Die Toten Hosen
gdzie: Centrum Stocznia Gdańska, Gdańsk
kto: Die Toten Hosen, AEFDE, Bilety Do Kontroli
Dla takich koncertów warto żyć, warto skąpić grosza na alkohol i narkotyki, by zakupić bilet. Mega.
Dotarcie na miejsce koncertu stanowiło niemały problem. Nowa miejscówka, ciężko trafić. Na dodatek Centrum Stocznia Gdańska, jak nazwa wskazuje, ma coś wspólnego ze Stocznią Gdańską. A jeśli ma coś wspólnego ze Stocznią, to ma i z Nowym Portem. Czyli niewesoło. Zatem krążymy po tym Nowym Porcie, kierowani przez tych również zmierzających na koncert. I co ciekawe, byli to niemal sami Niemcy którzy, jak się okazało później, stanowili całkiem sporą częścią publiczności. W sumie mili ludzie, dało się nawet z nimi pogadać. Wracając do sedna, to jakoś po 20.00 udaje się dotrzeć na miejsce. Znalezienie wejścia do środka też zresztą graniczyło z cudem. Słabo, jak na obiekt pretendujący do miana przystanku koncertowego na trasach zagranicznych wykonawców. Na dodatek w środku było niewiele lepiej. Objętość Hali Olivii, czyli do np. Spodka nie ma porównania. Co gorsza, mimo braku lodowiska, równie zimno jak w Hali Olivii. Co o tyle przeszkadzało, bo nie odnotowano tego dnia tłumów, które mogły by podwyższyć temperaturę. Na plus poczytuję to, że cały minimalizm wystroju tworzył lekko industrialny klimat. Generalnie obiekt można by podzielić na trzy części. Pierwsza, witającej od wejścia do środka, to szatnia. Po dłuższym wyczekiwaniu w kolejce przechodzimy do drugiej części obiektu, którą od biedy można by nazwać pubem. Po jednej stronie dlugaśny barek, a po drugiej stoliki. No i trzecia część, największa, czyli sala koncertowa. Scena średnio duża, powiedzmy że wielkości tej w warszawskiej Stodole. Niby można ugościć gwiazdę z Zachodu, ale chwalić się też nie ma specjalnie czym. Słaby jestem w szacowaniu pojemności, ale tutaj dałbym max tysiąc osób. Niemniej dzisiaj problemów ze znalezieniem miejsca nie było, co jednak trochę dziwi, bo Die Toten Hosen to zespół który może być kojarzony nawet przez gospodynie domowe. Choć takowe się niestety nie zjawiły. Była za to chmara punkowców i to różnych odmian. Od tych czujących rokendrola już po usłyszeniu The Offspring po tych, co mogli pamiętać Die Toten Hosen z czasów koncertowania po Polsce za głębokiej komuny. Tych drugich było chyba nawet więcej – w życiu nie widziałem tak wysokiej średniej wieku na koncercie. Tyle słowem wstępu i wyjaśnienia okoliczności, czas na meritum.
Gdy przybyłem na miejsce to już produkował się pierwszy support, Bilety Do Kontroli. Przyznaję, pierwszy raz o nich słyszałem. Skłamałbym jednak mówiąc że żałuję, w jakiej to ja nieświadomości żyłem. Prymitywny jak „Bar” na Polsacie punk rock tworzony przez bodajże czterech kolesi. Wystarczyło mi w zupełności oglądanie z daleka. Charakterystyczny dla większości wokalistów na scenie HC chodzenie/bieganie po scenie, momentami bardziej zapadające w pamięć motywy. Generalnie jednak – ja nie skumałem. Nie mogę powiedzieć, by wymęczyli – w półgodzinna dawka w zupełności wystarczyła.
Parosekundowa przerwa techniczna i na scenę ładuje się drugi support w postaci AEFDE. Na dobrą sprawę można podsumować ich dokładnie tak samo jak pierwszy zespół. Może na tyle bardziej (choć niewiele bardziej) zaintrygowali, że postanowiłem im się przyjrzeć z bliska. Tym razem zamiast pełnoprawnego śpiewaka partie wokalne podzielone były na dwóch (może nawet trzech) panów od instrumentów wiosłowych. Set również około półgodzinny, więc nie cierpiałem katuszy, choć w międzyczasie żałowałem, że nie dane było nam zobaczyć Farben Lehre. Warszawa i Rzeszów mieli ich jako support, czemu więc nie Gdańsk?
Set supportów zakończył się trochę po 21.00. Czyli co, po 22.00 będziemy już się zwijać na chatę? Prawie godzinna przerwa techniczna sprawiła że nie było tak źle. Około 21.50 gasną światła i w delikatnym oświetleniu reflektorów pojawiają się Oni – Martwe Spodnie. Bez zbędnych ceregieli, dali do pieca już od pierwszego numeru. Ile poweru w tych kolesiach drzemie! Niby już w sędziwym wieku jak na wykonawcę rockowego (Rolling Stonesów, zatkajcie uszy), a proszę. Choć warto wspomnieć, ze nie o sam wigor chodzi, bo takowy i po viagrze można uzyskać. Chodzi o tę genialną miksturę talentu, energii i umiejętności, która zachwyciła zarówno zebranych w Stoczni, jak i w pozostałych miastach Polski i świata, i zapewne będzie też zachwycać jeszcze przez parę dobrych lat. A już konkretniej… choć w sumie co tu można powiedzieć? Dwóch gitarzystów, w tym gatunku to nie mają być klony Satrianiego czy Vai’a, tylko prowokować do ruchu. Tak samo sekcja rytmiczna – w tej stylistyce musi być dobra, i tu nie było wyjątku. Choć nie ma co ukrywać, większość spojrzeć skupiał na sobie lider zespołu, Campino. Jeden z najlepszych wokali punkowych – może nie brzmi to jak wysoko zawieszona poprzeczka, ale on na pewno do niej dobija. Na dodatek jest to gawędziarz jakich mało. Dodatkowo żonglował językami jak szalony – raz to próbuje zakomunikować coś po angielsku, by zaraz zapominać o zasadach sajwor wiwr i zaczyna nawijać po germańsku. A jeszcze co jakiś czas wplata coś po polsku. Choroby psychicznej można było się nabawić. Nie zmienia to jednak faktu, ze kontakt z publiką był na pięć z plusem. A i publika nie pozostawała dłużna. Powiewające flagi z logiem zespołu, wbieganie na scenę. W pewnym momencie dochodzi do czegoś, czego nie spodziewałem się ujrzeć za życia na własne oczy. Wokalista wchodzi na kolumny, pod sobą ma nie tak liczną gromadkę ludzi. Wysokość jakieś cztery metry, może więcej. Campino krzyczy coś po niemiecku i skacze w idealny poziomie na publikę! Ta go na szczęśćie łapie. Czyli to, co widziałem w klipie „Even Flow” Pearl Jamu, nie było fikcją, takie rzeczy są możliwe. I to w Gdańsku, na koncercie gdzie jest może z tysiąc osób. W czasach, gdy w punku jest coraz mniej punku, Joe Strummera i The Clash nie ma, podobnie jak The Ramones, a Sex Pistols prowokują tylko by ich wymazać z pamięci, nie można być wobec Campino & Co. na nie. Szacuken człowieku.
Muzycznie? Oczywiście od groma przebojów. Nawet nie znając tych numerów nie sposób się było nie bawić przy tych ujmujących punkowych killerach, z mile łechczącym uszy językiem niemieckim. Jakże inaczej on brzmi u DTH, a jak u takiego Rammsteina! Dla mnie jednak najpiękniejszym momentem tego wieczoru, podobnie jak całej dyskografii Niemców (choć tu kilka kontrkandydatów jest) był anglojęzyczny „Pushed Again”. Coś niesamowitego wydarzyło się w jego trakcie – dziesiątki tak różnych od siebie ludzi, wyśpiewujących całą swą mocą słowa przeciwko przemocy i nietolerancji. Warto było tego doświadczyć. Zabrakło za to innego mojego cichego faworyta, jednego z najpiękniejszych numerów ever – „Nur zu Besuch”. Zdaję sobie sprawę, że to nie był zbytnio czas na tego typu numery… Bardzo miłe dla ucha były covery. Zagrany gdzieś na początku „Song 2” autorstwa Blur to numer skrojony pod DTH. Wykonanie „Guns of Brixton” The Clash nie miało tyle jaja co w oryginale, ale nie było tak źle. No i jeszcze to, czego wszyscy oczekiwali, czyli piosenka o Jagermaisterach oraz cover Ich Troje „A Wszystko To… (Bo Ciebie Kocham”)… Przed odegraniem tego drugiego padły przeprosiny od Campino. Dwukrotne (łącznie chyba z pół godziny) bisy składały się już samych klasyków i to dość prehistorycznych. Np. „Kalinka”, której zupełnie się nie spodziewałem.
Ostro się rozpisałem, co świadczy o tym, że naprawdę jest tu o czym pisać. Mega koncert!
najlepszy moment: DIE TOTEN HOSEN – PUSHED AGAIN
ocena: 7,5/10