Meshuggah & The Dillinger Escape Plan
kto: Meshuggah, The Dillinger Escape Plan
Opowiem wam szybciutko o koncercie, który rozpierdolił mnie miesiąc temu. Późno więc piszę, no ale stwierdziłem że jednak muszę o nim opowiedzieć. A lepiej późno niż wcale.
Więc koncert ten to był taki urodzinowy prezent. The fact is, był to pierwszy mój koncert w tym roku. Tak teraz to u mnie wygląda. No ale nevermind. W każdym razie uderzamy do warszawskiej Progresji. Browarowo w PKP, lekka nerwówka przed wyjazdem, ale dojeżdżamy, a nawet docieramy pod Progresję. Dużo ludu. Wręcz zaskakująco dużo. I tak jakoś warszawsko. Znajome geby muzyków Mitch & Mitch, Riverside, Blindead, Fulcrum czy Daymares. Tak, na tym koncercie wręcz wypadało być. Przebijamy się do środka. Pierwsze co uderza po wejściu to klimatyzacja. A konkretnie jej brak. Szoku termicznego nie ma, bo na zewnątrz też najchłodniej nie było, ale jednak już w moim podeszłym wieku takie elementy przeszkadzają. Przynajmniej dopóki nie ma skupienia się na muzyce. Tutaj więc największy diss leci w kierunku Progresji. Poza tym widać, że jest to mekka dla fanów muzyki alternatywnej. Zwłaszcza tej spod znaku Lucyfera i Swarożyca. Co nie musi być wadą. Nie widziałbym tego koncertu w miejscu typu Parlament – porównanie dobre, bo objętościowo to też właśnie te klimaty.
Dobrze, a teraz muzyka. Ominął nas jedyny supporcik (bo M. i DEP. to raczej równorzędne gwiazdy) w postaci Between the Buried and Me. Ponoć niedobrze że tak się stało. Choć z tego co słyszałem przed koncertem, to niespecjalnie ruszyło. Zdania podzielone. Z tego co widziałem jednak to przyjęcie mieli dobre, więc może będzie szansa się zrehabilitować. Czekamy na pierwszą z gwiazd…
Jak wspomniane było, Szwedzi i Amerykanie występują na równych prawach. Ponoć też w trakcie wspólnej trasy wymieniają się kolejnością występów. W Warszawie padło na to, że Meshuggah będzie występować pierwsza. Co uważam za lekką pomyłkę. A to dlatego, bikoz miałem wrażenie (wiecie, wystarczy popatrzeć na koszulki ludzi, nie trzeba nawet wywiadów środowiskowych robić), że to Szwedzi jednak większą publikę zgarnęli. Co nie dziwi – po raz pierwszy w Polsce (przy trzeciej wizycie DEP u nas, w tym drugiej w 2008 roku). No i jednak moim zdaniem bardziej to zasłużona kapela. Staż dłuższy i częściej jednak DEP się porównuje do M, niż odwrotnie. Zresztą, wrażenie moje okazało się słuszne – na DEP było troszkę luźniej pod sceną. Swoją drogą, dawać 100 zł i opuszczać gwiazdę wieczoru? Dziwne. No ale okej.
Mmmkay, teraz już naprawdę będzie o muzyce. Więc jak wspomniałem – na pierwszy ogień poszła Meshuggah. Zespół, na który i ja również czekałem bardziej tego wieczoru. I zapewne będę nieobiektywny, ale to właśnie Szwedzi moim zdaniem bardziej roznieśli Progresję. Choć wizualnie to przy szaleńcach z DEP Meshuggah zaprezentowała się bardzo statecznie. Wszyscy na swoich miejscach, skupieni na grze… Zresztą czego można się było innego spodziewać po kolesiach, którzy sylaby w tekstach podpasowują pod rytm? Math metal niby to w końcu. Choć przy solówkach gitarowych słychać było większą swobodę. Zresztą też kłamstwem byłoby stwierdzenie, że słuchaliśmy płyty odegranej w klubie. Przede wszystkim płyta tak miażdżąco nie brzmi. Przy pierwszych numerach miałem obawy, że akustyk polegnie przy potędze Szwedów. Może potem już przestałem zwracać na to uwagę, albo zrobiło się zwyczajnie lepiej.
Zresztą, nawet jeśli było statycznie ze strony muzyków, to na pewno nie ze strony publiki. Szaleństwo. W końcu musieli zostać docenieni i wreszcie wokalista Kidman nawiązał dialog z publiką. Bez jakichś większych wycieczek personalnych, ale myślę że dało się słyszeć, że im się najzwyczajniej w świecie sztuka podoba. Że jest nadspodziewanie dobrze.
Setlista? Oczywiście promowanie ostatniego długograja „obZen”. Przyznam szczerze, że nie jestem jeszcze dobrze z tą płytką obeznany (heh, obzenany, śmieszne co nie?), ale z tego co mi świta to grali m.in. „Combustion”, „Electric Red” i „Pravus”. No i singlowego hiciora – „Bleed” – z kapitalnie przerażającą końcówką. Oczywiście były hiciory typu „Suffer in Truth”, „Future Breed Machine” czy chyba najbardziej oczekiwany „Rational Gaze”. Drugiego naj hiciora – „New Millennium Cyanide Christ” – nie było niestety. Zresztą, „Chaosphere” ku memu niezadowoleniu potraktowany po macoszemu. Właściwie tylko „The Mouth…” mogliśmy usłyszeć.
Prawda jest jednak taka, że dla kogoś nieobeznanego w dyskografii maczugi, a kto był w Progresji tego dnia, taka wyliczanka może się wydawać śmieszna. Że niby jakieś konkretne numery zagrali? I w sumie osobnik ten będzie miał rację. Meshuggah to trans, nie melodie. Suity, nie hity. Co na koncercie – nawet pomimo iż były przerwy między numerami – było jeszcze bardziej podkreślone. Nawet fakt, że nie było specjalnie selektywnie, działał „na korzyść transu”. I strasznie bolało, gdy już po godzinie zostaliśmy z niego wyrwani, bez szansy na choćby paruminutową powtórkę… Niemniej, koncert o znaczeniu i wartości historycznej.
Lekka przerwa i wychodzą Amerykance z Dillingera. Z panami ostatnio się widzieliśmy ostatni raz trzy lata temu w bardzo nietypowych okolicznościach. Support przed Slipknotem mianowicie. Nawet jeśli sporo ludzi wtedy przyszło specjalnie dla nich, to i tak jednak można powiedzieć o lekkiej pomyłce. Co nie zmienia faktu, że koncert był wyjebany, nawet jeśli ograniczony czasowo. W Progresji jednak mieliśmy już znacznie korzystniejsze warunki. Chce się powiedzieć że wreszcie, bo przecież na Metalmanii, choć nie byłem, też zapewne ciężko mieli z rozwinięciem skrzydeł.
Mały klub, publika „wyspecjalizowana”, można robić rozpierdol bez przeszkód. I zrobili. Jeśli ktoś choć raz zetknął się z muzyką DEP, wie, że trudno taki materiał odegrać na siedząco lub grając i pijąc piwo jednocześnie. Jednak tak na dobrą sprawę dopiero na koncercie można przekonać się o skali pojebaństwa tych kolesi. Klasyczny motyw wiosłowych – robienie hullahoop z gitar, nawet przy ryzyku wybicia komuś zębów. Wbieganie na wzmacniacze. Absolutne mistrzostwo przy kończącym koncert „Sunshine the Werewolf” – wokalista zajebuje talerz perkusiście, wbiega na ścianę (wysoką) wzmacniaczy i zaczyna w ten talerz napierdalać. Po czym rzuca pałeczkę w publikę. Nie zgadniecie kogo trafia i kto tę pałeczkę zgarnia. Zresztą publika też szaleje, zwłaszcza przy depowym „hicie” z „Miss Machine” – „Setting Fire…”.
No właśnie. Zapewne fani „starego Dillingera”, czyli tego z okresu „Calculating Infinity” i okolic, albo koncert olali, albo po wyjściu mogli czuć się rozczarowani. Jeszcze bardziej niż po koncercie z 2005 roku. Z CI można było dosłyszeć jedynie „Sugar Coated Sour” i „43% Burnt”. Mało, zdecydowanie za mało. Oczywiście przy promocji najnowszego albumu „Ire Works”, kontynuującego kierunek z „Miss Machine”, na wysyp numerów z debiutu nie można było liczyć. Przyznam szczerze, że ja, pomimo iż dla mnie CI to również pomnikowe dzieło, na taki stan rzeczy nie narzekam. Bo lubię nowego DEP. Tak po prostu. Rzeczy typu „Black Bubblegum”, który strasznie spowolnił koncert (dobrze że „Unretrofied” nie odegrali, choć to przyjemny numer), olewam i jaram się „Panasonic Youth” czy „Fix Your Face”, akceptując fakt, że panowie nie chcą stać w miejscu. Dopóki nagrywają takie numery jak „Baby’s First Coffin” to jestem na tak. Swoją drogą – skandaaaaaaaal, jak mogło tego numeru zabraknąć?
Reasumując – jeden z koncertów życia w kategorii metal. Ścisła czołówka. To jest właśnie przyszłość tego gatunku (no, przynajmniej jeśli chodzi o to co jest obecne w mass mediach, bo o High on Fire, Minsku czy Pig Destroyerze też wypadałoby w tym momencie pamiętać).
najlepszy moment: MESHUGGAH – RATIONAL GAZE
ocena: 9/10

