Sin City
reżyseria: Frank Miller, Robert Rodriguez
To będzie bardzo subiektywna recenzja. Bo jestem fanem komiksu. Acz bez przesady. „Batman & Robin” to już była kupa na przykład. A poza tym ominęła mnie mania na komiksy Franka Millera, na podstawie którego nakręcono ten film. I to był błąd. Trzeba będzie się zaopatrzyć.
Trzeba przyznać, że ten film musiał się udać. Bo reżyserii podjął się sam Robert Rodriguez, który choć często porównywany do Quentina Tarantino, to ma własny styl. „Desperado”, „Od zmierzchu do świtu”… o „Małych Agentach” zapomnijmy. Facetowi wychodzą takie filmy, gdzie można mówić o „stylowym filmie sensacyjnym”. I dobrze, że to właśnie Rodriguez wraz z samym Millerem podjęli się reżyserii. Bo choć Tarantino też maczał w tym projekcie palce, to myślę, że gdyby właśnie Quentin podjął się reżyserii, to nie byłoby tak fajnie. Dobra, koniec gdybania. Może coś o fabule filmu.
Pierwszy epizod (a właściwie intro, z udziałem „Pearl Harbourowego” Josha Hartnetta) stanowi niejako wprowadzenie do tego, czym „Sin City” jest. Udane. Ale konkrety zaczynają się od pierwszego epizodu (jakby ktoś chciał poczytać komiks po filmie — tego wątku szukać w części komiksu pod tytułem „Ten żółty drań”). Policjant Hartigan (w tej roli Bruce Willis) próbuje uratować z rąk psychola Roarka Juniora (Nick Stahl) dziewczynkę Nancy. Nie do końca skutecznie. Cięcie. Nagle ni stąd, ni zowąd mamy do czynienia z następną historią, ekranizacją pierwszego komiksu z cyklu „Sin City”. Jest sobie degenerat z nie najładniejszą fizjonomią o imieniu Marv (w tej roli Mickey Rourke). Spędza noc z prostytutką Goldie. Niestety dla tej pani ta noc okazuje się ostatnią w życiu. Zrozpaczony Marv postanawia poszukać mordercy. W trakcie śledztwa okazuje się, że z pozoru zwykłe morderstwo jest jedynie elementem akcji, której mózgu należy szukać wśród najwyżej postawionych jegomości w mieście. Jak to się skończy? Warto samemu zobaczyć.
Po tym epizodzie następuje kolejny, który jest z kolei ekranizacją komiksu „Krwawa jatka”. Dwóch panów, jedna pani. Jeden z tych panów, Jackie Rafferty (w tej roli Benicio Del Toro), nawiedza w domu swą panią, a właściwie swą byłą panią (Brittany Murphy). Ale jej nowy pan, Dwight McCarthy (Clive Owen), nie pozwoli skrzywdzić Shelly, więc da nauczkę panu Jackiemu. Problem w tym, że pan Jackie nie jest zwykłym obywatelem, dlatego pan Dwight będzie miał przejebane. Następne epizody to mieszanka, która splata te wszystkie trzy historie. I dobrze, bo choć oglądało się zajebiście, to jednak czekałem wciąż na to, jak jedna historia ma się do drugiej. Streszczenie brzmi banalnie. Wierzcie, całość nie jest taka.
I już nawet nie chodzi o to, co wizualnie wyróżnia ten film od innych. Choć te czarno-białe kadry to poezja dla oczu. Choć w większej dawce mogłyby też zmęczyć oczy, dlatego co jakiś czas pojawiają się inne kolorki, jak czerwień krwi czy szminki jednej z pań lekkich obyczajów (czyli znaczącej części społeczności „Sin City”) lub żółć kolegi Roarka Jr. (notabene, nigdy żółć nie była tak przerażająca!). Co więcej, każde zastosowanie koloru ma sens i zwraca uwagę na istotne elementy na ekranie. Choć ten cały bajer wizualny jest w jakiś sposób rewolucyjny, to z drugiej strony… inaczej być nie mogło. Bo nie wyobrażam sobie przeniesienia wytworów wyobraźni Millera do zwykłego świata, z pierdyliardem kolorów. Tak być nie mogło.
Ale to nie kolory są tu najważniejsze.
Bo ten film to plejada osobowości. Chyba z 30 bohaterów, a każdy znaczący. O żadnym nie można powiedzieć, że jest drugoplanowy. A wynajęcie gwiazd filmowych, znających się na swej robocie, pozwoliło na tak efektowne przedstawienie całej tej galerii dziwaków i degeneratów. Kogo my tu nie mamy. Josh Hartnett jako romantyk-morderca. Bruce Willis gra swoje — czyli dobrodusznego gliniarza. A jednak i tak jest wielki w tej roli. Michael Madsen jako policjant Bob, już nie tak dobroduszny. Nick Stahl jako jeden z największych psycholi w tym mieście — bardzo daje radę. Mickey Rourke jako Marv, niejako główny bohater filmu. Jest taki, jaki powinien być — alkoholik o gracji słonia w składzie porcelany, a jednak budzący sympatię. Goldie za dużo nie widzimy, ale za to poznajemy jej siostrę bliźniaczkę, którą gra Jaime King. Niejaka Carla Gugino w roli pani kurator Marva, z zamiłowania lesbijka. Największa sensacja obsady — Elijah „Frodo” Wood jako Kevin. Psychopata o wyglądzie dziecka, z zawodu morderca, z zamiłowania kanibal zjadający ciała prostytutek. Rola na miarę Oscara. Ta poczciwość twarzy Elijaha i oczy psychopaty. I ta biel jego okularów. Brrrrrrrr… dla samej tej roli warto obejrzeć ten film. A przecież to nie koniec kapitalnych ról. Kardynał Roark, czyli szycha rządząca miastem. W tej roli również genialny Rutger Hauer. Przyszły James Bond Clive Owen jako Dwight — widzimy tego pana na ekranie również dużo i wcale nam to nie przeszkadza. Jest tak, jak miało być. Rosario Dawson jako pani szefowa prostytutek Gail — ładnaaaaaa. Devon Aoki jako Miho, pani prostytutka o niezwykłych zdolnościach do rozczłonkowywania ludzi. Sexy. Brittany Murphy jako pani przyjaciółka Dwighta też sexy. I Alexis Bledel jako Becky, też bardzo sexy. Nie inaczej Jessica Alba jako Nancy. Ale Benicio Del Toro jako Jackie sexowny już nie jest, choć równie genialny. Tak samo Michael Clarke Duncan jako olbrzym Manute. Choć u niego głównie postura procentuje. Skończmy tę nudną wyliczankę na drugim z panów Roarków rządzących „Sin City” — ojcu Roarka Juniora, senatorze Roarku. W tej roli Powers Boothe.
A w wymienieniu tych wszystkich indywiduów chodziło o to, że jeśli ktoś jest świadom potencjału aktorskiego każdej z tych osób, to nie trzeba go przekonywać, jak kapitalny efekt daje zestawienie ich z galerią osobliwości z komiksów Franka M. A jeśli dodamy do tego pewną prawidłowość, że czarne charaktery są o wiele fajniejsze niż dobrzy bohaterowie… bo tak naprawdę to tu poza Bruce’em Willisem nie ma dobrych ludzi. Rajcujemy się pojawianiem coraz to nowych typów i obserwujemy, jak bardzo zepsuci będą. I każdego z nich obdarzamy jakąś chorą sympatią. Może dlatego, że takich ludzi jak Hartigan właściwie nie ma?
Polecam, polecam, polecam!!!
najlepszy moment: POZNAJCIE KEVINA
ocena: 9/10
