rageman.pl
Muzyka

Slipknot

gdzie: Stodoła, Warszawa

kto: Slipknot, The Dillinger Escape Plan

foto: nowakowski.art.pl

 

no, to czas na druga relacje. miala byc juz wczoraj wieczorem, ale nie wyszlo bo nie wyszlo. a chcialbym jakos spisac na hmmm papier to co dane mi bylo przezyc w poniedzialkowy wieczor. wiec od samego poczatku. poniedzialkowy dzien to bylo kontemplacja stolicy wespol z anna az do godziny 18.00, kiedy kazdy poszedl w swoja strone. spychacz sie na muzyce nie zna, nie chcial isc na slipknota 😉 ja sie znam, dlatego juz kolo 18.30 pojawilem sie ponownie pod Stodola. klub sie nie zmienil od niedzieli, za to dosyc inna publika byla. najkrocej ujmujac – czarna brac. od tej z elementami numetalowymi hehehe, az po tru blek metali. a pomiedzy nimi jednostki wyrozniajace sie wiekiem – czy to starszym (w zdecydowanej mniejszosci), czy to mocno podstawowkowym (wiekszosc hehehe). jesli juz jestesmy przy publice, to tym razem poza jerrym z radiostacji (drugi dzien z rzedu) zadnych vipow nie przyuwazylem. ze znajomych ryjkow to tylko kolezanke z MAIstra i potocznom. moze juz zdazyli nas przyzwyczaic do swoich koncertow w polsce? badz co badz to juz trzeci koncert w polsce, choc po raz pierwszy w warszawie. no i moj pierwszy koncert slipa. tym bardziej bylem ciekaw. opis publicznosci zakoncze optymistycznym stwierdzenem – znow byl komplet w stodole. co cieszy. chociaz nieraz dawalo sie to negatywnie we znaki… ale po kolei. do godziny 20.00 zapalone swiatla, publicznosc zniecierpliwiona wymysla coraz to nowe hasla do skanowania. od tych „typowych” jak „kurwa mac, slipknot grac”, az po bardziej wymyslne – „fuck limp bizkit”. a pewnym momencie zaczynaja ni stad ni zowad spiewac… melodie z pszczolki mai. hymn polskiego oddzialu maggotsow czy jak? w koncu niemal punktualnie o 20.00 gasna swiatla i pojawia sie support. zespol, na koncert ktorego przyszla spora gromada ludzi. dziwne, ale naprawde slyszalem glosy tych fanow, ktorzy po koncercie mieli ochote isc do domu zlewajac to co zaprezentuje slipknot. o kim mowa? DILLINGER ESCAPE PLAN. zespol, ktory moglby sam zapelnic niejedna sale koncertowa. i dalej mnie zastanawia jak oni sie znalezli w tym miejscu tego dnia. badz co badz to niemal zupelnie inna bajka muzyczna. i wydaje mi sie ze bardziej pasowaliby do grajacej dzien pozniej w tym miejscu The Mars Volty. i nie chodzi o ciezar muzyki – w tym przypadku moga stanac w szranki ze slipknotem swoja piorunujaca mieszanka metalu, harcore’a, jazzu i innych zakreconych dzwiekow. chodzi o cos co jak ladnie okreslil kolega noktowizor – „inteligencje muzyczna”. nie ukrywajmy – slipknot to pomimo calego tempa, brutalnosci itepe nie jest zespolem, ktorego muzyka wymaga specjalnego skupienia. co innego dillinger. widzialem po minach niektorych ze nie do konca skumali to co oni proponuja. choc przyjecie mimo wszystko bylo nadzwyczaj dobre i wielu ludzi skandowalo jeszcze po koncercie ich nazwe. sprobowaliby tego nie zrobic! daleki jestem od stwierdzenia, ze na DEP moglby sie ten wieczor skonczyc, ale fakt faktem ze byl to genialny wystep. nie jestem dobry w szufladkowaniu wiec posluze sie takim opisem – bierzecie jakis genialny numer metalowy, przyspieszacie jego tempo do poziomu, przy ktorym niejedno wrazliwe ucho mogloby wysiasc, dodajecie do tego opetanczy krzyk wokalisty. by bylo smieszniej, przeplatacie to wstawkami niczym wyjete z jazzu, yassu czy czegokolwiek z tych klimatow. a jeszcze konkretniej: CZYSTA CHOROBA. a to wszystko generowane przez 5 ludkow o fizjonomii totalnie nie wyrozniajacej ich z tlumu. jakze ciekawy kontrast do zamaskowanych 9 ludkow z Iowy. i jeszcze jedno: zachowanie. nie jest niczym nowym by wokalista tak sie miotal na scenie, czesto mozna spotkac to chocby na koncertach hc. ale jak zyje, nie widzialem by wioslowi tak szaleli! czasem szczytem ekspresji w przypadku tych czlonkow zespolow jest energiczne obracanie sie wokol wlasneij osi pionowej. ale nie widzialem jeszcze by gitarzysci do tego stopnia szaleli, by jeden o malo co wioslem nie wybil zebow drugiemu. albo co powiecie na robienie z gitary hula hoop? i co ciekawsze – takie zachowanie nie dziwilo. muzyka absolutnie to zachowanie tlumaczyla. bo przy koncercie bluesowym mogloby to dziwic. ale przy tak zmasowanym ataku dzwiekow nie mogla ustac ani publicznosc ani muzycy. genialny koncert. i tylko skandalem wydaje sie, ze tral on niecale pol godziny… dillingerze, czekamy na powrot do polski, juz w charakterze gwiazdy! osobiscie zorganizuje Wam koncert w 3miescie! znow zapalaja sie swiatla. i to na dlugo, bo ponad pol godziny. ale jest to wytlumaczone pol godziny, bo oto na scenie odbywa sie wielkie przemeblowanie. w niedziele scenografii w ogole nie bylo, przy DEP tez nie, za to tutaj mamy jjej az nadto. tyl sceny: na srodku wielka perkusja, po ktorych stronach mamy i instrumenty perkusyjne i didzejke. bardziej wysuniete do przodu, po samych bokach sceny dwa wielkie pentagramy hehehehe. no i z przodu jeszcze jeden zestaw perkusyjny. a konkretniej beczki przemyslowe czy jak to tam sie zwie 😉 przynajmniej tak to wygladalo z tego miejsca w ktorym stalem. i niestety z kazda chwila koncertu znajdowalem sie coraz dalej sceny. a to dlatego, ze gdy zgasly swiatla i zaczely dobiegac z glosnikow pierwsze dzwieki rozpoczal sie armageddon. mysle ze gdybym pozostal w tym miejscu z ktorego zaczynalem kontemplacje koncertu moznaby mnie zbierac z podlogi. chyba musze popracowac nad sylwetka przed kolejnym takim koncertem hehehe. w kazdym badz razie… bylo grubo. byla rzeznia, ale bylo tez troche wystudiowane show. i nie chodzi o maski, do tego sie przyzwyczailismy. ale te zapowiedzi coreya i txty miedzy piosenkami wydawaly mi sie troche wystudiowane i nie do konca szczere. a moze przesadzam? zwlaszcza ze jednak chyba wieksozsci to nie przeszkadzalo. do czego by tu jeszcze sie przyczepic… 😉 a, no tak, clowna nie bylo. czyli problemy rodzinne o ktorych mozna bylo poczytac chocby na cgm’ie to prawda. czyli widzielismy 8/9 slipknota. musza szybko wrocic w pelnym skladzie 😀 a teraz plusy. byly numery z Iowy, mojej ulubionej plytki, i to w duzej ilosci! szkoda tylko ze nie wszystkie te ktorych bym zapragnal. bo choc zaczeli od kawalkow z nowej plyty, to wrocili do starosci. w tym „disasterpiece”. a niedlugo potem do singlowego „left behind”. ale najlepsze zaczelo sie w polowie koncertu. tak od wysokosci „everything ends”. zaraz po nim niemal hymn maggotsow – „heretic anthem”. i cala sala skandujaca „if you’re 555, then i’m 666”. proste, ale jakze urocze 🙂 ale podtrzymuja chlopaki umiejetnie temperature, bo oto nadchodzi genialny „duality” z ostatniej plyciawy „vol.3” (z dedykacja dla Wielkiego Nieobecnego czlonka zespolu). malo? to dobijaja jeszcze pierwszym przebojem – „spit it out”. z niesmiertelnym jumpdafuckup, gdy wszscy kucaja i na haslo wokalisty zaczynaja skakac. wierzcie, to wyglada zajebiscie z boku. ale dalej temperature podtrzymuja skubancy. powrot do „Iowy”, do kolejnego nieoficjalnego hiciora – „people=shit”. uhhhh… i tym konczy sie koncert. konczy? nie moze byc. to oczyiste bylo ze wroca. i znow dobija. tym razem z wiazanka hiciorow z debiutu. „wait and bleed” musial byc. cala sala spiewa. ale mnie najbardziej rozjebal absolutnie ostatni „surfacing”. miszcz. najlepszy. kapitalne. kurde, chce znow isc na ten koncert! ale po koncercie nie bylem tak entuzjastycznie nastawiony. bo jednak warunki w jakich to sie odbywalo przeszkadzaly. to naturalne ze sie ludzie poca, bawia, ruszaja, rzucaja. ale jednak ktos, kto az tak wielkim fanem nie jest i chcial tylko posluchac i pogibac sie we wlasnym zakresie mogl odczuwac dyskomfort. szkoda. by jednak nie bylo- absolutnie nie zaluje tych 110 zlotych i bez wahania wydalbym je ponownie. tak samo pewnie jak ten rzadek rodzicow nastoletnich maggotsow przed stoloda huehuehue…

 

najlepszy moment: SLIPKNOT – SURFACING

ocena: 8/10 

Leave a Reply