rageman.pl
Muzyka

DJ Tomekk

gdzie: Parlament, Gdańsk

kto: DJ Tomekk

 

Piątek więc był dniem lansu. Idziemy na DJ Tomkka, niejako klasyka hip-hopu. Lub może bardziej — kreatora tego oldschoolowego posmaku hip-hopu. Bo dzisiaj trudno mówić już o prawdziwych reprezentantach tego klimatu, gdy większość sprowadza się do tzw. BAUNSU. I nie inaczej było tego wieczoru. Ale może od początku.

Nikt się na DJ Tomekka nie skusił, więc sam przybyłem do Parlamentu o 21.00. A co tam. Tym bardziej byłem ciekaw, gdyż była to moja pierwsza wizyta po remoncie tego klubu. Wchodzimy. Sprzedaż biletów zamiast po prawej, to po lewej stronie. Płacę pieniążki za bilecik i wchodzę na salę z barem. Szok. Jest inaczej. Po prawej stronie schodków coś, co na pewno ma fachową nazwę, ale ja się na dekoracji wnętrz nie znam, więc nie powiem. W każdym bądź razie, jeśli lubicie bajerki, na których ruch wewnątrz nich można by oglądać godzinami, to zapraszam do nowego Parlamentu. Bar w tym samym miejscu, ale też odmieniony. Nad nim zawieszony rząd płaskich monitorów z plazmowym ekranem. Luxus.

Jeśli ktoś lubił w Parlamencie te drewniane kwadraciki, w których można było usiąść i wypić piwo — zła wiadomość. Teraz są tam dwa poziomy z glanckimi fotelami, siedzeniami, stolikami itepe. Posmaku drewna, który tak charakteryzował stary Parlament, już nie ma. Ale… gdy po 22.00 można było wejść już na główną salę, doznałem miłego deja vu. Bo zmiany na sali głównej są kosmetyczne. Tzn. nie ma już drewnianej (chociaż… nie przyglądałem się 😉 podłogi, kolumn też, ale sam układ wnętrza pozostał niezmieniony. Scena jak dla mnie też bez większych zmian. Poza bardziej bajeranckim telebimem z tyłu. No i nie pamiętam, by na najwyższym piętrze było wyjście na alejkę, gdzie jest Malarnia i Piękni, Młodzi i Bogaci.

Puenta? Jest bardziej lansiarsko, dlatego nie wiem, jak miałyby tam wyglądać przyszłe Lipozony lub koncerty np. Vadera. Ale może mam coś nie tak z wyobraźnią.

Więc wróćmy do tego, co najważniejsze. Choć na plakacie poza DJ Tomekkiem wymieniony był słynny DJ Slam, to na początku przygrywał kto inny. Jak się okazało, był to gość z Niemiec, którego przywiózł sam DJ Slam, obecnie przebywający w kraju Goethego. I choć to było przygrywanie do baunsu i lansu, to jakoś ciekawsze niż to, co prezentował jego następca — DJ Slam. Może i znający się, może i osławiony, może i słusznie wychwalany. Ale myślę, że wszelkie miary stosowane w jego przypadku to miary „jak na Polskę”. Bo w porównaniu z kolegą z Niemiec aż tak fajnie nie było. Ale też należy docenić umiejętności. Bo rozgrzać naszą gdańską publikę to potrafi. Kombinować, mieszać, wplatać w to wszystko dialog z publiką. A o to w tym fachu chodzi, co nie? I tylko ten jego murzyński wygląd zawsze mnie rozczula… ale to już taka moja mała awersja do wizualnej strony kultury HH. A przynajmniej jej nowej odmiany.

Bo raczej nie miałem co liczyć, że pojawią się ludzie normalni, dla których wygląd to mocno drugorzędna sprawa. Może nawet ci pamiętający pierwsze Kalibry, Wzgórze, Warszafski Deszcz… Nic z tego. Zamiast tego mieliśmy plejadę bananowców hehehehe. Skarpety na głowie, bling bling, a czasem też po prostu fura, skóra i komóra. Niestety ostatnio ciężko odróżnić dresa od hiphopowca. No ale to nie artykuł o obecnej kondycji kultury HH, ino relacja na bloga hehe. Ale jeszcze słówko: widać, że wakacje 2005 to emigracja na Zachód. A może wcale tylu fanów DJ Tomkka nie ma? W każdym bądź razie mogło być tłoczniej, zwłaszcza gdy DJ Tomekk się pojawił.

Choć pojawienie się DJ Tomekka o 1.00 w nocy jest niejako logiczne, to wolałbym bardziej, gdyby wyszedł wcześniej. Bo nie każdy lubi bauns, co nie. A tak trzeba było się pomęczyć. W pełnym tego słowa znaczeniu. Bo gdy w końcu DJ Tomekk wyszedł, ja już byłem lekko odenergetyzowany (?). No ale… pojawił się w szaliku w kolorach biało-czerwonych z napisem takim, jak nazywa się nasz kraj. Charakterystycznych okularków brak. Do pomocy miał bliżej mi nieznanego murzyna, który miał za zadanie dorymować coś do numerów, a przede wszystkim rozgrzewać werbalnie publiczność. A gdy dodać do tego jeszcze dwóch poprzednich DJ-ów, dwie nieznane mi koleżanki oraz — nie wiedzieć czemu — dźwiękowca, to na scenie zrobiło się bardzo tłoczno. Wręcz niejako autonomiczna biba.

Przy numerach niestety często oklepanych, jak 50 Cent. Ale były też autorskie kawałki DJ Tomkka, w tym rewelacyjny „1,2,3… Rhymes Galore”. Były też nieznane mi wcześniej numery, ale idealnie nadające się do takiej imprezy. A wszystko to urozmaicone popisami skreczowania by DJ Tomekk. Można było posłuchać, dlaczego zwykły Tomaszek z Polski zrobił taką karierę. Szkoda tylko, że trzeba było w tym celu wyprowadzić się do Niemiec. No ale to chyba całkiem niestety normalne…

I choć było przyjemnie to obserwować, to jednak o 2.00 wracałem już do domciu. Ucieszony tym, w czym brałem przed chwilą udział, ale jednak mocno zmęczony…

 

najlepszy moment: 1,2,3… RHYMES GALORE

ocena: 7/10