rageman.pl
Muzyka

U2

gdzie: Stadion Śląski, Chorzów

kto: U2, The Killers, The Magic Numbers

 

Takiego koncertu w tym roku nie było w Polsce. Ba, takiego koncertu w tym nowym tysiącleciu jeszcze nie było w Polsce. Jeśli chodzi o nasz kraj, to chyba bardziej spektakularne były tylko koncerty Michaela Jacksona, Rolling Stonesów… i U2. Na Rollingach nie byłem, Michaela Jacksona nie do końca pamiętam, na poprzednim U2 też nie byłem. Dlatego to był chyba Największy Koncert w moim życiu. Czy najlepszy? Kurde… podium na pewno będzie. Bez wątpienia. Więc lecimy od początku, shall we?

Punktualnie, jak na rozpisce na stronie Odyssey’a, pojawił się pierwszy z supportów — The Magic Numbers. Przed koncertem generalnie nie byłem zadowolony z supportów. Bo oto na tej trasie ekipa z Irlandii postanowiła promować nowe rockowe uderzenie. Które niekoniecznie mi leży. Bo dotychczas tylko The White Stripes mi leżało. Ale jak to mawiają — tylko krowa nie zmienia poglądów. Czas się otworzyć na wynalazki spod znaku The Cośtams. Zwłaszcza że supporty tego wieczora na to zasługiwały.

Muzykę The Magic Numbers można by najkrócej określić jako folk rock. Porównań nie będzie. Nie to, aby specjalnie oryginalni byli. Po prostu nigdy wcześniej takie dźwięki nie zwracały mej uwagi. Spokojne. Urzekające. Bardzo urzekające. Ujmujące. Może nawet — miluskie. Momentami zahaczało to wręcz o country. Co nie dziwi, sądząc po wyglądzie muzyków. U Wyspiańskiego stylizowano się na wieś. Nie wiem, czy Magiczne Liczby się na wieśniaków stylizują, ale nawet jeśli, to wychodzi im to mistrzowsko. I nie tylko ze względu na to, że każdy z facetów (bo skład to było dwóch facetów i dwie babki) miał długie włosy i bujną brodę (złośliwi dobrowzrokowcy twierdzili, że nie inaczej było z panią basistką…).

Zacznijmy po kolei — pośrodku perkusista. Bez popisów, raczej grający swoje. W sumie można by to o reszcie muzyków też powiedzieć. Po lewej stronie perkusisty, a naszej prawej, pani basistka. Ubrana w jakieś czarne ciuszki, raczej nie Armani. No i konkretna budowa. Nie chcę być niemiły, ale jednak… babo-chłop w pełnym tego słowa znaczeniu. I’m sorry. Na przodzie pan lider. Czarna marynara. Ale ewidentnie nie chodziło o elegancję. Trochę kojarzył mi się z wokalistą Salivy (ten od spidermanowego „Hero”). Czyli długie włoski, broda i duuuża postura. Ale i tak najbardziej urzekła mnie jego koleżanka z zespołu, stojąca najbardziej z lewej strony. Wyobraźcie sobie niezmanierowaną Kelly Osbourne, której zaaplikowano końską dawkę uroku osobistego. A gdy jeszcze zaczęła śpiewać tym swoim głosikiem… nic tylko się zauroczyć. Pani grała na wszystkim, czym popadło — od bongosów po cymbałki. I często wchodziła w duety z wokalistą. W „Idolu” by od razu ją wyrzucili, tutaj decydowała o szczerości i pięknie tej muzyki. Bo choć cały czas było o miłości, to to nie raziło. Nie mogło razić. Śmieszyć może troszkę. Ale wolę takie piosenki o miłości niż Ushera czy innego leszcza.

Kontakt z publiką? Na początku totalna nieśmiałość. Ale ponoć, jak wyznał wokalista, był to ich pierwszy tak duży koncert. Co chyba było faktem. Ale jakoś pod koniec się rozkręcili. Publiczność z nimi. A przynajmniej jakaś jej malutka część. Mogłaby być większa, gdyby nie to, że oto w połowie występu TMN nastąpił pierwszy atak deszczu. Co spowodowało, że uwaga publiki zwróciła się ku osłanianiu się przed deszczem. Szkoda. Niemniej — udany występ, będę śledził ich dalsze poczynania.

Grają jakieś 40 minut. Następuje przerwa techniczna, można zacząć kombinować, jak tu się nie przeziębić. Sektory zaczynają się powoli zapełniać (duża część darowała sobie występ The Magic Numbers). W końcu około 19.45 pojawia się drugi i ostatni support — The Killers. Zaczynają z lepszej pozycji od Liczb, których płyta pojawiła się w Anglii parę tygodni temu, a w Polsce chyba wciąż nie do zdobycia. Płyta Zabójców już krąży po listach przebojów, a i u nas niejednemu zapewne wpadła w łapy (tudzież jej odpowiednik w mp3…).

Choć tak jak w przypadku TMN nie powiedziałbym, by ich muza nadawała się na stadiony, to na początku zostałem kupiony całkowicie. Potężne uderzenie (nagłośnienie tego dnia było dużą zaletą, choć muzyka TMN tego nie potrzebowała), no i wreszcie jakieś oświetlenie. Na razie tylko rząd reflektorów, ale starczyło. Poniosło mnie. Nie mogło być inaczej. Proste numery, niezwykle utanecznione, a przy tym ewidentnie rockowe. Dance rock? Chyba tak. Choć gitara czasem szła jak u The Edge’a… Nie będę rzucał tytułami. Ten koncert miał mnie do Killersów przekonać. I przekonał w 100 procentach. Konkretna, bujająca rockowa sekcja rytmiczna. Konkretna gitara. I wokalista idealnie wpasowany w te konkretne dźwięki. Bo mistrzem wokalistyki też nie był. Ale nie o to chodziło. No i jeszcze co jakiś czas klawisze, z lekka kiczowate, ale jak najbardziej… konkretne.

I wszystko byłoby zajebiście. Byłoby. Ale oto pogoda znowu zrobiła psikusa. Jeszcze konkretniejszego. Tym razem już mało kto zlał deszcz, by skupić się na muzyce. Próbowałem też, bo warto było. Niestety. Tym razem deszcz pochłaniał znaczną część występu Killersów. Więc nawet interakcja z publiką spełzła na niczym. Może trochę zmanierowania dało się wychwycić (w końcu to Amerykanie, już w blasku sławy hehehe), ale… widząc, że nikt się nie bawi, mieli prawo się wkurwić. Dlatego występ trwał jakieś 20 minut. Szkoda. Kurewsko szkoda. Czekamy na występ tych czterech kolesi w jakimś normalnym klubie, już jako headlinerów.

O 20.10 następuje najdłuższa przerwa techniczna. Następuje też już trzeci i największy atak deszczu. Wszystko mokre. Ale znajdujemy jakiś ciuch na przebranie. Ostatni. Jak teraz zacznie padać, to po mnie. Ale nie zaczęło. O 21.00 przestaje padać, już do końca nocy. A chwilę potem pojawiają się Oni.

U2!!!!

Zaczynają od „Vertigo”. Nie będę ukrywał, że mnie poniosło. Będąc szczerym, „Achtung Baby” to była ostatnia wielka płyta. I mogliby zagrać tylko numery sprzed tej płyty i byłoby zajebiście. Ale zagrali też nowe. I okazuje się, że na żywo wcale nie odstawało to od „żelaznej” klasyki. A dla niektórych „Vertigo” już jest klasyką. Charakterystyczny, wręcz nietypowy riff. Czysty rock’n’roll. I to uderzenie świateł. Mniej wrażliwe oczka mogłyby wykitować. Obraz na telebimach podzielony na cztery części. Po „naszej” stronie ekran pokazuje Bono i Claytona. Z lewej — The Edge’a i Mullena. Publika szaleje. Parę tysięcy podskakujących ciał. Przyjemna fala ciepła.

Koniec. Drugi numer — przeskakujemy z ostatniej płyty do pierwszej. Znajome dźwięki. „I Will Follow”. Już nie idzie wytrzymać. Na cały głos wrzeszczymy tekst refrenu. Jest pięknie. Dźwięki, które kiedyś towarzyszyły w dzieciństwie, teraz sprawiają, że czuję się jak mały bachor. Beztroski, zanurzony w tym, co słyszy. „Elevation” z „All That You Can’t Leave Behind” to jeden z najjaśniejszych punktów w nowej twórczości U2. Nie jestem chyba w tej opinii odosobniony. A nawet jeśli ktoś nie lubi tego numeru, po tym, co zrobiło z nim U2 (i publika!!) w Chorzowie, zmieni zdanie.

Robi się ciemno, czyli tak jak na rockowym koncercie być powinno. Dźwięki znowu znajome. Tak, to już ten moment… „New Year’s Day”. Bezcenny moment, bezcenne uczucie wzruszenia. To brzmi banalnie. Ale nie wyglądało. Każdy musiał być pod wrażeniem tego, jak stadion wyglądał podczas tej piosenki. Obejrzałem się do tyłu — WSZYSTKIE sektory opanowane przez kolor bieli. Płyta pokryta czerwienią. U2 musieli w swojej ponad dwudziestoletniej karierze widzieć wiele. Ale to zdziwienie na ich twarzach nie mogło być nieszczere. Ukłony dla publiczności też nie mogły być nieszczere. Dla takich chwil warto kochać muzykę i wydawać ostatni grosz na nią.

Wracamy do przedostatniej płyty — „All That…”. „Beautiful Day”. „Beautiful day, beautiful country” — dzięki, Bono. „Still Haven’t Found What I’m Looking For” — Absolutna Klasyka. Fakt, że cały stadion śpiewał, nie mógł dziwić. Znowu poczułem się dumny z tego, z kim dane jest mi spędzać ten wieczór.

„All I Want Is You” to też hit, choć już nie tak oczywisty. W tym jednak momencie Bono wybiega na jedną ze „słuchawek” i wyciąga jedną z dziewczyn. Tuląc ją, wyśpiewuje tytułowe słowa piosenki. Gwiazdorski, kiczowaty gest? Wytłumaczcie to tej dziewczynie. Jak i każdej, która chciałaby się znaleźć na jej miejscu. Myślę, że byłoby to ciężkie zadanie.

Teraz następuje wiązanka numerów z nowej płyty. „City of Blinding Lights”. W tym momencie cała ta ściana oświetleń pokazuje, na co ją stać. Tak jak w tytule — wizualizacja, dzięki której możemy poczuć się jak w jakimś Tokio. Feeria świateł… słowa tego nie opiszą. Od tego numeru w sumie każda piosenka miała jakąś wizualizację.

Po „City…” Bono zaprasza na scenę kogoś, kto dobrze zna angielski. Tu nastąpił malutki (acz zrozumiały) zgrzyt wieczoru. Na scenę wlazła totalnie podjarana dziewoja, której Bono kazał tłumaczyć to, co mówił. Szkoda tylko, że jak się dziewczynka przyznała, nie zna tak naprawdę angielskiego… Dobrze, że jednak większość zgromadzonych, jak mniemam, zna ten język. Więc gdy Bono zaczął opowiadać o tym, że dedykuje numer osobnikowi urodzonemu „niedaleko stąd”, wiadomo było, o kogo chodzi. Gdy kontynuował swą opowieść, w której wspomniany osobnik założył okulary Bono i zrobił „tak” (w tym momencie charakterystyczna mina), tylko totalnie niezorientowani nie domyślili się, o kogo może chodzić.

„To piosenka dla Jana Pawła II”.

To było naprawdę miłe. Zwłaszcza że był to „Miracle Drug”. A potem „Sometimes You Can’t Make It On Your Own” z animacją przedstawiającą idącego ludzika. Symbol niemocy?

Następnie techniczni zaczęli wynosić perkusję Larry’ego. „Sunday Bloody Sunday”? A jednak nie, bo „Love and Peace”. Ale „Krwawa Niedziela” była później. I to był kolejny genialny punkt wieczoru (heh, jakby ich mało było tego dnia…). Wtedy też Bono najbardziej się rozszalał na wybiegu. Aha, czy pochwaliłem się już, że miałem jakieś trzy metry do wybiegu? Na przebicie piąteczki się nie załapałem, ale fakt, że miałem Legendę Rocka niemal na wyciągnięcie ręki, cieszy.

Kolejny punkt — „Bullet the Blue Sky”. Tak lubiany przez różnych metali, m.in. Sepulturę czy P.O.D. Bo ten numer ma w sobie jakiś niesamowicie ciężki klimat. A gdy jeszcze na początku powiał zimny, przeszywający wiaterek… Skubani to zaplanowali czy jak? Znowu — dla takich chwil warto żyć.

W pewnym momencie Bono podniósł opaskę z ziemi, na której była i gwiazda Dawida, i krzyż. Stanął przy mikrofonie, opaska zasłaniała oczy. Zrobiło się psychodelicznie. A wizualizacje, wcześniej przedstawiające lecący samolot, ustąpiły miejsca widokowi twarzy Bono… Kurde, to było mocne.

Ale tego im było najwyraźniej mało. Dowalili dalej — „Pride (In The Name Of Love)” dla Martina Luthera Kinga. Na końcu pojawiły się urywki z amerykańskiej konstytucji. Normalnie mogłoby to niesmaczyć. Po co na koncercie rockowym polityka? Ale na koncercie U2 coś takiego nie dziwi. Co więcej — ma to sens.

Ale wracamy do muzyki. Kolejny ważny song i arcydzieło muzyki — „Where The Streets Have No Name”. Obserwujemy flagi państw afrykańskich. Nagle robi się ciemno. Zero świateł, zero obrazków. Tak, to „Achtung Baby”. A konkretniej — „One”… Brak słów.

Dlatego zejście muzyków ze sceny spotyka się z największym sprzeciwem, jaki widziałem na koncercie. Widzimy śmieszną wizualizację z wizerunkami m.in. Blaira w roli głównej. „Zoo Station”. Nie lubię tego numeru, ale wypada też okazale. Zwłaszcza z animacją. Oczojebno-komiksową, ale tak ma być. Tendencja utrzymuje się przy kolejnym mega numerze — „The Fly”.

Ale znowu robi się ciemnawo. Nadszedł czas na kolejny Naj Klasyk, o którego już wielu się obawiało, że nie zabrzmi tego dnia — „With or Without You”. Jest pięknie. Za pięknie, by to był koniec. Więc chyba ponowny powrót na scenę jest formalnością.

„All Because of You”, „Yahweh” i znowu „Vertigo”. Tym razem już z wizualizacją, która nie wyszłaby tak okazale jak przy pierwszym wykonaniu, gdy jeszcze było jasno. Zespół się kłania, widzimy napis „The End”.

A jednak… a przecież mogłoby jeszcze tyle numerów wybrzmieć… W końcu to zespół, który jak mało który ma z czego wybierać. Ale nie ma co narzekać.

GENIALNY koncert, który był ewidentnie wart swej ceny. Wart męczenia się w pociągu, wart zniszczonego gardła i płuc, z którymi mam obecnie przyjemność się mierzyć. I wart leżenia na syfnym dworcu w oczekiwaniu na pociąg. Gwiazdy rocka? Komercja? Show? Po trzykroć TAK. Ale w Najlepszym wydaniu!

 

najlepszy moment: U2 – NEW YEAR’S DAY

ocena: 10/10, bo tak