D’Sound
kto: D’Sound
A myślałem, że Norwegia to tylko bełkotliwy język, rozłąka ze Spychaczem i zapyziały black metal. A tu popatrz — oni tam jeszcze acid jazz i funk grają.
Heineken to, jak na swoją wysoką cenę, cienkie piwo, ale jednak należy się tej firmie szacunek. Za Open’era przede wszystkim. Okazuje się, że to nie jedyne ich poczynania w dziedzinie muzyki. Organizują również imprezy muzyczne na znacznie mniejszą skalę. I w ramach tych poczynań ściągnęli do Polski zespół D’Sound z mroźnej skandynawskiej krainy, co się Norwegia zowie.
Godzina 20:00, jesteśmy już w gdyńskim Uchu. Co zaskakuje, to troszkę inny wystrój wnętrza niż dotychczas. Konsoleta na środku parkietu, za sceną i na balkonie zawieszone telebimy, gdzieniegdzie butelkowe dekoracje Heinekena oraz dwóch przebierańców świecących heinekenową, oczojebną zielenią. Tak by było wiadomo, że to impreza taneczna, a nie bluesowa na przykład. A co najważniejsze — w barze tylko Heineken za 7 złotych duży i 5 złotych mały. Granda!
Poza tym już przygrywa support w postaci didżeja Ricardo. Ja się na tanecznych rytmach nie znam, więc nie powiem czy był to house, trance czy chuj wie co. W każdym razie była to muza przyjemnie pieszcząca uszy delikatnym beatem. I takie też były wizualizacje — przyjemne, bez żadnych prowokacyjnych elementów. Ludzi jak na razie mało, choć wkrótce miało się to pozytywnie zmienić na tyle, że już D’Sound został przywitany przez godziwie liczną publikę.
Aczkolwiek… na daną muzykę przychodzi dana publika, ale jest coś w tym, że również sam klub warunkuje to, jacy ludzie przyjdą. Jestem przekonany, że na przykład w takim Parlamencie na takiej imprezie przybyłaby roztańczona publika, dla której szał na parkiecie byłby kwestią paru piw tudzież drinków i odpowiednio zachęcającego rytmu. Do Ucha nie przychodzi taka publika. Tam publika woli posiedzieć i pokontemplować muzykę w skupieniu, do czego zresztą przyzwyczajają takie imprezy jak występy Legendary Pink Dots czy jazzmanów. I nie inaczej było na D’Soundzie. I choć w przypadku tego zespołu taka forma przeżywania koncertu była dopuszczalna, tak przy wybitnie zabawowej muzyce Ricardo było to raczej chybione. I może dlatego też już po pół godzinie opuścił scenę i ustąpił pola technicznym przygotowującym sprzęt na występ gwiazdy.
I kwadrans przed 21:00 owa gwiazda się pojawiła. D’Sound.
Choć formalnie zespół to trzech osobników, tak w warunkach koncertowych rozszerza się do formy kwintetu. Mianowicie, począwszy od lewego krańca sceny — perkusista, gitarzysta, wokalistka, klawiszowiec i basista. Tradycyjne „dzień dobry” i jedziemy. Na początku charakterystyczny bas, klimat rodem z malusieńkiej knajpy… jazzowo. Ale potem coraz większy ferment dało się przyuważyć w tym ich jazzie, by w końcu odsłonić swoją najprawdziwszą twarz — muzę wybitnie taneczną, acz w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Soul. Funk. Może nawet r’n’b. Choć faktura raczej z gatunku acid jazzu, którego inspiracją powstania były niewątpliwie takie zespoły jak Brand New Heavies czy Incognito.
Nie znam dokładnie twórczości D’Sound, ciężko więc powiedzieć mi coś więcej o tym, jak mogła rozwijać się ich muza. Mniemam, że te taneczne brzmienia to najswieższe eksperymenty. I fajnie. To im wychodzi najlepiej. Jest przyjemna reakcja organizmu w postaci tanecznych wygibasów, a jednocześnie nie ma wstydu, bo aranżacyjnie i technicznie jest to na najwyższym poziomie.
A sami muzycy? Takie koncerty mają tę przyjemną zaletę, że tu nie trzeba mówić, czy ktoś jest lepszy czy gorszy, jak to bywa u początkujących zespołów. D’Sound to firma wypuszczająca na świat swe dźwiękowe produkty od ponad dziesięciu lat, więc nawet logiczne jest, że nie mogą brzmieć jak nowicjusze. I nie brzmią. Brylują jednocześnie w grupie i indywidualnie. Bo każdy mógł się popisać.
Basista swoimi funkowymi zagrywkami, które o mało co mnie do ekstazy nie doprowadziły. Ach, to zboczenie zawodowe. Perkusista zapodający przez cały koncert niezawodne taneczne bity — wiadomo, że efektywność jest tak samo ważna w tego typu muzie jak praca bębnów w metalu, niemniej tutaj jest to o wiele efektowniejsze. Pod koniec zaś zapodał stylową solóweczkę. Z kolei gitarzysta do przodu wyszedł aż dwa razy, serwując gitarową ekwilibrystykę godną początkującego Vaia czy Satrianiego. A poza tym raczej gitarowe smaczki zapodawał, bardziej jako podkład pod bas. Oczywiście o przesterze zapominamy. Klawiszowiec solówki nie miał, jednak jego wkład w bogactwo kompozycji był niepodważalny.
No i pani wokalistka. Zakładając, że może mieć już te trzydzieści lat, to caaaaaaaałkiem nieźle się trzyma. A wokalnie równie dobrze. Głos może nie jakiś specjalnie wyróżniający się barwą, acz umiejętnościami na pewno. Solidnie płynąca od soulowo-jazzowego „ciężaru” w głosie po taneczną lekkość niczym u Kylie Minogue. Śliczna sprawa. I tylko może te gadki między piosenkami jakieś takie z lekka banalne. A tu o słoneczku, a tu o pękniętych serduszkach. No ale może Norweżki tak mają 😉
Po godzinie zespół schodzi, ale pod koniec już dużo luda wstało z krzesełek. I słusznie. Zespół wrócił na bisy dwa razy, podczas których popłynął już po całości. Rozimprowizowali się muzycy, przez co zrobiło się jeszcze smaczniej, bo powrócił klimat bardziej tradycyjnego jazzu. Wokalistka na tyle zaszalała, że zdarzyła się jedna omyłka w śpiewie, ale dodało to tylko — i tak już sporych rozmiarów — uroku. W tym roku mieliśmy prawdziwy wysyp świetnych koncertów i ten może się spokojnie do nich zaliczać.
najlepszy moment: GREEN EYES
ocena: 6,5/10

