Yves Robert Trio
kto: Yves Robert Trio
Francuzi to śmieszny naród. Seks oralny, Wieża Eiffla i Garou. Czyli same przyjemne rzeczy. Tak też pomyślałem, gdy przyszedłem na koncert. Że będzie przyjemnie. Ale z drugiej strony… jak może być przyjemnie na koncercie kolesia, który współpracował z Johnem Zornem, będącym przecież zaprzeczeniem przyjemności?
I owszem, przyjemnie nie było.
Pan Yves Robert, nazywany w ojczystym kraju „genialnym puzonistą”, przyjechał z dwoma koleżkami. Po lewej stronie, za stołem z klawiszami i elektronicznymi bajerami — Mr Stefanus Vivens. Po prawej stronie, za perkusją — Edward Perraud. A między nimi mistrz Robert.
Mistrz? Wyróżnianie któregokolwiek z tych muzyków, a zwłaszcza tego, który dał swe nazwisko formacji, byłoby krzywdzące dla pozostałych. Bo prawda jest taka, że obecni w Żaku tego wieczora byli świadkami geniuszu w akcji. I to w liczbie trzech.
Hierarchizować? Ni chuja.
Każdy z muzyków to była osobna bajka. Mógł się zawieść ten, kto oczekiwał melodii, kapeli typu zwarta drużyna działająca wspólnie w jednym celu — by podbić serca i uszy słuchaczy. Mieliśmy zamiast tego drużynę, która owszem, grała razem i wychodziło jej to efektownie, ale przede wszystkim chodziło o indywidualne popisy. Czyli bardziej reprezentacja Brazylii niż Niemiec.
Nie będę kukał do Wikipedii czy innego słownika, ale mniemam, że definicja słowa „perkusista” mówiłaby pewnie o jakimś wybijaniu rytmu czy coś. Sprowadzenie pana Perrauda do roli wybijacza rytmu byłoby nie tyle krzywdzące, co po prostu głupie. Bo to, co nazywamy „funkcją perkusisty”, było zaledwie punktem wyjścia dla pana Perrauda.
Naprawdę — słuchać, ale też i obserwować to, co wyczyniał, to była pure fuckin’ poezja dla zmysłów. Gdy już wydawało się, że za pomocą pałeczek perkusyjnych pokazał wszystko, ten… odkładał pałeczki. I np. zaczynał grać rękami. A by nie było nudno, posługiwał się jeszcze multum zabawek. Doprawdy, arsenał przebogaty. Stuki, szmery, jazgot. Tak, zdecydowanie określenie „perkusista” byłoby niesprawiedliwe.
Nie tylko pan Perraud zapodawał rytm w piosenkach. Nierzadko mogliśmy usłyszeć elektroniczny beat rodem z muzy trip-hopowej. Im dłużej trwał koncert, tym bardziej, słuchając wyczynów pana Vivensa, zastanawiałem się, czy to dalej można nazwać jazzem. Bo od kiedy w jazzie można usłyszeć jazgotliwe, przesterowane gitary? A takiego smaczku też nie zabrakło.
No i pan Robert. Idealnie odnajdujący się zarówno w graniu à la jazzgot, jak i spokojnych, wręcz melancholijnych partiach.
Kurwa, co za koncert!
Dwie godziny — z przerwą dwudziestominutową of kors — to było zdecydowanie za mało.
najlepszy moment: Daj Pan spokój – tacy ludzie jak Robert nie bawią się w momenty, czysta improwizorka
ocena: 6,5/10
