rageman.pl
Muzyka

Queens Of The Stone Age

gdzie: Stodoła, Warszawa

kto: Queens Of The Stone Age, Eagles Of Death Metal

 

W samo południe wsiedliśmy w Gdańsku Głównym do pociągu jadącego do Warszawy, po wcześniejszych bezskutecznych próbach łapania autostopu. Po szczęśliwym dotarciu do stolicy trafiliśmy do Noktowizora i MG, którzy postanowili udzielić nam noclegu na te dwie noce — za co jeszcze raz wielkie, przeogromne dzięki. Po zameldowaniu się w ich małym, acz przezajebiście urządzonym mieszkanku, spożyciu obiadku i kilku browarków nadszedł Ten Czas. Czas, by udać się do miejsca, gdzie miało odbyć się Święto.

Stodoła.

Byłem tam ostatni raz pięć lat temu, więc pojawiły się małe problemy z dotarciem, ale daliśmy radę. Wejście do klubu od 18:30, my docieramy już po 19:00, ale na szczęście nie jesteśmy stratni — wszyscy nadal stoją w sporych rozmiarów kolejce.

Stodoła się nie zmieniła. To dalej ta sama rudera. Nie tyle paskudna — bo przecież gdańska Radiostacja czy Ucho z zewnątrz też nie wyglądają specjalnie pięknie — co po prostu kiczowata. Jakieś pstrokate kolorki i tak dalej. Na szczęście wewnątrz wygląda to znacznie lepiej.

Sama sala też nie jest specjalnie wielka, choć nie mam porównania do zagranicznych klubów, więc może nie mamy się czego wstydzić. Trochę szkoda tylko, że w takich okolicznościach niezwykle rzadko w Trójmieście trafiają się koncerty gwiazd tego formatu. Myślę, że równie dobrze można by ugościć QOTSA w Uchu czy nawet Stoczni Gdańskiej. Ale dobra, koniec narzekania.

Publiczność? Różnorodna. Nie było specjalnie dużo „czarnej braci” jak na Slipknocie, ale to jednak trochę inna bajka muzyczna. Tutaj dominowali rockmani. I to często ci starsi. Przyznam, że trochę dziwił widok czterdziestoletnich gości. Rozumiem Deep Purple, Black Sabbath czy nawet Pearl Jam, ale nie przypominam sobie, by Kyuss cieszył się w Polsce aż takim kultem wśród starszych roczników. A QOTSA to przecież raczej nowsza rzecz i do tego niezbyt mainstreamowa. Może to były Niezwykle Zorientowane w Muzyce Dziadki? Chuj wie. Ważne, że taka różnorodność wieku bardzo cieszyła.

Było też pełno ludzi. Ścisk przeogromny. Momentami aż zbyt bardzo — duchota potrafiła skutecznie zabić klimat i doprowadzić człowieka niemal do omdlenia. Ale dobra. Koniec opisywania okoliczności. Czas na meritum.

Jakoś po 20:00 na scenę wyszedł support o przesłodkiej nazwie The Eagles Of Death Metal. Mój kontakt z ich muzyką był wcześniej właściwie żaden, więc można potraktować ten występ jako pierwszy oficjalny kontakt. I kontakt jak najbardziej obiecujący.

Co tu dużo mówić — było pięknie.

Po raz kolejny okazało się, że niewiele trzeba, by stworzyć piorunującego rock’n’rolla. Kapitalne gitary, wpadające w ucho melodie, ale bez tej mtv-owskiej debilnej plastikowości. Choć zespół miał wtedy na koncie tylko jedną płytę — „Peace, Love & Death Metal” — było słychać, że to nie są debiutanci.

Nawet brak Josha Homme’a za perkusją specjalnie nie bolał. Zastąpiła go przeurocza blondynka wyglądająca, jakby uciekła z jakiejś żeńskiej kapeli punkrockowej. Chociaż i tak największą uwagę przyciągał frontman.

Uruchomcie wyobraźnię: Freddie Mercury, któremu zawiesił się kwas na bani. Do tego głosik kolesia z The White Stripes. I jak tu się nudzić?

Zwłaszcza kiedy po każdym numerze leciało:
„Let’s hear for the ladies! Yeeeeeah!”
a publika odpowiadała:
„Yeeeeah!”

Potem:
„Let’s hear for the rock’n’roll! Yeeeeeah!”

A na końcu:
„Let’s hear for Queens Of The Stone Age!”

Od niedzieli jestem ich fanem.

I naprawdę dobrze, że nie wrzucili jakiegoś przypadkowego lokalnego supportu. Choć z drugiej strony — kto miałby cierpliwość do dwóch supportów przed QOTSA?

Bo choć Eaglesi zostali przyjęci znakomicie, to po tych czterdziestu minutach wszyscy czekali już tylko na jedno.

Po 21:00 skończyła się muzyka puszczana z głośników i zaczęła przygrywać jakaś chora melodia. Nie było wątpliwości — zaczynało się Coś Wielkiego.

Wychodzą. Za perkusją Joey Castillo — mój osobisty bohater tego wieczoru. GE-NIAL-NY. To, co wyprawiał ten facet, to była potęga. Jednocześnie siłowo i z finezją. Absolutna miazga. „Burn The Witch” właśnie dzięki niemu zabrzmiało tak, że prawie kapcie pospadały. Za klawiszami Natasha Shneider — i to ona ostatecznie zgarnęła tytuł Damy Wieczoru. Na drugiej gitarze Troy Van Leeuwen, elegancko ubrany w krawacik, spokojny, skupiony niemal do granic możliwości. Obok niego Dan Druff — znacznie bardziej ruchliwy. No i po prawej stronie sceny on.Josh Homme. Legenda stoner rocka.

Gość chyba naprawdę był w szoku. Po wydaniu „R” grali w Polsce dla sześciuset osób. Ale potem przyszło „Songs For The Deaf”, przyszła pozycja wielkiej rockowej gwiazdy, przyszli dawni fani Kyussa — i nagle okazało się, że Stodoła pęka w szwach.

Ale najważniejsze było coś innego. Atmosfera. Widziało się, że zarówno publika, jak i zespół autentycznie cieszą się tym wieczorem. I serio chce mi się wierzyć Joshowi, kiedy mówił, że to był jeden z najlepszych koncertów od lat. Pierwszy raz widziałem też zespół, który zachęca ludzi do robienia zdjęć i jest tak pozytywnie nastawiony do publiki. Przecież mogli po prostu odbębnić koncert, który i tak byłby Wielkim Wydarzeniem. Ale nie. Temu jeszcze chciało się nie odwalać gwiazdorstwa. Szacunek, Josh.

Muzyka? No tak, najważniejsze. Jak u Hitchcocka — zaczęli od trzęsienia ziemi. „Go With The Flow”. Masakra. Ludzie od razu latają nad głowami, pogo rusza na pełnej. Mało? To jako drugi numer dostajemy „Feel Good Hit Of The Summer”. Przecież takie rzeczy zostawia się na finał.

Ale QOTSA to nie zespół jednego numeru. Temperaturę podtrzymał „The Lost Art Of Keeping A Secret”, a później zaczęła się mieszanka z wyraźnym naciskiem na „Lullabies To Paralyze”. Album kontrowersyjny i do dziś niespecjalnie przeze mnie ukochany, ale paradoksalnie to właśnie końcówka koncertu oparta głównie na tym materiale zrobiła na mnie największe wrażenie. Od „Little Sister” i „Burn The Witch” zaczęła się już totalna ekstaza. Wcześniej była kontrolowana. Potem wszystko wymknęło się spod kontroli. A kiedy zagrali „If Only”, mój ukochany numer, wylądowałem na rękach publiki. Naprawdę myślałem, że tego nie usłyszę. Że to będzie „tylko mój” kawałek. Głupie, ale chciałem wierzyć, że zagrali go specjalnie dla mnie.

Zespół schodzi. Wraca na trzyutworowy bis z genialnym „Mexicolą”. Schodzi znowu. Tym razem można było pomyśleć, że to już naprawdę koniec. Ale czekamy dalej. Skandowanie nazwy zespołu, oklaski. Wracają. Josh mówi, że ostatni numer jest tylko dla nas. Wiemy jaki. „No One Knows”. Koniec. Światła się zapalają. Wychodzimy w szoku.

Bo to był Wielki Koncert. Wiem, że nadużywam takich określeń, ale serio — to było minimum 9/10. Może 9,5. Może 9,99. Dziesiątki nie dam, bo wciąż wierzę, że Nick Oliveri wróci. No i nie było „Regular John”. Choć to już naprawdę czepianie się szczegółów.

najlepszy moment: QUEENS OF THE STONE AGE – NO ONE KNOWS

ocena: 9/10