rageman.pl
Muzyka

Jean Michel Jarre

gdzie: Stocznia Gdańska, Gdańsk

kto: Jean Michel Jarre, Stanisław Soyka

 

Do ostatniej chwili dosłownie nie wiedziałem, czy wybiorę się na koncert. Ale zgodnie z powiedzeniem „zamulaniem nic nie wskórasz” postanowiłem wziąć udział w tym największym w historii Polski koncercie. Albo jednym z największych, bo już nie pamiętam ile luda było na Rolling Stonesach czy Michaelu Jacksonie. Problem w tym, że akurat ten koncert miał szczególniejsze znaczenie. 25 lat Solidarności, miejsce koncertu: Stocznia Gdańska. Cóż, jestem wstrętnym cynikiem. Bo chociaż zdaję sobie sprawę z tego, co w tym całym happeningu mogło być nie fair, rozumiem tych co zbojkotowali tę imprezę, to jednak najważniejsze że… wixa to wixa!!! ;))) Music at the first place!! 😀

Więc tak — najpierw godzina 18.00, ustawka z Kowalem i Ciotką pod dworcem w Gdańsku Głównym. Idziemy w kierunku stoczni. Dłuuugie czekanie przed jedną z bram w kolejce do wejścia na teren imprezy. Jeszcze dłuższe niż w przypadku U2 w Chorzowie. Tyle że tu ponoć mieliśmy ponad 100 tysięcy luda, na U2 „tylko” 70 tys. Aczkolwiek tutaj o tyle lepiej się czekało, że pogoda tego dnia w miarę dopisała. Nie było bezlitośnie smażącego słońca, przez które stanie w tej kolejce wiązałoby się z walką o choćby kropelkę wody. Słoneczko umiarkowane zaś, lekki wiaterek od morza. Później wiatr się wzmagał i trzeba było założyć coś cieplejszego, ale nie przeszkadzało to w odbiorze koncertu.

Było mniej więcej wpół do ósmej, gdy udało się w końcu wejść do środka. Czyli nie załapaliśmy się na zbiorowe zdjęcie, które miało być robione o 19.00. Zaciekawił mnie brak totalnej kontroli przy wejściu. Toć miałem plecaczek, w którym mógłbym karabin snajperski i granaty schować, a tu nic. Kulturalnie spacerkiem idziemy w kierunku sektorów. Po drodze mijamy tych z sektorów B. Jeśli dobrze zauważyłem, skazani oni byli tylko na telebim i sztuczne ognie, bo chyba nawet posiadając sokoli wzrok nie dałoby się stamtąd zobaczyć sceny. Oh, what a shame. Aż naprawdę szkoda robi się tych z sektorów C. Niżej podpisany uprzywilejowany idzie w kierunku sektorów A. Rozdzielam się ze swoją grupką, która uderza do A1, ja mam bilecik na rejon A3. Co w związku z tym? Widok również średnio ciekawy, gdyż przed nami był sektor A2 jeszcze. Widać wielkie rusztowanie, które początkowo brałem za scenę. Jak się okazało, chyba jednak sceną było takie malutkie coś ustawione tuż obok bloku, na którego ścianie były wyświetlane wizualna część performensu. Po prawej stronie tego bloku telebim prawdziwy. I chociaż tego co działo się na scenie ni chuja nie mogłem dostrzec, to jednak cieszę się, że znalazłem się w tym miejscu gdzie się znalazłem. Mniemam, że również fonia w moim miejscu była lepsza. I pewnie bardziej klimatycznie było, I hope so.

Jeszcze zanim przejdziemy do meritum to słówko o tzw. merchandise. O ile stoiska z napojami, jedzeniem itepe da się skumać, to rozbawił mnie widok koszulek z podobizną Wałęsy i tym podobnych „gadżetów”. Wałęsa ikoną popkultury? „Jestem za, a nawet przeciw”.

W końcu jakoś po 20.00 usłyszeliśmy nieznany mi bliżej głos konferansjera. Powitanie, mało konkretna gadka o całym tym happeningu. Często przerywana komunikatami typu „prośmy osoby w sektorze A1, by przemieściły się gdzieś tam blabla”. Co ciekawe, komunikaty te pojawiały się aż do samego początku występu gościa z Francji, a często nawet w trakcie tego co konferansjer mówił. Początkowo irytujące, z czasem nawet zaczęły śmieszyć.

Po tymże powitaniu pojawił się na scenie gość specjalny — Stanisław Soyka. Odważna sprawa — wyjść w takich okolicznościach z instrumentarium składającym się jedynie z klawiszy i zagrać te swoje wszystkie liryczne pieśni. Nie mam nic przeciwko panu Stanisławowi, ale zdecydowanie wolałbym posłuchać go w bardziej kameralnych warunkach. Tutaj to wszystko lekko nudziło. Acz nie było źle — w końcu niektóre jego numery są w stanie się obronić w każdych warunkach. Ciężko mi ocenić przyjęcie publiki, gdyż widoczność miałem ograniczoną. Ale jakiegoś gromkiego aplauzu nie było, choć widziałem wokół osoby podśpiewujące słowa utworów S.S. Występ supportu (?) trwał pół godziny, po czym przerwa techniczna i niemal punktualnie, bo wg planu występ miał rozpocząć się o 20.55, na scenie pojawił się mistrz ceremonii.

Nie będę ukrywał, że jestem obcykany w twórczości JMJ. Choć niektóre jego melodie są mi znane (zapewne jego największe „hity”). A że dosyć często miałem uczucie déjà vu, to śmiem twierdzić, że był to swoisty jego „the best of”. Zresztą czy mogło być inaczej? Zapewne zdecydowana większość to były osoby nie mogące się określić mianem „pokolenie JMJ”. W końcu większość przyszła tu dla „wydarzenia”, nie koncertu. Ciężko więc byłoby im przełknąć jakieś mniej znane utwory z repertuaru Mistrza, które z kolei byłyby w stanie zadowolić truhardkorJMJmaniax. Powiem szczerze — mi też taka opcja specjalnie nie przeszkodziła.

No i jeszcze te wizualizacje… dosyć często odnoszące się do okoliczności koncertu. Czyli dosyć często widzieliśmy w nich logo Solidarności, stocznię, robotników, Lecha Wałęsę. Zresztą ten ostatni pojawił się w końcu na scenie osobiście. Wciąż nie sposób nie darzyć go szacunkiem za to, czego dokonał (of kors zanim stał się prezydentem), a jednak… panie Leszku, nie można było czegoś od serca powiedzieć, a nie z kartki? Dopiero na koniec się zreflektował i już mówiąc patrzył na ludzi i JMJ, a nie na przytarganą karteczkę. Zresztą, jakkolwiek by nie oceniać, znowu było symbolicznie, zwłaszcza gdy objęci wykonali palcami charakterystyczną „V”.

Choć najlepsze miało dopiero nadejść. Bo oto zaraz po występie Wałęsy usłyszeliśmy przygotowaną na tę okazję interpretację „Murów” Jacka Kaczmarskiego. Tutaj miał okazję popisać się zaproszony przez JMJ chór Uniwersytetu Gdańskiego. W podkładzie elektronicznym całość może zapachniała wynalazkiem à la Gregorian czy jak to tam się zwie, niemniej sama melodia i treść przede wszystkim nie pozwalają, by zrobić z „Murów” jakiś pop-banał. Tak, to był najważniejszy i najlepszy punkt programu.

Jean Michel Jarre to gadula jakich mało. I chociaż nie będę posądzał go o populizm, to jednak fakt jest taki, że czasem przez te monologi trochę dynamika koncertu „siadała”. Ale okazja taka jaka jest, więc można wybaczyć. Oczywiście teksty typu „kocham Polskę”, „dziękuję”, „ile wy strasznego przeszliście”… choć głównie chodziło o dedykacje. Najczęściej oczywiście stoczniowcom. Ale też jego ukochanej kobiecie (tu chyba było „Geometry of Love”). I wszystko Polakom, również tym za granicą (i zabrzmiał „The Emigrant”). Największe wrażenie jednak zrobiła dedykacja dla „jednego z największych Polaków” — Jana Pawła II. I poleciały dwa numery z wizualizacjami przedstawiającymi poprzedniego papieża. Widziałem, że taka mieszanka obrazu i muzyki poruszyła sporo osóbników. Przyznam, że i ja byłem pod wrażeniem.

Miały być 2 godziny, było sporo więcej. I jakoś nikt nie narzekał. Widać, że i Jarre’owi się dobrze gra. Niestety nieczęsto mieliśmy okazję zobaczyć pozostałych muzyków. Dostrzegłem tylko pod koniec gitarzystę. No i wspomniany wcześniej chór. Niestety kiedyś musiał nastąpić koniec. W pewnym momencie na scenę wlazł obecny prezydent Gdańska Paweł Adamowicz i wręczył jakąś tam nagrodę „Janowi Michałowi”, jak to Adamowicz określił gościa z Francji. Cóż, eufemistycznie rzecz ujmując — zdecydowanie wolę żonę Adamowicza 😀 Jeszcze tylko po raz kolejny niebo zaatakowały sztuczne ognie (przez cały koncert było ich tyle, że śmiało można porównywać do największych imprez na świecie) i do domu.

Reasumując? Dobrze jest być kimś takim jak Jean Michel Jarre. Grać sobie na rocznicach jakichś wiekopomnych wydarzeń czy też innych doniosłych happeningach, bawiąc przy tym co najmniej sto tysięcy ludzi (czasem nawet miliony) i zwiedzać sobie świat przy okazji. I nawet jeśli mając na uwadze wyłącznie muzykę nie mówimy o Geniuszu (choć też bez przesady, bo było nad wyraz dobrze, zresztą — o gustach nie dyskutujemy), to na pewno byliśmy świadkami Mistrza w robieniu SHOW. Warte swoich pieniędzy.

Demyt, a myślałem że to U2 będzie największą moją imprezą ever. A tu już miesiąc później takie coś… Tak, ten rok jest ewidentnie najlepszym jeśli chodzi o koncerty.

 

najlepszy moment: JEAN MICHEL JARRE – MURY

ocena: 7/10