rageman.pl
Muzyka

A Perfect Circle

gdzie: Torwar, Warszawa

kto: A Perfect Circle, Jehnny Beth

Jeśli z mojej dotychczasowej pisaniny na tym blogu to nie wynikało, to teraz tutaj to wyznam: Rage Against The Machine i Tool są najważniejszymi zespołami w moim życiu. Mieliśmy swoje wzloty i upadki, to nawet nie jest tak że słucham ich najczęściej czy są aktualnie moimi ulubionymi zespołami. Ale są najważniejsze – bo na nich się wychowałem, one najbardziej ukształtowały moją wrażliwość i im obiecałem wierność po sam grób.

Z tego też powodu staram się być na każdym polskim koncercie Toola (pewnie byłoby tak samo z RATM, no ale wiemy jak jest), staram się w miarę możliwości zaliczać polskie przystanki na trasach projektów pobocznych muzyków tworzących te dwa zespoły. W przypadku RATM jest to konieczność, skoro prawdopodobnie ta czwórka już nigdy razem nie zagra w Polsce. W przypadku „side questów” muzyków Toola to po prostu przyjemność.

I tak się jakoś ciekawie złożyło, że dzień po dniu Warszawa gościła muzyków reprezentujących obie te formacje. Co może też cudem nad Wisłą nie było, bo jednak mówimy o muzykach najbardziej aktywnych koncertowo z tych tworzących Toola i RATM, niemniej całkiem miły to zbieg okoliczności. O koncercie Toma Morello pisaliśmy już, dziś czas na drugi z projektów Maynarda Jamesa Keenana – A Perfect Circle.

Nie była to zresztą pierwsza wizyta tego projektu w Polsce – o historycznym przetarciu polskiego szlaku w 2018 roku pisałem TUTAJ. Wtedy powód odwiedzin był oczywisty – pół roku wcześniej wydali swój pierwszy od czternastu lat (pomyśleć, że czekanie na nowe wydawnictwo Toola się dłużyło w nieskończoność – a to było zaledwie trzynaście lat czekania!)  album, „Eat the Elephant” (nie tak udany jak wcześniejsze albumy, ale i wciąż niebo lepszy niż „Fear Inoculum”). Tym razem nowego długograja nie ma nawet w zapowiedziach. Ale też w maju APC wydali na świat nowy singiel, „Starless” (dość średni niestety, swoją drogą – ale może jeszcze zaskoczy z czasem). Nowa muzyka, trasa koncertowa… nie ma przypadków, są znaki.

Ale skoro oficjalnie trasa nie promuje żadnego nowego albumu, to może czeka nas bardziej koncert typu „best of”? Cóż, ze statystycznego punktu widzenia – trochę tak było, bo największą reprezentację miał nie „ETE” jak osiem lat temu, a „Thirteenth Step”. Z drugiej jednak strony – mówimy o zaledwie dwóch numerach, więc to nie jest diametralna różnica. Słuchając jednak tych utworów z wciąż najnowszego albumu na żywo muszę uczciwie przyznać, że ich obecność w setliście jest jak najbardziej uzasadniona. „The Doomed” to właściwie już APC-owy klasyk, który można stawiać na równi z największymi „hitami”. Podobnie jak osiem lat temu, jako drugi zabrzmiał „Disillusioned” – przy tej okazji, w nawiązaniu do tekstu utworu, MJK przypomniał o zakazie używania smartfonów, za wyjąkiem ostatniego utworu (tym razem był to największy hit, „Judith”). Tak było w Krakowie, tak jest i na koncertach Toola – polityka jak najbardziej słuszna moim zdaniem, bo sam się coraz częściej łapie na tym, że zamiast przeżywać koncert skupiam się na tym czy odpowiedni zoom ustawiłem.

Na tym podobieństw do występu z 2018 roku nie koniec. Niestety, wciąż skandalicznie zaniedbywany pozostaje repertuar z „Mer de Noms”. Odegranie „Judith” jest już niemalże obowiązkiem, ale dlaczego mając pozostałe jedenaście utworów z płyty do wyboru znów odegrali (świetny skądinąd) „Rose”? Niestety znów też zagrali „3 Libras” w remiksie Massive Attack – przy całej sympatii dla autorów „Mezzanine”, ta wersja jest okropna, ograbiona z całego piękna oryginału. Przez te osiem last z setlisty zdążył wypaść też cudny „The Hollow”.

Jeśli jednak ktoś wyżej niż „Mer de Noms” stawia jej następczynie z 2003 roku, „Thirteenth Step”, miał prawo wyjść z Torwaru zadowolony, bo bogatszy o nowe doświadczenia koncertowe. Wypadły „Blue” i „Vanishing”, ale za to wpadł piękny closer albumu, „Gravity”, a przede wszystkim „The Outsider”. Co to był za wyziew! Byłby to mój ulubiony fragment koncertu, gdyby nie „The Package” – osiem lat temu wstawiony w środek setlisty, teraz w idealnym dla niego miejscu, czyli na otwarcie koncertu. Zamykając temat drugiego albumu – „Pet” otrzymaliśmy znów w zmutowanej, praktycznie mającej tyle co nic wspólnego z oryginałem wersji, czyli jako „Counting Bodies Like Sheep to the Rhythm of the War Drums”.

Covery? Tym razem jeden, ale za to jaki – „Imagine” Johna Lennona. Setlistowy temat zamknijmy nowinkami – bo poza wspomnianym „Starless” był też „Kindred”, z EPki będącej pamiątką po wspólnej trasie z Primusem i Pusciferem. Cóż, będąc zupełnie szczerym – myślę, że właśnie tam jest miejsce tego utworu, a nie na nowym albumie.

Być może warto byłoby, gdyby do procesu tworzenia nowych piosenek panowie Keenan i Billy Howerdel dopuścili w końcu muzyków z którymi grają w studiu i na scenie? MJK w pewnym momencie przedstawiając muzyków (swoją drogą miałem wrażenie, że był tego dnia mniej gadatliwy niż w Krakowie, bliżej częstotliwości znanej z koncertów Toola) wspomniał o zespołach, w których grają na co dzień lub z których się wywodzą. No tak, w końcu APC od zawsze był opisywany jako supergrupa. Ale to ewenement, że od supermuzyków będących w tej supergrupie wymaga się tak niewiele. Kogo my tu mamy? Obecny także w Krakowie Matt McJunkins na basie (m.in. Eagles of Death Metal). Greg Edwards z piekielnie niedocenianego Failure na gitarze i klawiszach – teoretycznie zastępujący (także na poprzednim koncercie) Jamesa Iha ze względu na jego obowiązki w Smashing Pumpkins, ale praktycznie trudno nie zadać pytania, po co APC ten Iha, nie grający ani w studiu ani na koncercie? No i last but not least, tego którego zabrakło w 2018 – Josh Freese, syn marnotrawny, jeden z pierwszych współtowarzyszy duetu Keenan & Howerdel, obecny na „Mer de Noms”. Swoją drogą, skoro mowa o koncertowych zbiegach okoliczności – na dniach pojawi się tu relacja z poniedziałkowego koncertu Foo Fighters, w którym Freesowi podziękowano w zeszłym roku za współpracę.

Czas jednak odpowiedzieć sobie na najważniejsze pytanie – czy był to lepszy koncert niż ten w 2018 roku? Cóż… czy mogę sam sobie na to pytanie NIE odpowiedzieć? Na pewno nie było tym razem magii pierwszego razu, zwłaszcza po tylu latach oczekiwania. Był to też krótszy koncert – rozumiem, że lata już nie te, ale dziesięciominutowa przerwa po to, by zagrać po niej trzy piosenki jest jednak specyficznym pomysłem. Skrócić o połowę i już mielibyśmy przynajmniej jeden utwór więcej. Ale to wciąż był piękny koncert, z piękną muzyką pięknie wykonaną. Po co szukać minusów? Cieszmy się tym co otrzymaliśmy. A z Panem Maynardem widzimy się już za kilka miesięcy, tym razem w wersji Pusciferowej.

(wspomnijmy jeszcze o Jehnny Beth – chyba najciekawszy support jaki widziałem w ciągu ostatnich miesięcy koncertowych podróży. Ale przecież mówimy tu o Osobowości obecnej w Sztuce, muzycznej i filmowej, od lat, choćby jako liderka Savages. Wspaniały noise, zupełnie nie było słychać rzekomych problemów z gardłem)

najlepszy moment: THE PACKAGE

ocena: 8,5/10