Starsailor – Silence Is Easy
wydawca: EMI
Nie będę ukrywał, że nigdy niespecjalnie siedziało mi takie lajt-gitarowe granie. No, może za wyjątkiem Manic Street Preachers, ale wyjątki potwierdzają regułę. Aż tu nagle pojawia się druga płyta zespołu Starsailor… i bum! Powala!
Bardzo przyjemne granie z UK, rockowe instrumentarium plus orkiestrowe smaczki i akustyczna gitara. A to wszystko podlane zajebistymi, delikatnymi wokalami. Obecnie największe moje odkrycie. Co bym wyróżnił? Płyta zaczyna się kawałkiem „Music Was Saved”, który zapowiada zupełnie inne granie, wręcz… punkowe. Oczywiście bez punkowej ideologii w tekście, ale brzmienie uproszczone, prawie-że-agresywne wyraźnie zainspirowane gatunkiem. Potem już jednak robi się znacznie lżej, aż do utworu tytułowego. Chwytliwa melodia, totalnie pozbawiona zamułki bijącej z części tracków. Przeskakujemy dwa numery dalej, do numeru pt. „Shark Food”. Jak dla mnie najlepszego na płycie. I dalej znów spokojne kawałeczki – miłe, acz nie porywające. I jesteśmy przy kawałku numer 9 – „Four to the Floor”. Multum rzeczy się tu dzieje! Po prostu cos piknego. Następna pieśń – „Born Again”, najdłuższa na albumie, bo aż sześciominutowa. Raczej spokojna rzecz. No i końcówka, czyli „Restless Heart”, w którym praktycznie nic się nie dzieje, poza wokalem Jamesa Walsha.
Piękna, niezobowiązująca płyta. Bez pobudek do bycia Czymś Wielkim, ale na wieczory jak znalazł. A niektóre utwory, jak „Shark Food”, w sam raz także na poranki – tak by dodać energii na resztę dnia.
najlepszy moment: SHARK FOOD
ocena: 7/10

