rageman.pl
Film

Żywot Briana

rok: 1979

reżyseria: Terry Jones

Ach, nie ma to jak obrazić czyjś osławiony „uczuć religijny”, nieprawdaż? (Nie)stety, nie tym razem. Bo choć „Żywot Briana” został zakazany w kilku krajach na świecie (w tym, zdawałoby się, dość liberalnej Norwegii), to ekipie Monty Pythona zdarzyła się rzecz niebywała – nakręcili jeden z najlepszych (jeśli nie najlepszy) filmów o religii jako takiej, a przy tym najostrzej ją krytykujący, jednocześnie w żaden sposób nie mówiąc nic o obiektach kultu na których te religie są oparte.

I nie trzeba było się uciekać do pseudonimów – Jezusa Chrystusa jak najbardziej widzimy w napisach końcowych. Ale to film kompletnie nie o nim. Ba, wbrew tytułowi to nawet nie jest do końca film o Brianie, który przez przypadek zostaje wzięty za Mesjasza. To jest film o ludziach, którzy te religie tworzą.

Kluczową sceną, która idealnie w moim mniemaniu podsumowuje przesłanie tego filmu, jest dialog Briana z podążającymi (a właściwie goniącymi go) za nim wyznawcami. Lecąc z pamięci:

Brian: „-Nie musicie za mną podążać, ani za nikim. Myślcie za siebie. Jesteście indywidualistami.”
Wszyscy chórem: „-Jesteśmy indywidualistami!”
– „Jesteście różni!”
– „Jesteśmy różni!”

Wspaniale to pokazuje jak religia potrafi wyplenić samodzielne myślenie, podobnie zresztą jak polityka, która także obrywa od Pythonów (fronty wyzwolenia Judei). Ale co też ekipa Cleese’a podkreśla zarówno w filmie, jak i czyniła to wiele lat po jego premierze – problem leży w ludziach, nie w samej religii. Tak samo jak noże nie zabijają, tak i religia nie wyłącza myślenia, bo zapewne miałeś je już wyłączone wcześniej. Czy piszę te słowa z pełnym przekonaniem? Nie do końca. Choć nie kwestionuję tego, ilu osobom wiara uratowała życie, jednym z najbardziej trapiących mnie rozkmin jest ta, czy świat w ogólnym rozrachunku nie byłby lepszym miejscem bez religii. Ale też nie zamierzam polemizować z przekazem ekipy MP. Zwłaszcza, że są to inteligentniejsze osobniki ode mnie. Pewnie jakieś miliardy razy.

Zatem porzucając wątek przekazu filmu, skupię się na czymś bardziej przyziemnym – jak wypada „Żywot Briana” jako film komediowy, a przede wszystkim – jako film z uniwersum Monty Pythona? Porównując do „Świętego Graala” („Latającego cyrku” jako wzorca absolutnego nie ruszamy) – muszę przyznać, że werdykt nie jest jednoznaczny. W skrócie – „Graal” wygrywa gagami, gdyby z obu wyciągnąć topkę najlepszych motywów czy tekstów, prawdopodobnie byłaby zdominowana przez te z wcześniejszego filmu. Ale jednocześnie „Graal” był typowym hit-or-miss i często jak dla mnie trafiał nawet poza tarczę, na czym cierpiał filmowy experience. Problemu tego nie ma z „Brianem” – to, pomijając ważką tematykę, kawał świetnej fabuły, od początku aż do samego końca. Choć akurat jeśli mowa o finałach, to tu mam najtwardszy orzech do zgryzienia – „Graal” kończył jeden z największych whatthefucków uwiecznionych na taśmie filmowej. Tutaj mamy „Always Look on the Bright Side of Life” – nie boję się tego powiedzieć, jedna z najważniejszych piosenek w historii ludzkości. To jak wybieranie między Ronaldo i Messim, między Lennonem i McCartney’em – chociaż tu akurat wypadałoby wymienić George’a Harrisona, głównego sponsora filmu.

Paradoks – to nie jest film, na którym śmiałem się najbardziej. Ale jako film komediowy nie ma sobie równych.

najlepszy moment: oryginalny nie będę -NAUGHTY BOY

ocena: 9,25/10