Queens Of The Stone Age
kto: Queens Of The Stone Age, Eagles Of Death Metal
w samo poludnie obywatele lukasz k., anna s. i lehu w. wsiadaja w gdansku glownym do pociagu jadacego do warszawy, po wczesniejszych bezskutecznych probach zlapania tzw autostopa. w pociagu odnajdujac innych obywateli gdanska jak grzegoz z mr. caco czy ania k. jak sie okazalo nie byl to caly sklad delegacji 3miejskiej, ale o tym pozniej. po szczesliwym dotarciu do stolicy znalezlismy sie z noktowizorem i mg, ktorzy postanowili na te dwie noce udzielic nam noclegu, za co jeszcze raz Wielkie, przeogromne Dzieki!! po zameldowaniu sie w ich malym, acz przezajebiscie wyrzadzonym mieszkanku spotkalismy sie z obywatelka warszqwu, acz kiedys gdanska ula w., ktora to byla w posiadaniu naszych biletow. po spozyciu obiadku i browarkow nadszedl juz Ten Czas, by udac sie na miejsce, gdzie mialo odbywac sie Swieto.
Stodola. jako ze bylem tam ostatni raz 5 lat temu, wiec byly male trudnosci z dotarciem, ale dalismy rade. wejscie do klubu od 18.30. przybywamy znacznie po 19.00, ale na szczescie nie jestesmy stratni. jeszcze wszyscy stoja w dosyc sporych rozmiarow kolejce. stodola? nie zmienila sie. to dalej ta sama rudera, nie tyle co paskudna (gdanska Radiostacja czy Ucho nie wygladaja z zewnatrz tez jakos specjalnie ladnie), co kiczowata. jakies pstrokate kolorki i w ogole… na szczescie wewnatrz wyglada to o wiele lepiej. sama sala wewnatrz tez nie jest specjalnie wielka, ale nie mam porownania do zagranicznych klubow. byc moze wiec nie mamy sie czego wstydzic. chociaz zal troche, ze w takich okolicznosciach niezwykle rzadko w 3miescie zalapujemy sie na wystepy gwiazd tego formatu. mysle, ze rownie dobrze moznaby ugoscic qotsa w Uchu czy Stoczni Gdanskiej… ale dobra, koniec narzekania. publicznosc? roznorodna. nie ma jakos specjalnie czarnej braci, jak na koncercie slipknota, no ale w sumie to troche inna bajka muzyczna. tutaj mielismy do czyennia z rockmenami ino. no dodatek czesto z tymi najstarszymi. przyznam, troche dziwil widok 40letnich panow. rozumiem gdyby to byl koncert deep purple, black sabbath, nawet pearl jam. ale nie przypominam sobie, by kyuss cieszyl sie w naszym kraju jakas szczegolna estyma wsrod ludzi ze starszych rocznikow. zas qotsa to juz raczej nowsza rzecz, na dodatek niezbyt powszechnie popularna. moze to byly Niezwykle Zorientowane w Muzyce Dziadki? chuj wie. wazne, ze w sumie cieszyla taka roznorodnosc wieku na koncercie. ostatecznie dalo sie tez przyuwazyc dosyc duza reprezentacje 3miasta, czesto tej regularnie widywanej w orbitalu. jak rowniez chociazby pana z Milczenia Owiec. jak sie okazalo rowniez, nagromadzilo sie dosyc sporo Vipow. ja przynajmniej przyuwazylem czlonkow Myslovitz, Mietalla z Negatywu, jerry’ego ze starej Radiostacji (w sensie – radia) czy redaktorow koziczynskiego i krolikowskiego z Teraz Rocka. aaa, czy wspomnialem juz o tym, ze bylo full luda? scisk przeogromny, w trakcie koncertu nieraz bylo to powodem przogromnego zjebania klimatu, ktory powodowal duchoty i bliski stan omdlenia. i mysle ze na tym moznaby zakonczyc opisywanie okolicznosci wystepow – czas na meritum. jakos po 20.00 wyszedl na scene support o slodziutko brzmiaecj nazwie The Eagles Of Death Metal. przyznam sie, ze moj kontakt z ich muzyka byl na tyle ograniczony, ze w sumie moznaby ten wystep potraktowac jako pierwszy oficjalny kontakt z ich muzyka. kontakt jak najbardziej obiecujacy. co tu duzo mowic – bylo pieknie. znow sie okazalo, ze niewiele trzeba, by stworzyc piorunujacego rokendrola. co numer to kapitalne gitary i naprawde wpadajace w ucho melodie, choc nie uragajace inteligencji, jak zwykly to robic „melodie” z mtv. co wiecej, choc z tego co mi wiadomo zespol moze pochwalic sie tylko jedna plytka (o rownie slodkiej nazwie „peace, love and death metal”), to slychac ze to nie debiutancji. i nazwet fakt, ze nie wystapil z nimi grajacyw na plycie na perkusji sam josh homme, niespecjalnie smuci. zamiast niego wystapila niezwykle urodziwa blondynka, jakby zywcem wyjeta z jakiejs zenskiej kapeli punkrockowej. choc nie ona sie okazala Dama Wieczoru, hehehe… z calej czworki w zespole (sklad jak najbardziej wystarczajacy do stworzenia rokendrola – perka, bass, dwie gitary, w tym jedna okupowana przez wokaliste) to wlasnie ona byla obok pana lidera najbardziej wyrozniajaca sie osoba. wlasnie, obok pana lidera… bo nawet gdyby wystepowal sam ten pan to byloby ciekawie. uruchomcie teraz wyobraznie – freddie mercury, ktoremu zawiesil sie kwas na bani. dodajcie do tego glosik pana z the white stripes. i jak sie nudzic podczas wystepu takiego kolesia? zwlaszcza jesli co numer powtarzal sie staly txt: „let’s hear for the ladies! yeaaaaaah!” i wszyscy krzyczeli „yeaaaaah!”. a potem „let’s hear for the rockandroll! yeaaah!” na co nie mogla byc inna odpowiedz publiki niz „yeaaah!”. dopiero na koncu wyskoczyl z zupelnie czyms innym. „let’s hear for the queens of the stone age! yeaaah!!”. jestem od niedzieli ich fanem 🙂 i naprawde cieszy, ze nie dali, z calym szacunkiem dla rodzimych kapel, jakiegos lokalnego supportu. no chyba ze bylby i lokalny support i the eagles. ale kto wykazalby sie taka cierpliwoscia?
no wlasnie. bo choc przyjecie orlow bylo nadzwyczaj dobre, to juz gdy zakonczyli wystep po tych 40 minutach wszyscy czekali juz tylko na jedna kapele. po 21.00 gdy skonczyla sie plyta majaca umilic czas w oczekiwaniu, a zaczela przygrywac jakas chora melodia, nie bylo watpliwosci ze zaczyna sie Cos Wielkiego. wychodza na scene. za perkusja joey castillo. moj osobisty bohater tego wieczoru. perkusja byla GE-NIAL-NA !!! to co wyprawial ten facet to potega!! jednoczesnie silowo i z finezja. no po prostu miazga. taki burn the witch wlasnie dzieki jego umiejetnosciom zabrzmial tak ze o malo co kapcie nie pospadaly! miszcz!! za klawiszami pani natasha shneider, ktora jak juz wczesniej wspomnialem odebrala perkusistce EODM miano Damy Wieczoru. tez slicznie wywiajala za tymi klawiszami, hehehe. na gitarze drugiej, ubrany elegancko w krawacik pan ktorego mozemy tez kojarzyc z a perfect circle – troy van leeuwen. spokojny, stojacy z boczku, maxymalne niemal skupienie. po jego lewej stronie, a dla nas jakos na srodku sceny dan druff. w czapeczce zakrywajacej pol glowy. ruchy bardziej energiczne niz u troy’a. no i po prawej stronie sceny pan lider, legenda stoner rocka, a przy okazji obok castillo jedyny obecny przez caly koncert muzyk (co jakis czas obywalo sie bez troya lub dana, a i natasha znikala). lejdis end dzentelmen, josh homme! chlopak musial byc w szoku. z tego co slyszalem, po wydaniu drugiego albumu, „R”, gdy grali tego samego roku w polsce na koncert przybylo … 600 osob. ale to byly inne czasy. eRka z czasem odniosla oszalamiajacy sukces, a pozycje Gwiazdy Rocka przypieczetowali albumem „songs for the deaf”.a gdy jeszcze dodac tych fanow kyussa, ktorzy z czasem przelozyli swe uwielbienie na qotsa, nie dziwi, ze tym razem pojawilo sie 3 razy wiecej luda. ale w koncu nie ilosc najwazniejsza, lecz jakosc. ale i tu polska publicznosc, choc to oczywiste w koncu ;), spisala sie na szostke. i to bylo piekne, gdy widac bylo, ze i publicznosc i zespol ciesza sie z tego wieczoru. i jakos chce wierzyc joshowi mowiacemu ze to byl najlepszy jego koncert od 15 lat. widac bylo, ze byl naprawde pod wrazeniem. zreszta, pierwszy raz slyszalem, by zespol zachecal do robienia zdjec. by zespol byl tak nastawiony pozytywnie do publiki. a przeciez mogl odbebnic koncert, ktory i tak bylby Wielkim Wydarzeniem. a temu sie jeszcze zachcialo nie odwalac gwiazdorstwa! 😉 szacunek, josh.
muzyka? no tak, najwazniejsze w koncu 😉 coz, jak to sie mawia – jak u hitchhocka. na poczatek trzesienie ziemi. „go with the flow”!! masakra!! juz publika lata nad glowami, juz wielkie pogo. malo? to co powiecie na to,ze jako drugi numer polecial „feel good hit of the summer”? przeciez takie rzeczy sie na koncu zostawia!! no ale qotsa to nie zespol jednego przeboju, wiec mogli sobie na cos takiego pozwolic. temperature umiejetnie podtrzymal kolejny hicior z „R” – „the lost art of keeping a secret”. potem juz byla mieszanka. oczywiscie z nastawieniem na ostatni wytwor zespolu czyli „lullabies to paralyze”. album dosyc kontrowersyjny, wzbudzajacy przerozne opinie. nie ukrywam, ze nie jest i chyba nie bedzie (czyli po prostu – srednio mnie przekonal) to moj ulubiony album. ale paradoksalnie koncowka koncertu, gdy juz pojechali niemal tylko na piosenkach z tego labumu zrobila na mnie najwieksze wrazenie. tak gdzies od „litlle sister” i „burn the witch”. wczesniej byla to ekstaza kontrolowana, momentami wymygajaca sie spod kontroli „zwlaszcza przy „avon” i „monster in the parasol”. przy „burn the witch” castillo zrobil paraliz mego mozgu, ktory sie utrzymal do samiuskiego konca. a jak jeszcze wyskoczyli z moim ukochanym „if only” to juz znalazlem sie na rekach publicznosci… a myslalem ze nie uslysze tego numeru. ze pozostanie on „tylko moj”. moze wiedzieli o tym i zrobili mi niespodziewanke. glupie, ale chce w to wierzyc 😉 od tego czasu slucham tylko tego numeru. nagle zespol dziekuje i znika. ale chyba tylko naiwni uwierzyli ze to koniec. wiec wracaja na 3piosenkowy bis, uwzgledniajacy genialna „mexicole” i znow znikaja. tym razem mozna bylo pomyslec ze naprawde juz nastapil koniec. niemniej czekamy, w miedzyczasie skandujac nazwe zespolu i klaszczac. wracaja. josh dedykuje numer tylko dla nas. wiemy o co chodzi? wiemy. „no one knows”. i koniec. zapalaja sie swiatla, wychodzimy w szoku.
bo to byl Wielki Koncert. uwierzcie, choc wiem ze naduzywam tego typu okreslen. ale wierze, ze ktos potwierdzi. ze koncert byl conajmniej w skali od 1 do 10 na 9. albo na 9,5. a moze na 9,99? nie dam 10, bo jednak wciaz wierze, ze nick oliveri wroci… no i „regular johna” nie bylo. i choc wg mnie naglosnienie bylo zajebiste (rowniez przy EODM), to moze moglo byc jeszcze lepsze? ale wybrzydzam.
najlepszy moment: QUEENS OF THE STONE AGE – NO ONE KNOWS
ocena: 9/10
