rageman.pl
Muzyka

Poison The Well

gdzie: Electric Ballroom, Londyn

kto: Poison The Well, Bodyweb, Killing Me Softly

 

Na palcach jednej ręki policzyłbym na tym blogu relacje z zagranicznych koncertów, z prostego powodu – nie bywam na nich. Mimo iż już teraz dzięki praktykom Live Nation bardziej się opłaca pojechać na koncert do sąsiadów z Czech czy nawet Niemiec niż iść na Narodowy (nie mówiąc już o zdecydowanie lepszych doznaniach akustycznych). Powód jest dość prozaiczny i chyba nie do końca dobrze świadczy o mnie jako muziarzu – zwyczajnie mi się nie chce.

Ale skoro już, jak przy okazji notki o Davidzie Gilmourze zostało wspomniane, miałem spędzić w Londynie dłuższy czas, to postanowiłem sprawdzić lokalną ofertę koncertową. Nie chciałem wybrzydzać zanadto, przede wszystkim jednak kierowałem się tym by zobaczyć na żywo zespół który wiem że nie ma planów by wpaść nad Wisłę. No i patrzę w sekcji Wydarzenia na Spotify (serio, mega polecam tę opcję, dla mnie o wiele bardziej przejrzysta niż songkick czy inne bandsintown #płatnawspółpraca) i co widzę? Poison The Well, który w Polsce gościł wieki temu i to dość przypadkowo (na, heh, METALMANII)? I to jeszcze świętujący 25-lecie debiutanckiego krążka, „The Opposite of December… A Season of Separation”? Nie ma co się zastanawiać.

Bo musicie wiedzieć że nie mówimy tu o jakimś tam albumie. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że tak jak debiut Korna zdefiniował metalowy mainstream na następne 10 lat, tak PTW kładli podwaliny pod gatunek, który miał już wkrótce zastąpić nu-metal na salonach, tj. metalcore. A przynajmniej w tej jego przystępniejszej formie, której bliżej miało być do MTV niż do hardcore punkowych squatów. Dość powiedzieć, że zespół na pewnym etapie sam zaliczył krótki romans z majorsami, co być może okazało się początkiem końca, który nastąpił w 2010 roku. Ale jak to mawiają – stara miłość nie rdzewieje (wersja mnie romantyczna: kredyty same się nie spłacą) i po kilku reunionowych epizodach od 2020 znów działają na pełnych obrotach, choć na razie bez większych efektów wydawniczych.

I tak, większy szacunek wzbudzają u mnie muzycy tacy jak David Gilmour, którzy wypuszczają lepsze lub gorsze rzeczy, niemniej wciąż pozostają artystycznie twórczy, aniżeli ci którzy żerują na sentymentach fanów. Z drugiej jednak strony – może lepiej nic nie nagrywać niż się błaźnić wypuszczając cokolwiek, aby był pretekst do grania koncertów? Dopóki ta filozoficzna dysputa nie znajdzie sensownej konkluzji skupmy się na tym co tu i teraz. A w tym wypadku mamy zespół który wciąż pamięta jak się gra koncerty. Wprawdzie wokal Moreiry mocno się obniżył przez te lata i bliżej mu do growlarzy niż emo-krzykaczy (być może ma to związek z tym, że chłop aktualnie ma posturę nieźle napakowanego dzika), ale niech mnie kule biją, wciąż działa. Kontakt z publiką? Bez zarzutu, choć tu akurat sprawę mieli ułatwioną, wszak przypadkowych ludzi tu nie było.

Choć oczywiście debiut został odegrany w całości (acz niekoniecznie w kolejności jak na płycie – faworyt fanów „Nerdy” zabrzmiał na samym końcu), to oczywistym było że z racji jego długości dorzucą do setlisty inne kawałki. I rzeczywiście – sporo było ze wspomnianego flirtu z Warnerem, „You Come Before You”, jak również pojedynczych strzałów z pozostałych albumów. W pewnym momencie wybrzmiał także „Trembling Level”, czyli tegoroczny, jak dotąd jedyny utwór po powrocie. Jak wypada w kontekście wcześniejszych rozważań o sensowności takich reunionów? Cóż, gdzieś pośrodku- wstydu nie ma, ale też szans ponownego podboju świata nie daje absolutnie żadnych.

Zatem – miła wycieczka w czasy licealne. Dodajmy: w zacnym towarzystwie supportowym (grooviastym, wręcz numetalowym Bodyweb i bliższym temu co zaprezentowała gwiazda tego wieczoru Killing Me Softly), w klubie mile ewokującym warszawską Progresję.

 

najlepszy moment: NERDY

ocena: 8,25/10

Leave a Reply