprawa, że niektóre zespoły naprawdę nie zasługiwały na dłuższe granie. Ale po kolei, przejdźmy zatem do meritum. Wystąpiło tego sporo, w zdecydowanej większości byłem w trybie odkrywania, zatem tym razem bez zbędnego rozpisywania się. Kolejność chronologiczna.

Dzień 1

Rain City Drive – ktoś musiał rozpocząć zabawę; zaczęliśmy ją w klimacie szeroko pojętego alt metalu, z naleciałościami post-hardcore (mniej) i emo (bardziej) – ten drugi kierunek głównie ze względu na wokal jednoznacznie stawiający na śpiew. Złe to nie było, ale też trudno się dziwić takiemu umiejscownieniu w line-upie.

Silent Planet – oooo, i tu już weszliśmy na wyższe obroty. Djent przeplatany z core’m plus wokalista z zaangażowaniem jakby walczył o życie. Co w pewnym momencie przybrało wymiar dosłowny, kiedy dron wleciał na niego i wplątał mu się w bujną czuprynę – udało się problem po chwili rozwiązać, ale mogło skończyć się gorzej.

House of Protection – nie zwalniamy! Niby tylko duet perkusyjno-gitarowy (choć jak trzeba było to wspomagany przez dodatkowego muzyka), z obowiązkami wokalnymi podzielonymi na obu panów, ale ile w tym energii było! Zarówno w muzyce, gdzieś na przecięciu alt, industralu a nawet nu (panowie zbierali doświadczenie w tym zakresie grając w Fever 333), ale przede wszystkim w energii scenicznej. Zainstalować się z gitarą i statywem od mikrofonu pośrodku pogo i tam odegrać całą piosenkę? Zaśpiewać piosenkę stojąc na talerzu perkusyjnym trzymanym przez publikę? No problem. Mam wątpliwości czy zawieszenie się na rusztowaniu scenicznym by tam zagrać solówkę gitarową nie było już przegięciem, ale obyło się bez tragedii, publika zachwycona – cóż, i na polu koncertowym cel uświęca środki.

Set It Off – ech. Serio, nie mam pojęcia po co takie zespoły istnieją. Może panowie uznali, że zostaną czołowymi reprezentantami pop hardcore’a? I jeśli rzadko się słyszy o takim połączeniu, to na koncercie można było usłyszeć powód dlaczego tak jest. Na pewno nie pomagało też to, że jak na moje ucho panowie mocno się wspierali back trackami. A takim pomysłom na koncertach, zwłaszcza gitarowych, mówimy głośne nie.

Catch Your Breath – nie było winą zespołu to, że pierwsze, cenne minuty zaledwie półgodzinnego koncertu wokalista spędził na walce z mikrofonem. Ale już ich winą było to, że się w tej walce poddali – lub też od początku mieli taki plan, bo jak na moje ucho tutaj też sporo było korzystania z taśmy. Trochę szkoda, bo samo granie może nie było jakimś wybitnym alt metalem, ale na pewno o wiele lepszym niż Set It Off.

P.O.D. – dwie legendy nu metalu w ciągu tygodnia? W to mi graj! Akurat P.O.D. już raz miałem okazję widzieć na żywo – kiedy grali jako support przed pierwszym polskim koncertem Korna, w Spodku w 2000 roku. Czyli tak dawno temu, że praktycznie się nie liczy. Wtedy zresztą byli jeszcze przed swoim największym sukcesem komercyjnym i artystycznym, czyli albumem „Satellite”. Jego reprezentantem zaczęli („Boom”) i nim zakończyli – po kolei grając tytułowy, „Youth of the Nation” (ale to zabrzmiało, śpiewane przez tyle głosów) i „Alive”. W międzyczasie wplatając zarówno kilka nowości, jak i klasyki z wciąż mojego ulubionego „The Fundamental Elements of Southtown” [„Rock the Party (Off the Hook)” i „Southtown”). Czy był to koncert festiwal? Nie, bo takim nie mógł być. Nie te okoliczności, nie ta pora, chyba też już nie ta forma wokalna Sonnyego. Ale turbo się cieszę, że to nasze spotkanie po latach miało miejsce.

Bury Tomorrow – nie ukrywam, ostrzyłem sobie zęby na ten koncert, choć stosunkowo późno odkryłem ten zespół dla siebie. I choć zdecydowanie wolałbym solowy, klubowy (i dłuższy – zabrakło mojego ulubionego „Heretic”) koncert, to panowie dowieźli to co mogli dowieźć w takich warunkach. Wystarczyło.

Landmvrks – pierwszy z tych zespołów, które miałem już okazję widzieć na Mystic Festivalu – i nie ostatni, zarówno na tegorocznej edycji Summer Punch, jak i kolejnych. Obstawiam, że Summer Punchowi zdarzy się „podkraść” zespoły zarówno z Mystica, jak i z Lost Generation… Ale wracając do sedna. Jak na mój gust niewiele się zmieniło od czasu poprzedniej konfrontacji z Francuzami – chyba że status samego zespołu. Na Mysticu byli jednym z wielu zespołów (choć grającym na mainie), tutaj byli wyróżnienia jako jedna z gwiazd festiwalu. Zasłużenie – już przy okazji Mysticowego koncertu mówiłem, że w zalewie nie dających się od siebie odróżnić zespołów metalcore’owych mają swoją osobowość i zdania nie zmieniłem, a wręcz się w nim utwierdziłem. Plus, niezmiennie nie mogę się pozbyć wrażenia, że na wokalu mają evil wersję Vito Bambino.

Bilmuri – gdyby nie zespół o którym za chwilę to pewnie do nich należałby tytuł największego dziwoląga tej edycji Summer Punch. Być może oglądaliście tę komedię z Willem Ferrellem o Eurowizji, gdzie jeden z uczestników konkursu, o wyglądzie kojarzącym się z najbardziej ekstremalną wersją viking metalu, śpiewał piosenkę rodem z repertuarów LGBT pop ikon? No to powiedzmy, że Bilmuri zbudował (zbudowali?) wokół tego dowcipu całą swoją stylistykę? Metalcore’owe blasty przeplatane popowymi refrenami i solówkami na dęciakach, których nie powstydziłby się Kenny G. Ja to kupiłem, ale rozumiem też tych, których ta formuła przerosła.

BABYMETAL – jak wspominałem, koniec jednego koncertu na Summer Punch oznaczał natychmiastowy start koncertu na drugiej scenie. Był jeden wyjątek. Niestety. Bo mimo całego hejtu jaki się wylewa na Babymetal byłem piekielnie ciekawy tego koncertu. I kiedy spokojniutko wracałem sobie z Bilmuri na drugą scenę okazało się, że koncert Babymetal trwa od dobrego kwadransa. „OK, może będzie to na tyle złe że nie będzie czego żałować”. No niestety. Było to ZAJEBISTE. Serio. Absolutnie nie przekonuje mnie argumentacja, że kicz – bo jeśli tak, to równie dobrze całą kulturę japońską można byłoby nazwać kiczowatą. A tu mamy może i karkołomny, ale jednak wybitnie oryginalny pomysł na siebie. No i przede wszystkim – skuteczny. Był metalowy, grany na żywo wyziew? Był. Był kontakt z publiką – specyficzny na początku, ale z czasem coraz lepiej działający? Był. Ale przede wszystkim – były piosenki z refrenami tak wpadającymi w ucho i tak skocznymi, że naprawdę trzeba być z kamienia by nie dać się temu poruszyć. No i miały solówkę gitarową Toma Morello na telebimie. No kaman, how cool is that?

Paleface Swiss – kolejny zespół z Mystica, który tutaj awansował do miana gwiazdy sceny mniejszej. Co gdyby Corey Taylor ze Slipknota zamiast grać smutny postgrunge Stone Sour założył projekt deathcore’owy? Szwajcarzy stanowią odpowiedź na to pytanie, które zapewne zadaje sobie wielu. Nie że wybitne, ale diabli skuteczne.

Bad Omens – o rany, ale to było dobre. Przyznam, że niespecjalnie byłem obyty z tym zespołem, poza tą wiedzą, że są wskazywani jako jedni z tych, którzy przejmą headlinerskie sloty metalowych festów, kiedy stara gwardia w końcu odejdzie. I na koncercie przekonałem się, że jak najbardziej zasłużenie. Było tu wszystko – wygrzew, klimat, koncept (całość podzielona za sprawą tajemniczych wizualizacji na kilka aktów). Był też absolutnie fenomenalny wokal, bezproblemowo poruszający się po całej możliwej skali – od delikatnego śpiewu po growl. I choć jestem fanem Sleep Token i ich pop-metalowej schizofrenii, to muszę uczciwie przyznać, że Bad Omens łączą te skrajności w o wiele bardziej stylowy sposób. Koncert dnia, jeśli nie festiwalu.

Dzień 2

Zero 9:36 – tym razem rozpoczynamy dzień z rap rockem. Stylowe – bo za mikrofonem chłop, który rzeczywiście umie rapować, a na instrumentach kolesie, którzy rzeczywiście potrafią grać. A czy jakościowe to już inna sprawa. Ale nie skreslam.

Dead by April – kolejny z zespołów, którego sensu istnienia nie jestem w stanie pojąć. Metalcore, z czystymi wokalami tak przesłodzonymi, że można by wokół nich całą fabrykę cukierków zbudować.

Touché Amoré – o ile pierwszy dzień festu był bardziej metalcore’owo zwarty, tak miało się wrażenie że drugi dzień był bardziej różnorodny. Dzięki takim zespołom jak choćby Touché Amoré. Tu nie było żartów – najprawdziwszy post hardcore / screamy, bez jakichkolwiek ukłonów w stronę komercji. Być może przez to niespecjalnie pasowali do festiwalu, ale dobrze że mieli szansę się pokazać. Jeśli choć jedna osoba została fanem to znaczy że było warto.

Man With a Mission – chłopy w stroju misiów. I spoko, image też ważny, nawet najbardziej kuriozalny. Niestety, miałem wrażenie że już na samą muzykę pomysłów zabrakło.

Wargasm – pomysłów nie zabrakło za to w przypadku duetu z Wielkiej Brytanii. Jeśli mówi się o nowej fali nu metalu, to zdecydowanie najbardziej mi pasuje kiedy to takie zespoły jak Wargasm są do niej przypisywane – zespoły, które doskonale potrafią uchwycić „tamtą” energię, nawet jeśli grają na przecięciu muzyki rockowej i elektronicznej (sampel z „Voodoo People” nieprzypadkowy). Świetne.

Yonaka – a tych to widziałem już lata temu na Open’erze. Choć będąc szczerym, niewiele zapamiętałem z tamtego koncertu. Czy z tego będzie już więcej wspominek? Cóż, na pewno zespół odkrył, że ma na wokalu najprawdziwszy skarb i w nowych piosenkach zdaje się że zdecydowanie bardziej postawili na śpiew. Ale boję się, że może się to skończyć tak, że któryś z majorsów zaproponuje wokalistce solową karierę, popowy repertuar i tyle z tego będzie.

Smash Into Pieces – kolejny z zespołów typu „po co?”. Jedyny wyróżnik – wokal jednoznacznie rockowy (okolice śpiewającego Davida Draimana z Disturbed). A, no i zamaskowany pan za perkusją. Jak wspominałem, wizualnie też trzeba się czymś wyróżnić.

Alexisonfire – tak, tak, tak! Tak trzeba łączyć gitarowe pierdolnięcie z melodyjnymi wokalami! Piękne, klasycznie brzmiące, szczere, bez pozerstwa.

Show Me the Body – „mamy Helmet w domu”? Może aż tak to nie, ale rzeczywiście był to kolejny wygrzew, który chyba bardziej by pasował na Off Festival. Kupiłem, ale możliwe że w godzinnej dawce by zmęczyło. Więc trochę przed czasem przeniosłem się na drugą scenę.

Palaye Royale – być może najbardziej stricte rockowy zespół festiwalu. Gitarzysta wyglądający jak idealna mutacja Keitha Richardsa i Ronniego Wooda w jedno ciało i wokalista, który całą swoją osobą krzyczał „JESTEM GWIAZDĄ ROCKA”. W domu nie posłucham, ale na koncercie, wbrew początkowemu uprzedzeniu, zadziałało.

Don Broco – ech, smuteczek. Już tłumaczę – poznałem ten zespół lata temu, kiedy rozpoczynali karierę wydawniczą w Sony Music. I zakochałem się w tym ich graniu na przecięciu nu metalu, funka i drygowi do ejtisowej wręcz przebojowości. Potem poszli w niezależną dystrybucję, jednocześnie dryfując w coraz cięższe klimaty. I tak jak zazwyczaj kibicuje gdy zespoły grają coraz ciężej, tak tutaj trochę żal takiego a nie innego kierunku. Liczyłem jednak, że może na koncercie coś sięgną po starszy repertuar. Niestety, nic kompletnie. Ba, nawet okres przejściowy potraktowany po macoszemu. W efekcie nie usłyszałem ani jednego utworu z prywatnej wishlisty. Czy był to zły koncert? Bynajmniej. Ale jednak trochę missed opportunity.

Three Days Grace – rzadko się zdarza, by wokalista i lider zespołu, święcący z nim największe tryumfy, odszedł z zespołu, a ten nie tylko nie dokonał żywota, ale zyskał nowego charyzmatycznego lidera. Jeszcze rzadziej się zdarza, by ten poprzedni lider po dziesięciu latach wrócił do zespołu i nie tylko nie wykolegował jego zastępcy, ale stworzył z nim wokalno-liderowy duet. Świetnie się oglądało tych panów wspólnie śpiewających piosenki z obu epok, bez ambicjonalnych konfliktów. Choć wiadomo, serducha najbardziej rozgrzały „I Hate Everything About You” i „Never Too Late”.

Widzimy się za rok? Widzimy!