rageman.pl
Muzyka

Festiwal Jedynki 2005 dzień 1

odbyło się: 19.08.05

gdzie: Opera Leśna, Sopot

kto: Craig David, Lombard, Perfect, Ptaky, Bracia, Oddział Zamknięty, Turbo, Chłopcy Z Placu Broni, Kobranocka, Maciej Silski, Zalef, TSA, Tomek Lipiński, Lady Pank, Maanam

foto: kfp.pl

 

Tak, jestem komercyjna szmata. Ale jeśli mam bilet za darmo, to czemu nie?

Może gwoli przypomnienia: jest sobie tzw. Sopot Festival, odbywający się już od chuj wie ilu lat. To tam, gdzie zawsze największymi gwiazdami były zapomniane ikony sprzed lat pokroju Whitney Houston, Lionela Richie czy Boney M. Od lat imprezę transmitowała telewizja publiczna. Jednak od tego roku przejął ją TVN. TVP nie chciała dać za wygraną i zorganizowała własną imprę, o formule łudząco podobnej do Sopot Festival. Ale co się okazuje? Że o ile TVN na swoją imprezę znowu zaprosiła dinozaury pokroju Scorpions czy Simply Red, tak TVP tym razem się postarała. Okej, Blondie też swoje najlepsze lata ma za sobą, ale nie wiem czemu, wolę posłuchać tych dinozaurów niż Niemców ze Scorpions. No i mamy jeszcze wcale nieprzebrzmiałą gwiazdę — Craiga Davida, który już na dniach wydaje nowy, trzeci album. I właśnie on wystąpił pierwszego dnia.

Jakkolwiek to, który festiwal ma lepszy repertuar, to kwestia gustu, tak nie ma wątpliwości, że pod względem frekwencyjnym TVP postawiła wysoko poprzeczkę. Możliwe, że był full. I dobrze.

Zanim wybiła 20.00, na scenie pojawił się pan reżyser, powitał wszystkich i prosił o aktywny udział w imprezie na potrzeby telewizji. Czyli kolejny dowód na to, że w telewizji nic nie jest prawdziwe i spontaniczne 😉 Aaaa, swoją drogą scena wyglądała całkiem nieźle, wręcz nowocześnie. Przynajmniej porównując do mojej poprzedniej wizyty w Operze Leśnej, gdy odbywała się imprezka z okazji uruchomienia MTV Classic.

Godzina po 20.00, wchodzimy na antenę! I od razu gra muzyka. Niestety w tym momencie się zorientowałem, że bez okularów za dużo nie zobaczę. Dobrze, że chociaż był telebim. Ale i bez tego dało się poznać dwóch charakterystycznych wykonawców. Zwycięzcy kolejno drugiej i czwartej edycji „Idola” — Krzysiek Zalewski i Maciej Silski. Dwa rockowe wybryki natury tego programu. Ze względu na zamiłowanie do gitarowej muzy pierwszy już zapomniany przez masową publiczność (ale może przez to zyska zaufanie wśród słusznych odbiorców jego twórczości, czyli publiki rockowej). Drugiego zapewne czeka to samo. Razem wykonują hit T.Love „Jest super”. Wykonanie o wiele mocniejsze niż w oryginale, bardziej gniewne niż dołujące. Rewelacyjne. Zwłaszcza Macieja Silskiego. W trakcie „Idola” nie byłem aż tak zachwycony jego głosem. Natychmiastowa weryfikacja poglądów. Panie Maćku, kiedy płyta?

Po prawej stronie sceny pojawia się gospodarz, Wojciech Mann. Jak słusznie zauważa, utwór, który wykonał idolowy duet, pochodzi z lat 90., acz idealnie pasuje do formuły programu. Bo pierwsza część wieczoru odbywała się pod hasłem „Przeżyj to sam”. Czyli wspominamy PRL w towarzystwie piosenek z lat 80. A także dzięki wypowiedziom różnych osób ukazujących się na telebimie. Wśród nich Kora, Kazik, Walter Chełstowski, Marek Niedźwiecki, Marek Piekarczyk i wiele innych. Treść wypowiedzi można określić słowami, którymi posłużył się Mann — „śmieszno i straszno”. Bo taka właśnie jest głupota, zarówno cenzorów, jak i głupota sama w sobie — z jednej strony śmieszy, z drugiej przeraża. Ale na szczęście tego dnia więcej było śmiechu niż przerażenia.

Wracając do muzyki. Generalnie usłyszeliśmy piosenki i wykonawców tych bardziej komercyjnych, którym bliżej do Opola niż Jarocina (choć były wyjątki, jak np. TSA). Dlatego nie było Brygady Kryzys (chociaż…), Armii czy Dezertera. Widząc Kazika przez chwilę liczyłem na niespodziankę w postaci Kultu, choć znałem lineup. Jak się okazało, to większe powinowactwo z Opolem nie oznacza jednak uległości w stosunku do ówczesnych władz. Ot, kombinować trzeba było, używać metafor itepe. Efekty tego kombinowania były czasem zaskakujące.

Dobra, czas na muzykę. Kolejny wykonawca — Maanam. Dinozaur, który nawet jeszcze dzisiaj ma coś tam do powiedzenia, choć już nie tyle co kiedyś. Szacuneczek się należy. I co by nie było, Kora to jednak babeczka konkretna, heee. Dwa zadziorne numery odegrali i se poszli. Będę starał się zachować kolejność chronologiczną, choć pamięć już nie ta, a trochę tych zespołów tego dnia wystąpiło.

Więc jeśli dobrze pamiętam, następnie na scenie zakwaterował się Lombard. Już nie z Ostrowską Małgorzatą, a z niejaką Martą, skądinąd całkiem niezłą dupencjom, heee. I chociaż podobnie jak Maanam dalej próbują coś zdziałać na muzycznym rynku, to prawda jednak jest taka, że Lombardo to to, co stworzyli kiedyś. Jak „Szklana pogoda” właśnie, którą zagrali. Po tym numerze zeszli, chociaż wiadomo było, że wrócą jeszcze. A już na scenie kolejny heros lat 80. — Lady Pank. Choć akurat o nich można powiedzieć, że udało im się zrobić karierę w erze kapitalizmu w Polsce. Chociaż i w ich wypadku największe hity to właśnie to, co stworzyli 20 lat temu. Czyli „Mniej niż zero”, odegrane jako pierwsze. I po raz pierwszy publiczność w Operze Leśnej zaczęła się naprawdę bawić. Naprawdę, czyli po prostu ruszyła dupy z ławek. Jeszcze drugi numer o fabryce małp i schodzą. Jako że akurat Lady Pank, w przeciwieństwie do reszty wykonawców tego dnia (aaaa, jeszcze poza Perfectem), już nieraz widziałem live, więc specjalnie nie odczuwam tęsknoty. W przeciwieństwie do reszty, która domaga się, bezskutecznie, bisu.

Na scenie pojawia się kolejny wykonawca, którego obecność mogła zaskoczyć. Tomek Lipiński. Czyli Brygada Kryzys, choć tutaj bardziej ze względu na to, co robił z Tiltem. Nie będę ściemniał, że znam twórczość tego zespołu. Ale odwołując się do tytułu piosenki, którą Tomek wykonał — było przepięknie. Przez te parę minut. Co warte odnotowania, dużo zrobiła orkiestra w postaci skrzypiec i tym podobnego instrumentarium. Tak, to był jeden z magicznych momentów wieczoru. Może dlatego, że Lipińskiemu po prostu wierzę? Po Lipińskim na scenie wyskoczył jeden z największych (choć w sumie za dużo ich nie było) reprezentantów heavymetalowego (tudzież hardrockowego) grania w Polsce, zaliczający ostatnio relatywnie udany comeback — TSA. Tym akurat w latach 90. nie udało się nic zdziałać, więc nie mieli nawet kiedy rozmienić się na drobne. Marek Piekarczyk szalejący po scenie. Dwa numery odegrali, a zmietli jak po całym secie. Chcę zobaczyć cały koncert!

Po TSA nastąpiła 15-minutowa przerwa. Po czym znowu wracamy na antenę. Co dalej? Znowu duet Silski & Zalewski, znowu w klasyku T.Love. Tym razem „Warszawa”, czyli jesteśmy bliżej lat 80. już. Ale jednak tym razem po prostu jakby odśpiewali to, nic więcej. Kobranocka, niby dalej działająca, ale zdecydowanie na uboczu. Nigdy nie przepadałem, ale jednak zawsze miło będę kojarzył odegraną tego dnia piosenkę o miłości porównywalnej do tej, co czują Polacy na robotach w Irlandii. Chyba że źle zinterpretowałem 😉

Następnie mieliśmy zgoła przedziwną rzecz. Chłopcy z Placu Broni. Czy jest sens występowania pod tym szyldem bez tragicznie zmarłego Bogdana Łyszkiewicza? W końcu ten zespół to był on. Nie wiem nic o tym, czy to trwała reaktywacja, zresztą nieważne. Na basie zwracał uwagę pudelsowy Franz Dreadhunter, ale najważniejsza była osoba, która zastąpiła Łyszkiewicza. A był to sam pan Jarek, pamiętny uczestnik polsatowego „Baru”, którego nikt nie lubił. Dziwne, bo ci, co mieli okazję usłyszeć jego śpiew, raczej nie pomyśleliby, że jakiś trzeźwo myślący zespół mógłby go wziąć na wokal. A tu się okazało, że jednak nie zadecydowało jedynie fizyczne podobieństwo obu wokalistów. Jasne, wokalnie to nie było porównania do Oryginału. Bo choć technicznie było bez zarzutu, to nikt nie będzie śpiewał tych tekstów z takim serduchem jak ich autor. Nawet tak nieskomplikowanego jak „O, Ela”. Ale publiczność odśpiewała chóralnie, czyli się podobało. Czyli może jednak ta reaktywacja ma sens? Zobaczymy po kolejnych ruchach.

Kolejny występ, kolejna ikona rocka, tym razem tego w najbardziej wsiuńskiej wersji. Oddział Zamknięty. „Andzia”. Wokalista szalejący po scenie, ale chyba tutaj też przydałby się ten „oryginalny”, Jaryczewski… choć ten obecny ratował się niezłą bajerką w postaci biegania wśród publiczności, zakończonej wciągnięciem dziewuszki na scenę. Yeah, rock’n’roll.

Ale cicho, bo oto nadchodzi kolejny magiczny moment. Bracia, czyli duet braci Cugowskich, wykonuje „Białą flagę” Republiki. O tyle magiczny dla mnie, bo Republika to wg mnie najlepsza rzecz w temacie „klasyka muzyki polskiej”. Z jednej strony popularna, z drugiej o najwyższej jakości artystycznej. Wersja Cugowskich znacznie się różniła, acz efekt był nieziemski. Kurde, Cugowski (ten śpiewający) to taki Chris Cornell trochę…

Drugi piękny moment. Zbliżamy się do końca. Kolejne młodziaki, czyli chluba ziemi pomorskiej — PtakY. I ich wersja „Skóry” Aya RL. Melodyjnie, acz z właściwym rockowym pazurem. Koncert nie mógł się obyć bez następnego zespołu. Perfect. Czyli obecnie najbardziej jebiący stęchlizną zespół rockowy w Polsce. Ale królowi to, co królewskie oddajemy — „Autobiografia” i „Chcemy być sobą” to dwa klasyki absolutne, które uczyniły ich legendarnymi i już nic nie zdoła tego zmienić. Oczywiście zagrali właśnie te dwa numery. No i na koniec piosenka-motto tej części koncertu — „Przeżyj to sam” w wykonaniu Lombardu. Choć na końcu mieliśmy do czynienia z nieodzownym all-stars. Wszyscy wpierdalają się na scenę i chóralnie śpiewają razem z publiką refren numeru. Sweet.

Koncert udany. Acz dla jednych w tym momencie wieczór się kończył, a dla innych dopiero zaczynał. Dlatego mam wrażenie, że komuś się naprawdę pojebało, obsadzając gwiazdy wieczorów tego festiwalu. Zważywszy na to, że w sobotę gra Brodka, Sistars czy Blue Cafe, ewidentnie bardziej pasowałby Craig do jutrzejszego dnia. Natomiast Blondie, z ich klasykami rockowymi, pasowaliby jak ulał do tych wszystkich Perfectów itepe. Oj, komuś się pojebało.

No to może czas na relację z Craiga Davida?

Trzeba przyznać, że chłopaczyna zyskał u mnie szacuneczek. Koncerty weryfikują, kto ile jest wart. A David okazał się przykładem na to, że można, będąc artystą komercyjnym, tworzyć naprawdę fajne rzeczy. Jeśli to jest r’n’b, to ja takiego r’n’b mogę słuchać. Zwłaszcza na koncercie, gdzie David przyprowadza ze sobą siedmioosobową orkiestrę. Jest wszystko, co potrzeba, by oddać to, co najlepsze w tej muzyce. Perkusja, bas, gitara akustyczna i elektryczna, klawisze, chórki. Skubany, niezłą sztukę zaczął odwalać. A jeśli dodać do tego całkiem poprawny kontakt z publiką (gadał dużo, choć może jakiejś zajebistej interakcji nie było), to kto wie, czy nie przebił swym koncertem występu Lauryn Hill w Gdyni. Jeśli mogę porównać, w końcu to podobna branża.

I tylko szkoda, że koncert trwał niecałą godzinę. Choć w sumie zawarł wszystko, co najważniejsze — już jako drugi numer „7 Days”, zaraz potem „What’s Your Flava?”, w międzyczasie zahaczając o mniej znane mi rzeczy i kawałki z nadchodzącej płyty, a pod koniec wracając do hitów: „Walking Away”, „Rise and Fall” (oj, zabrakło Stinga… choć i tak pięknie było) i na sam koniec pierwszy hit „Fill Me In”. Co tu dużo mówić, wszechstronny chłopak. I śpiewał tak, że ciary przechodziły, i rapował. Odnajdywał się i w soulowych klimatach, i w tanecznych rytmach. Nie pobiegnę kupić jego płyt, ale koncert uważam za jak najbardziej udany.

 

najlepszy moment: CRAIG DAVID – RISE & FALL

ocena: 6,5/10