Tori Amos
gdzie: Torwar, Warszawa
kto: Tori Amos, Isaac Levi
Wczoraj była relacja z koncertu z kategorii „podróże służbowe”, dziś zaś będzie wpis z cyklu „spełnienie marzeń”.
Jest słynne zdjęcie pochodzące z sesji do jakiegoś z magazynów muzycznych, do którego pozują Bjork, PJ Harvey i Tori Amos. Zestaw zdecydowanie nieprzypadkowy, bo gdyby wytypować Wielką Trójkę kobiecej muzyki alternatywnej lat 90tych, to prawdopodobnie wygrałyby właśnie te Panie (chociaż osobiście poszerzyłbym tę grupę i uwzględnił jeszcze Alanis Morissette bądź Fionę Applę, bo dlaczego właściwie tylko trójka?). Przy czym to do Rudej z Ameryki było mi najbliżej. Może przez to, że choć preferowany przez nią fortepian nie jest typowym rockowym instrumentem, to dość często przecinała się ze światem mocnego rocka, by wspomnieć featy z Trentem Reznorem i Maynardem Wielkim? W każdym razie – „Little Earthquakes”, do dziś najukochańszy album z Jej repertuaru, katowałem z tą samą regularnością co dokonania RATM, Korna czy dzieła wspomnianych wcześniej panów. Tak na dobrą sprawę cały Jej katalog z lat 90-tych, z okresu współpracy z Warner Music, kupuję w całości, jako soundtrack mojego wchodzenia w dorosłość. Wtedy była zwyczajnie najlepsza i, no muszę to wspomnieć bo odpaliłem przy okazji tego wpisu Google Grafikę, absolutnie najpiękniejsza. Ideał Kobiety, nie zapraszam do dyskusji.
Coś się jednak zaczęło psuć w nowym tysiącleciu i (mam nadzieję, że nikt z mojej roboty tego nie czyta) po przejściu do Sony Music. O ile „Scarlet’s Walk” jest piękną płytą, a promujący ją „A Sorta Fairytale” moją absolutną topką Jej piosenek, tak na „The Beekeper” coś się ewidentnie zaczęło bardzo, bardzo psuć. Ikona feminizmu, nie bojąca się śpiewać o najcięższych tematach jak gwałt, nagle zaczęła pisać piosenki nie tyle co wyprane z pazura (bo już „SW” było dość łagodną płytą), co wręcz pisane pod dziewczynki w wieku szkolnym. Ale nie to nawet było najgorsze – od tej płyty, blisko 80-minutowej, zwyczajnie wiało okropną wręcz nudą. Niestety, żaden z kolejnych albumów nie odwrócił już tendencji spadkowej, a na wysokości romansów z muzyką świąteczną i klasyczną kompletnie już odpuściłem temat.
Nie odpuściłem jednak pragnienia, by w końcu usłyszeć Ją w warunkach koncertowych. A okazji było dość wiele, bo po pierwszej wizycie na zaproszenie radiowej Trójki w 2001 roku regularnie do nas wracała, w szczególności do Warszawy – jak nie do studia im. Agnieszki Osieckiej, to na koncerty w Sali Kongresowej dla szerszej publiczności. Pech chciał, że moja przeprowadzka do stolicy zbiegła się z początkiem trwającego do dziś remontu Kongresowej i, być może zbiegiem okoliczności, przerwą w wizytach Tori nad Wisłą (nie licząc kolejnego występu w Trójce). Przyznam, że z lenistwa koncert w katowickim Spodku 3 lata temu odpuściłem, licząc że może jednak odkryje jakieś inne sale koncertowe w Warszawie. I tak też się w końcu stało.
Choć dopiero co zaliczyłem „siedziany” koncert Michaela Patricka Kelly’ego, to jednak umówmy się, że widok krzesełek na płycie Torwaru nie należy do codzienności. I uczciwie trzeba przyznać, że o ile Tori dalej będzie stawiać na kameralną, spokojną, wręcz rodzinną atmosferę koncertów, to Torwar raczej nie stanie się Jej pierwszym wyborem przy kolejnych odwiedzinach nad Wisłą. Ale czy to oznacza, że koncert był w jakimkolwiek stopniu mniej udany? Absolutnie nie.
Przed koncertem dostałem kilka pro-tipów od mej dobrej koleżanki, dotyczących tego, co mogę się po koncercie spodziewać (które się sprawdziły, o czym za chwilę). I, co ciekawe, nie dotyczyły one setlisty, bo tę Tori zmienia z koncertu na koncert. Podejście coraz rzadsze w dzisiejszych realiach koncertowych, podyktowanych przez wizualizacje i inne efekty specjalne, jak również często przez wokale z playbacku. I publika się Tori odwdzięcza, bo powiedzmy sobie wprost – Ona nie ma fanów, tylko wyznawców. Sam, poza wspomnianą koleżanką, znam kilka takich wyjadaczy, co potrafią za Tori jeździć po Europie. I serio, ja się im nie dziwię.
Trzeba przyznać, że patrząc na inne setlisty z tej trasy, trafiło się nam naprawdę nieźle. A na pewno mi. Aż cztery (najwięcej) utwory z „Little Eartquakes”? Prawie 3/4 setlisty z utworami z lat 90-tych? „Winter” w wersji, która emocjonalnie mnie przemieliła? „Cornflake Girl” na koniec końców (wprawdzie hit, ale nie zawsze obecny w setlistach)? Chyba tylko wspomnianego „A Sorta Fairytale” zabrakło, chociaż grzechem byłoby narzekać.
Czas by wspomnieć o samej bohaterce wieczoru. Oczywistym jest, że koncert artystów obecnych na scenie od dekad prowokować będzie pytanie, czy „podołają”. Rozwiejmy więc wątpliwości – tak, podołała. Ale też trzeba zaznaczyć, że sposobem. Dziś już nie wyciąga największych górek – od tego ma trzyosobowy chórek żeński (składu koncertowego dopełniała też sekcja rytmiczna). Głos się trochę obniżył (co było słychać zwłaszcza między piosenkami), ale też dzięki temu dostał głębi wcześniej w piosenkach Tori niesłyszanej. Niby ta sama Tori, grajaca na dwóch instrumentach klawiszowych jednocześnie, ale jednak inna. Już nie tak energiczna jak w latach 90-tych, ale też daleka od infantylności środkowego etapu kariery. Dojrzała.
Na bis, zgodnie z zapowiedzią koleżanki, wszyscy opuścili krzesła i ruszyli pod scenę. Taaak, chyba jednak wolę taką formułę koncertów.
(na bis zagrał jegomość nazywający się Isaac Levi. Ot, smutne piosenki na gitarze akustycznej jakich miliony na świecie. Na plus – spora dawka dystansu do siebie oraz uroczy cover viralu ostatnich tygodni, „Iris” Goo Goo Dolls)
najlepszy moment: WINTER
ocena: 9/10