rageman.pl
Muzyka

Sting

gdzie: Opera Leśna, Sopot

kto: Sting, Dea Matrona

W moich koncertowych wojażach dosyć często zdarzają się te z kategorii „dlaczego dopiero teraz?”. Pół biedy, kiedy mowa o wykonawcy/zespole, który nigdy wcześniej lub z rzadka zaglądał nad Wisłę. Dziś będzie jednak o sytuacji dość wyjątkowej – bo jeśli wierzyć setlist.fm, Sting dał w Polsce łącznie 26 koncertów (wliczając dziś omawiany). A możliwe że (przyznaję bez bicia, nie chce mi się tego sprawdzać) liczba ta nie uwzględnia wszystkich tych występów w radiowej Trójce czy na Sylwestrach z Dwójką. Innymi słowy – no było sporo okazji, ale zawsze na przeszkodzie stał niedogodny termin lub soldout. Ale jeśli kolejny z koncertów przypada prawie że w dniu twoich urodzin i to jeszcze w rodzinnym mieście to znak, że tym razem powinieneś naprawdę postarać się o bilety.

Inna sprawa, że skłamałbym mówiąc, że czułem jakiś wyjątkowy nóż na gardle i strach, że sytuacja się już nie powtórzy. Owszem, Sting był jedną z tych globalnych gwiazd, które zaczęły odwiedzać nas jeszcze w latach 90-tych, kiedy takie wizyty naprawdę były traktowane jak wydarzenie skali państwowej. Ale trudno się oprzeć wrażeniu, że już od długiego czasu gra tam, gdzie jeszcze się nim nie znudzili. Powiedzmy sobie wprost – słuchanie Stinga w 2026 roku jest postrzegane trochę tak, jak zakładanie skarpet do sandałów i picie Harnasia. W sensie, trzeba mieć minimum 60 lat by widzieć w tym jakiś sens. I kiedy kilka lat temu nasz dzisiejszy bohater wydał cały album nagrany z Shaggym, to już nawet mało kogo ta desperacja zdziwiła (jeśli ktokolwiek ją zauważył).

Ale trzeba też pamiętać, że nie zawsze tak było. Ba, był czas kiedy Sting był Bossem, i to większym niż Bruce S. Nie mówię tylko o czasie spędzonym w The Police, bo to oczywiste. Ale słyszeliście „The Dream of the Blue Turtles”, „… Nothing Like the Sun” czy „The Soul Cages”? Jasne, to już wtedy była kraina łagodności, mokry sen audiofilów i wąsatych słuchaczy Trójki. Ale co tam był za songwriting, o Panie. No i przede wszystkim, ultimate winner każdej dyskusji o tym, czy Sting był kiedykolwiek cool – chłop grał jednego z najbardziej psychopatycznych złoli w historii science fiction, u najlepszego z reżyserów w historii kinematografii („Diuna” Lyncha, jakby ktoś się nie domyślił). Sting has always been cool.

Którą więc wersję Stinga otrzymaliśmy w Operze Leśnej? Nazwa aktualnej trasy koncertowej Stinga zawiera cyfrę, która mile może się kojarzyć ze składem macierzystej formacji Brytyjczyka. I okazało się to tropem jak najbardziej słusznym – bo poza basem (i wokalem oczywiście) lidera ze sceny słychać było tylko gitarę (wieloletniego już kompana Stinga, Dominica Millera) i perkusję (stosunkowo nowy w tym towarzystwie Chris Maas). Żadnych chórków, klawiszy, trąbeczek, jazzowania. Czysty rockowy skład. Idealny do grania…

No właśnie. Jeśli ktoś mówiąc „Sting” myśli w pierwszej kolejności „The Police”, to mógł tego wieczoru poczuć się jak w niebie lub przynajmniej jak na Stadionie Śląskim niemal równe osiem lat wcześniej, kiedy The Police grali pierwszy i ostatni koncert w Polsce. Na około dwadzieścia piosenek w setliście połowa pochodziła z repertuaru grupy. Zaczęli zresztą od „Message in a Bottle” aby rozwiać wszelkie wątpliwości, czy aby przypadkiem Sting nie będzie chciał udowadniać, że solowe dokonania w zupełności potwierdzają jego wielkość. I oczywiście, jeśli już się gra The Police, to trzeba sięgnąć po klasykę absolutną pokroju zawsze łamiącego serce „Every Breath You Take” czy „Roxanne” (pierwszy bis). Miłe było, że sięgnęli też po mniej oczywiste rzeczy jak „King of Pain” czy nie wydane nigdy na singlu „Driven to Tears”. Na szczęście obyło się bez „De Do Do Do, De Da Da Da”.

Druga połowa setlisty to oczywiście solowe rzeczy, na szczęście z naciskiem na najlepszy, czytaj – najwcześniejszy okres. Wprawdzie nic z debiutanckiego „Dream…” nie było, ale późniejsze kilka albumów miało już dość silną reprezentację. Hajlajty? Dla mnie dwa – „Fragile” zagrane przez samego Stinga na sam koniec koncertu, już w pozycji siedzącej (nie aby się specjalnie szalał przez wcześniejsze półtorej godziny, ale godna pozazdroszczenia krzepa jak na ten wiek) oraz „Englishman in New York”, którego perkusyjna wstawka zabrzmiała wyjątkowo potężnie. Co nie dziwi – leśne otoczenie Opery dobrze działa na akustykę tego miejsca.

Udany wieczór? Udany. I chociaż co do zasady moje oceny koncertów rzadko kiedy uwzględniają publikę (prędzej nieumiejętność nawiązania z nią kontaktu przez artystę), tutaj muszę zrobić wyjątek. Nie wiem czy to kwestia samego miejsca czy też może takich aktualnie fanów przyciągają koncerty Stinga. Ale nie mogłem opędzić się od wrażenia, że Operę Leśną wypełnili fani nie tyle muzyki, co radia bardziej. I którzy być może niekoniecznie nawet kojarzą nazwę The Police, chociaż największe hity mogli słyszeć w radiu. Serio, w jakim uniwersum najlepszym przyjęciem z całej, napakowanej hitami setlisty cieszy się taki utwór jak „Desert Rose”? Niepojęte. To ja już wolę te dzieciaki które odkryły Deftones przez TikToka, bo przynajmniej one rzeczywiście przeżywały cały koncert (a że najmocniej te utwory z TT to już inna sprawa). Tutaj – piknikowa atmosfera i wiecznie łażenie po kolejnego browara. Niespecjalnie też zachwycił support – ot, poprock w (głównie) żeńskim wydaniu. Tu akurat rzeczywiście idealnie pod piwko.

 

najlepszy moment: EVERY BREATH YOU TAKE

ocena: 8,5/10