U2
odbyło się: 5.07.05
gdzie: Stadion Śląski, Chorzów
kto: U2, The Killers, The Magic Numbers
takiego koncertu w tym roku nie bylo w Polsce. takiego koncertu w tym nowym tysiacleciu jeszcze nie bylo w Polsce. jesli chodzi o nasz kraj, to chyba bardziej spektakularne byly tylko koncerty michaela jacksona, rolling stones… i U2. na rollingach nie bylem, michaela jacksona nie do konca pamietam, na poprzednim U2 tez nie bylem. dlatego to byl chyba Najwiekszy Koncert w moim zyciu. czy najlepszy? kurde… podium na pewno bedzie. bez watpienia. wiec lecimy od poczatku, shall we?
(…) w kazdym badz razie punktualnie, jak na rozpisce na stronie oddysey’a, pojawil sie pierwszy z supportow. The Magic Numbers. przed koncertem generalnie nie bylem zadowolony z supportow. bo oto na tej trasie ekipa z irlandii postanowila promowac nowe rockowe uderzenie. ktore niekoniecznie mi lezy. bo dotychczas tylko the white stripes mi lezalo. ale jak to mawiaja, tylko krowa nie zmienia pogladow. czas sie otworzyc na wynalazki spod znaku The Cośtams. zwlaszcza ze supporty tego wieczora na to zaslugiwaly. muzyke The Magic NUmbers moznaby najkrocej okreslic jako folkrock. porownan nie bedzie. nie to, aby specjalnie oryginalni byli. po prostu nigdy wczesniej takie dzwieki nie zwracaly mej uwagi. spokojne. urzekajace. bardzo urzekajace. ujmujace. moze nawet – miluskie. momentami zachaczalo to o country wrecz. co nie dziwi, sadzac po wygladzie muzykow. u wyspianskiego stylizowano sie na wies. nie wiem czy magiczne liczny sie na wiesniakow stylizuje, ale nawet jesli, to wychodzi im to mistrzowsko. i nie tylko ze wzgledu na to, ze kazdy z facetow (bo sklad to byl 2 facetow, dwie babki) mial mego dlugie wlosy i bujna brode (zlosliwi dobrowzrokowcy twierdzili, ze nie inaczej bylo z pania basistka…). zacznijmy po kolei – po srodku perkusista. bez popisow, raczej grajacy swoje. w sumie moznaby to o reszcie muzkow tez powiedziec. po lewej stronie perkusisty, a naszej prawej pani basistka. ubrana w jakies czarne ciuszki, raczje nie armani. no i konkretna budowa. nie chce byc niemily, ale jednak… babochlop w pelym tego slowa znaczeniu. i’m sorry. na przodie pan lider. czarna marynara. ale ewidentnie nie bylo elegancja. troche kojarzyl mi sie z panem wokalem z salivy (ten od spidermanowego „hero”). czyli dlugie wloski, broda i duuuza postura. ale i tak najbardziej urzekla mnie jego kolezanka z zespolu, stojaca najbardziej z lewej strony. wyobrazcie sobie sobie niezmanierowana kelly osbourne, ktorej zaaplikowano konska dawke uroku osobistego. a gdy jeszcze zaczela spiewac tym swoim glosikiem… nic tylko sie zauroczyc. pani grala na wszystkim czym popadlo – od bongosow po cymbalki. i wchodzila czestow duety z panem wokalista. w Idolu by od razu ja wyrzucili, tutaj decydowala o szczerosci i pieknie tej muzyki. bo choc caly czas bylo o milosci, to to nie razilo. nie moglo razic. smieszyc moze troszke. ale wole takie piosenki o milosci, niz ushera czy innego leszcza. kontakt z publika? na poczatku totalna niesmialosc. ale ponoc, jak wyznal wokalista, to ich pierwszy tak duzy koncert. co chyba bylo faktem. ale jakos pod koniec sie rozkrecili. publicznosc z nimi. a przynajmniej jakas jej malutka czesc. moglabyc wieksza gdyby nie to, ze oto w polowie wystepu TMN nastapil pierwszy atak deszczu. co spodowalo, ze uwage publiki zwrocila sie ku oslanianiu sie przed deszczem. szkoda. niemniej – udany wystep, bede sledzil ich dalsze pocyzniania. graja jakies 40 minut. nastepuje przerwa techniczna, mozna zaczac kombinowac jak tu sie nie przeziebic. sektory zaczynaja sie powoli zapelniac (duza czesc darowala sobie wystep the magic numbers). w koncu okolo 19.45 pojawia sie drugi i ostatni support – The Killers. zaczynaja z lepszej pozycji od Liczb, ktorych plyta pojaiwla sie w anglii pare tygodni temu, a w polsce chyba wciaz nie do zdobycia. plyta Zabojcow juz krazy po listach przebojow, a i u nas niejednemu zapewne wpadla w lapy (tudziez jej odpowiednik w mp3…). choc tak jak w przypadku TMN, nie powiedzialbym, by ich muza sie nadawala na stadiony. choc na poczatku zostalem kupiony calkowicie. potezne uderzenie (naglosnienie tego dnia bylo duza zaleta, choc muza TMN tego nie potrzebowala) no i wreszcie jakies oswietlenie. na razie tylko rzad reflektorow, ale starczylo. ponioslo mnie. nie oglo byc inaczej. proste numery, niezywkle utanecznione, a przy tym ewidentnie rockowe. dance rock? chyba tak. choc gitara czasem szla jak u The Edge… nie bede rzucal tytulami. tek koncert mial mnie do killersow przekonac. i przekonal w 100 procentach. konkretna bujajaca rockowa sekcja rytmiczna. konkretna gitara. i wokalista idealnie wpasowany w te konkretne dzwieki. bo mistrzem wokalistyki tez nie byl. ale nie o to chodzilo. no i jeszcze co jakis czas klawisze, z lekka kiczowate, ale jak najbardziej… konkretne. i wszystko byloby zajebiscie. byloby. ale oto pogoda znow zrobila psikusa. jeszcze konkretniejszego. tym razem juz malo kto zlal deszcz by skupic sie na muzyce. probowalem tez, bo warto bylo. niestety. tym razem deszcz pochlanal znaczna czesc wystepu killersow. wiec nawet interakcja z publika spelzla na niczym. moze troche zmanierowania dalo sie wychwycic (w koncu to amerykanie, juz w blasku slawy hehehe), ale… widzac ze nikt sie nie bawi mieli prawo sie wkurwic. dlatego wystep trwal jakies 20 minut. szkoda, kurewsko szkoda. czkeamy na wystep tych czworga kolesi jakims normalnym klubie, juz jako headliner.
o 20.10 nastepuje najdluzsza przerwa techniczna. nastepuje tez juz trzeci i najwiekszy atak deszczu. wszystko mokre. ale znajdujemy jakis ciuch na przebranie. ostatni. jak teraz zacznie padac to po mnie. ale nie zaczelo. o 21.00 przestaje padac, juz do konca nocy. a chwile potym pojawiaja sie Oni.
U2!!!!
zaczynaja od Vertigo. nie bede ukrywal, ze mnie ponioslo. bedac szczerym, Achtung Baby to byla ostatnia wielka plyta. i mogliby zagrac tylko numery sprzed tej plyty i byloby zajebiscie. ale zagrali tez nowe. i okazuje sie ze na zywo wcale nie odstawalo to od „zelaznej” klasyki. a dla niektorych Vertigo juz jest klasyka. charakterystyczny, wrec znietypowy riff. czysty rokendrol. i to uderzenie swiatel. mniej wrazliwe oczka moglyby wykitowac. obraz na telebimach podzielony na cztery czesci. po „naszej” stronie ekran pokazuje Bono i Claytona. z lewej – The Edge i Mullena. publika szaleje. pare tysiecy podskakujacych cial. przyjemna fala ciepla. koniec. drugi numer – przeskakujemy z ostatniej plyty do pierwszej. znajome dzwieki. I Will Follow. juz nie idzie wytrzymac. na caly glos wrzeszczymy txt refrenu. jest pieknie. dzwieki, ktore kiedys towarzyszyly w dziecinstwie, teraz sprawiaja, ze czuje sie jak maly bachor. beztroski, zanurzony w tym co slyszy. „elevation” z „all that you can’t leave behind” to jeden z najjasniejszych punktow w nowej tworczosci U2. nie jestem chyba w tej opinii odosobniony. a nawet jesli ktos nie lubi tego numeru, po tym co zrobilo z nim U2 (i publika!!) w chorzowie zmieni zdanie. robi sie ciemno, czyli tak jak na rockowym kocnercie byc powinno. dzwieki znow znajome. tak, to juz ten moment… New Year’s Day. bezcenny moment, bezcenne uczucie wzruszenia. to brzmi banalnie. ale nie wygladalo. kazdy musialby byc pod wrazeniem tego, jak stadion wygladal w tej piosence. obejrzalem sie do tylu – WSZYSTKIE sektory oopanowane przez kolor bieli. plyta pokryta czerwienia. U2 musieli w swojej ponad dwudziestoletniej karierze widziec wiele. ale to zdziwienie na ich twarzach nie moglo byc nieszczere. uklony dla publicznosci nie mogly byc nieszczere. dla takich chwil warto kochac muzyke i wydawac ostatni grosz na nia.
wracamy do przedostatniej plyty „all that…”. „beautiful day”. „beautiful day, beautiful country” – dzieki Bono. „still haven’t found what I’m looking for” – Absolutna Klasyka. fakt ze caly stadion spiewal nie mogl dziwic. znow poczulem sie dumny z tego, z kim dane jest mi spedzac ten wieczor. „All i want is You” to tez hit, choc juz nie tak oczywisty. w tym jednak momencie Bono wybiega na jedna ze „sluchawek” i wyciaga jedna z dziewczyn. tulac ja, wyspiewuje tytulowe slowa piosenki. gwiazdorski, kiczowaty gest? wytlumaczcie to tej dziewczynie. jak i kazdej, ktora chcialaby sie znalezc na jej miejscu. mysle ze byloby to ciezke zadanie. teraz nastepuje wiazanka numerow z nowej plyty. „city of blinding lights”. w tym momencie cala ta sciana oswietlen pokazuje na ca ja stac. tak jak w tytule – wizualizacja, dzieki ktorej mozemy poczuc sie jak w jakims tokio. feeria swiatel.. slowa tego nie opisza. od tego numeru w sumie kazda piosenka miala jakas wizualizacje. po City… Bono zaprasza na scene kogos, kto dobrze zna angielski. tu nastapil malutenki (acz zrozumialy zgrzyt) wieczoru. na scene wlazla totalnie podjarana dziewoja, ktorej Bono kazal tlumaczyc to co mowil. szkoda tylko ze jak sie dziewczynka przyznala, nie zna tak naprawde angielskiego… dobrze ze jednak wiekszosc zgromadzonych, jak mniemam, zna ten jezyk. wiec gdy Bono zaczal opowiadac o tym, ze dedykuje numer osobnikowi urodzonemu „niedaleko stad”, wiadomo bylo o kogo chodzi. gdy kontynuowal swa opowiesc, w ktorej wspomniany osobnik zalozyl okulary Bono i zrobil „tak” (w tym momencie charakterystyczna mina), tylko totalnie niezorientowani nie domyslili sie o kogo moze chodzic. „to piosenka dla Jana Pawla II”. to bylo naprawde mile. zwlaszcza ze byl to „miracle drug”. a potem „sometimes you can’t maki it on your own”. z animacja przedstawiajaca idacego ludzika. symbol niemocy? nastepnie techniczni zaczeli wynosic perkusje larry’ego. „sunday bloody sunday”? a jednak nie, bo „love and peace”. ale krwawa niedziela byla pozniej. i to byl kolejny genialny punkt wieczoru (heh, jakby ich malo bylo tego dnia…). wtedy tez bono najbardziej sie rozszalal na wybiegu. aha, czy pochwalilem sie juz, ze mialem jakies 3 metry do wybiegu? na przebicie piateczkis sie nie zalapalem, ale fakt ze mialem Legende Rocka niemal na wyciagniecie reki cieszy. kolejny punkt „bullet the blue sky”. tak lubiany przez roznych metali, m.in. sepulture czy p.o.d. bo ten numer ma w sobie jakis niesamowicie ciezki klimat. a gdy jeszcze na pocaatku powial zimny, przeszywajacy wiaterek… skubani to zaplanowali czy jak? znow – dla takich chwil warto zyc. w pewnym momencie bono podniosl opaske z ziemi, na ktorej byla i gwiazda dawida i krzyz. stanal przy mikrofonie, opaska zaslaniajac oczy. zrobilo sie psychodelicznie. a wizualizacje, wczesniej przedstawiajace lecacy samolot, ustapily miejsca widokowi twarzy bono… kurde, to bylo mocne. ale tego im bylo malo najwyrazniej. dowalili dalej – „pride (in the name of love)” dla martina luther kinga. na koncu pojawily sie urywki z amerykanskiej konstytucji. normalnie mogloby to niesmaczyc. po co na koncercie rockowym polityka? ale na koncercie U2 cos takiego nie dziwi. co wiecej – ma to sens. ale wracamy do muzyki. kolejny wazny song i arcydzilo muzyki – „where the streets have no name”. obserwujemu flagi panstw afrykanskich. nagle robi sie ciemno. zero swiatel, zero obrazkow. tak, to „achtung baby”. a konkretniej – „one”… brak slow. dlatego zejscie muzykow ze sceny spotyka sie z najwiekszym sprzeciwem jaki widzialem na koncercie. widzimy smieszna wizualizacje z wizerunkami m.in. blaira w roli glownej. „zoo station”. nie lubie tego numeru, ale wypada on tez okazale. zwlaszcza z animacja. oczojebno komiksowa, ale tak ma byc. tendencja sie utrzymuje przy kolejnym mega numerze „the fly”. ale znow robi sie ciemnawo. nadszedl czas na kolejny Naj klasyk, o ktorego juz wielu sie obawialo, ze nie zabrzmi tego dnia – „with or without you”. jest pieknie. za pieknie by to byl koniec. wiec chyba ponowny powrot na scene jest formalnoscia. „all because of you”, „yahweh” i znow „vertigo”, tym razem juz z wizualizacja, ktora nie wyszlaby tak okazale jak przy pierwszym wykonaniu, gdy jeszcze bylo jasnawo. zespol sie klania, widzimy napis „the end”.
a jednak… a przeciez mogloby tyle numerow wybrzmiec… w koncu to zespol, ktory jak malo ktory ma z czego wybierac. ale nie ma co narzekac.
GENIALNY koncert, ktory byl ewidentnie wart swej ceny. wart meczenia sie w pociagu, wart zniszzczonego gardla i pluc, z ktorymi mam obecnie przyjemnosc sie mierzyc. i wart lezenia na syfnym dworcu w oczekiwaniu na pociag. gwiazdy rocka? komercja? show? po trzykroc Tak. ale w Najlepszym wydaniu!
najlepszy moment: U2 – NEW YEAR’S DAY
ocena: 10/10, bo tak
