Wesele
reżyseria: Wojtek Smarzowski
Przyjęło się, że od czasu do czasu trzeba się wybrać do kina. Kinomanem nie jestem, zatem wystarczy mi wizyta raz na miesiąc, aby nie wypaść tak totalnie z obiegu. A skoro to tak rzadkie wizyty, trzeba wybierać filmy przewidywalnie dobre i/lub ważne. Tym razem padło na „Wesele” – a że to film polski, tym milej wspierać lokalną kinematografię. Jeszcze milej, ze wybór okazał się trafiony.
„Wesele” zostało nakręcone przez Wojtka Smarzowskiego, który wcześniej zrobił „Małżowinę” z Marcinem Świetlickim, teraz zaś debiutuje w mainstreamie. I robi to udanie, już zdołał zrobić zamieszanie na festiwalu w Gdyni. Mogę powiedzieć, że słusznie. Całość zaczyna się w miarę niepozornie: oto jesteśmy w kościele na ceremonii ślubnej w małym miasteczku, może wsi. Szybko da się dostrzec że coś jest nie tak. Przede wszystkim Panna Młoda ma niezbyt wesołą minę jak na rzekomo najwspanialszy dzień w jej życiu. Ksiądz też wygląda na jakiegoś spryciarza, główny bohater filmu zaś – ojciec panny młodej – stresuje się tylko tym, że jeszcze nie ma typa z samochodem-prezentem dla nowożeńców. Stopniowo robi się coraz mniej wesoło aż do napisów końcowych, po których wychodzi się z kina w zadumie i przygnębieniu.
Tak, z czystym sumieniem stwierdzam, że jest to jeden z najbardziej przygnębiających filmów jakie widziałem. To nie jest Polska w krzywym zwierciadle, to jest po prostu dokładnie ta Polska jaką widać w lustrze. Może nie dokładnie ta, jaką można zobaczyć przez okno w Gdańsku, ale im dalej w Polskę B C i dalej, tym bardziej znajome będą obrazki pokazane w filmie. Choć pewne przywary ukazane w filmie są dość uniwersalne, wszak na całym świecie goni się aktualnie za pieniądzem. W głównej mierze jest to wstydliwa wizytówka Polski – buractwo, udawanie bogatszego nim się jest, skłonność do bójki, plotkowania, zabobonów. To widać także mieszkając w Gdańsku. Tym smutniejsze to wszystko gdy się przypomni sobie, że to samo Wyspiański opisywał w swoim Weselu. Nic się przez te sto lat nie zmieniło… tylko okoliczności. Dlatego mam mieszane uczucia w kwestii pokazywania tego filmu za granicą. Pod względem artystycznym nie ma czego się wstydzić, film zrobiony na poziomie. Ale jak już się rzekło, jest to niezwykle paskudny obraz naszego kraju. Inna sprawa, że może to być też niekoniecznie zrozumiane za granica.
Jeśli zaś o szczegóły chodzi… Obyło się bez wielkich nazwisk. Nie ma Pazury, nie ma Kondrata, nie ma Lindy. I bardzo dobrze. Są za to mniej znane twarze kojarzone m.in. z seriali. I tak mamy Jakubika z „13-ego posterunku” (ten co miał rękę z żelastwa) grającego zapijaczonego urzędasa. Element tak humorystyczny, jak i tragiczny. Mamy Bartłomieja Topę czyli Zenka ze „Złotopolskich”, tu grającego Pana Młodego. Postać tak żałosna, że aż wzbudzająca litość. I tylko ją. Mamy Pawła Wilczaka, czyli męska połowę duetu tytułowego z „Kasi i Tomka”. Na TVN’ie wyglądający jak obiekt westchnień, tutaj grającego zupełne przeciwieństwo. Można przylizać włosy do przodu, postawić uszy i wyglądać już jak typowy wieśniak. Ale aby przekonująco zagrać tego wieśniaka, przeradzającego się w bandytę, to już jest aktorski kunszt. Mamy Macieja Stuhra jako kamerzystę, który wprawdzie wiele do zagrania nie miał, ale odgrywa znaczącą rolę w historii. Wspomnę przy okazji, że zastosowano dość ciekawy zabieg w kontekście roli Stuhra. Otóż podczas gdy kamera filmowa, przynajmniej na początku, pokazuje w miarę idylliczny obrazek, kamera bohatera Stuhra rejestruje wypowiedzi gości, dzięki czemu można zobaczyć ten sam ślub w zupełnie innym, prawdziwszym świetle. Kapitalny patent.
No i główna rola – ojca Panny Młodej, zarazem organizatora całego wesela. Rola naprawdę oscarowa, ujmująca esencję tego brzydszego oblicza polskości. Przez dłuższy czas funkcjonująca w mej głowie jako ewidentnie negatywna, by na koniec dojść do wniosku, że ta postać to po prostu typowy przegryw. Z jednej strony wzbudzający odrazę, z drugiej wywołujący litość. I taka też jest reszta bohaterów w filmie – każdy w mniejszy lub większy sposób jest osobnikiem żenującym. Od głównego bohatera, poprzez puszczającą się na lewo i prawo ciotkę, na właścicielce sali kończąc. Ciężko doszukać się pozytywów w fabule, postacie Panny Młodej i Macieja Stuhra to trochę za mało. Może kapela weselna? Kapitalnym pomysłem było obsadzenie idola młodzieży, Tymona Tymańskiego, w roli konferansjera i lidera kapeli. I nie tylko dlatego, że Tymon wzniósł się na wyżyny tą rolą. Ta postać jest tu bardzo potrzebna, przynosi powiew humoru gdy już trzeba przewietrzyć salę. Stan przygnębienia przez calusieńki film byłby niezdrowy. No i dostarcza muzykę – evergreen „Biały Miś” w wykonaniu Tymona jest kapitalny. Aaa, byłbym zapomniał – w kapeli Tymona jest również Jacek Lachowicz ze Ścianki, choć nie wypowiada się niestety ani razu…
Mógłbym pisać kolejne akapity o tym filmie, ale miejsca już brak. Wniosek jest jeden – powstał najlepszy film polski od długieeeeeeego czasu.
najlepszy moment: TYMON DAJE CZADU HEHEHE
ocena: 9/10
