rageman.pl
Muzyka

Yves Robert Trio

gdzie: Żak, Gdańsk

kto: Yves Robert Trio

 

na koncercie bylem. Zak, jazz, godzina 20.00. tradycyjnie jak to na jazzach w Zaku miejsca siedzace. duzo luda, ale bez przesady. ann jest, o, i basia! sie spoznilem ttroche, jak sie okazalo. bo jak wparowalem o 20.30, to kapela juz grala.

francuzi to smieszny narod. sex oralny, wieza ajfla i garou. lajtowo. tak tez pomyslalem, gdy przyszedlem na koncert. ze bedzie lajtowo. ale z drugiej strony… jak moze byc lajtowo na koncercie kolesia ktory wspolpracowal z johnem zornem, ktory jest zaprzeczeniem lajtowosci?

i owszem, lajtowo nie bylo. pan yves robert, nazywany w ojczystym kraju „genialnym puzonista”, przyjechal z dwoma kolezkami. po lewej stronie, za stolem z klawiszami i elektronicznymi bajerami, mr stefanus vivens. po prawej stronie za perkusjia edward perraud. a miedzy nimi mistrz robert. mistrz? wyroznianie ktoregokolwiek z tych muzykow, a zwlaszcza tego co dal swe nazwisko formacji, byloby krzywdzace dla pozostalych. bo prawda jest taka, ze obecni w Zaku tego wieczora byli swiadkami geniuszu w akcji. i to w liczbie trzech. hierarchizowac? ni chuja. kazdy z muzykow to byla osobna bajka. mogl sie zawiesc ten, kto oczekiwal melodii, kapeli typu zwarta druzyna dzialajaca wespol w jednym celu – by podbic serca i uszy sluchaczy. mielismy zamiast tego druzyna, ktora owszem, grala razem i wychodzilo jej to efektywnie, ale przede wszystkim chodzilo o indywidualne popisy. czyli bardziej reprezentacja brazylii niz niemiec.

nie bede kukal do wikipedii czy innego slownika, ale mniemam, ze definicja slowa „perkusista” mowilaby pewnie o jakims wybijaniu rytmu czy cos. sprowadzenie pana perrauda do roli wybijacza rytmu byloby nie tyle krzywdzace, co po prostu glupie. bo to, co nazywamy „funkcja perkusisty”, bylo zaledwie punktem wyjscia dla pana perrauda. naprawde, sluchac, ale tez i obserwowac to co wyczynial to byla pure fuckin poezja dla zmyslow. gdy juz wydawlao sie, ze za pomoca paleczek perkusyjnych pokazal wszystko, ten.. odkladal paleczki. i np zaczynal grac rekoma. a by nie bylo nudno, to poslugiwal sie jeszcze multum zabawek. doprawdy, arsenau przebogaty. stuki, szmery, jazgot. tak, zdecydowanie okreslenie perkusista byloby niesprawiedliwe.

nie tylko pan perraud zapodawal rytm w piosenkach. nierzadko moglismy uslyszec elektroniczny beat rodem z muzy triphopowej. im dluzej trwal koncert, tym sluchajac wyczynow pana vivens zastanawialem sie czy to dalej mozna nazwac jazzem? bo od kiedy w jazzie mozna uslyszec jazgotliwe, przesterowane gitary? a takiego smaczku tez nie zabraklo.

no i pan robert. idealnie odnajdujacy sie zarowno w graniu a’la jazzgot, jak i spokojne, wrecz melancholijne partie.
kurwa, co za koncert!

2 godziny (z przerwa 20 munutowa ofkors) to bylo zdecydowanie za malo.

 

najlepszy moment: dajcie pan spokoj. tacy ludzie jak robert nie bawia sie w momenty. czysta improwizorka.

ocena:  6,5/10

Leave a Reply