rageman.pl
Muzyka

Pneuma – Imponderabilia

wydano: 2008

wydawca: Sounds Great Promotion

 

Elo, po długiej przerwie. Coś ciut nowego się dzieje, ale o tym kiedy indziej. Na razie o tym, o czym mi się najłatwiej pisze, czyli o muzyce. Tym razem ocenimy rzecz spreparowaną przez znajome osoby, więc nie będę bezlitosny w ocenie. Zresztą, wcale nie ma takiej potrzeby.

Znacie zespół Pneuma? Oczywiście że znacie. Bo gościli parę razy w Negatywie, poza tym chłopaki z Trójmiasta. No i także poza granicami pomorskiego są już kojarzeni, zwłaszcza po wydaniu „Jeden” przez My Music. Nie wiem czy chłopaki są zadowoleni z dealu z wytwórnią Meza, w każdym razie najnowsze wydawnictwo jest self-releasem. Co mimo wszystko widać. Choć należy docenić włożone serce.

Otóż najnowsze owo wydawnictwo to DVD. Pierwsze w długiej karierze Pneumy. A że chłopaki na żywo miażdżą i kruszą kości, to takie wydawnictwo było wręcz wskazane. Mamy więc wszystko co składa się na wizytówkę zespołu – koncert, klipy i nieodzowne filmiki typu prywata.

Jako wciąż mimo wszystko załoga undergroundowa, to Pneuma zbyt wielu klipów się nie dorobiła. Dlatego jednak główne danie stanowi tu koncert. Rzecz nakręcono w tamtym roku w ramach promującej „Jeden” trasy, która objęła także Negatyw. Koncert z DVD odbywa się w Jaśle. Że gdzie? Przyznaję, też miejscowości nie znam. Ale wygląda na to, że Pneuma wychowała tam sobie niezłą publikę. Z frekwencją problemów nie było. Inna sprawa, że być może zadecydowały też warunki koncertu. Otóż sztuka odbywa się w teatrze. Kurtyny wprawdzie nie ma, jednak widać że nie jest to zwykła sala koncertowa. Nie ma to jednak większego znaczenia, bo wszystko odbywa się jak na normalnym koncercie. Stagediving, kontakt z publiką bezproblemowy… No tak, tylko że my siedzimy przed telewizorem, więc troszkę oczekiwania inne. No i niestety nie do końca się udało przełożyć potęgę Pneumy na nośnik. Oczywiście, pod względem wizualnym fajerwerków nie ma, ale tego można było się spodziewać. Nie, aby panowie stali w miejscu, co to to zdecydowanie nie. Po prostu „Pulse” it ain’t, jeśli wiecie co mam na myśli. Natomiast zawodzi dźwięk. Tragedii nie ma, jednak chyba miałem większe oczekiwania… Choć z drugiej strony – wierzę że ekipa (za reżyserię odpowiedzialny był Aberald Giza, trójmiejski offowy reżyser od „Towaru” chociażby) zrobiła wszystko co w ich mocy było. I w mocy budżetu.

Setlista? Bez zaskoczeń, przynajmniej dla tych co odwiedzają ostatnie koncerty Pneumy. „Ta sama krew” highlightem koncertu. Cieszy że odpuścili sobie prezentowanie na żywo singlowego coveru „Livin’ on a Prayer” i zamiast tego promują znacznie bardziej adekwatne i kozackie „Fuel” Metalliki. Oczywiście numer ten kończy koncert również i tu.

Tyle jeśli chodzi o koncert. Videoklipów czas teraz. W liczbie sześciu. Chronologicznie ułożone, progres ewidentnie widoczny. Wprawdzie za „Widzisz” z 2003 roku jest odpowiedzialny wspomniany Aberald Giza, jednak razi on banalnością wtrętów fabularnych. Okej, ja rozumiem, że fani, ich emocje, niech mają swoje pięć minut w klipie. Czasem zresztą można zrobić coś ciekawego w kategorii „klip z fanami”, vide „Nie było” Sweet Noise. No, tylko że tam było więcej pieniążków, można było ich wykorzystaniem omamić widza. Tutaj nie ma budżetu, nie ma pomysłu, nie ma co oglądać. Ewentualnie ujęcia zespołu. Dla odmiany – numer sam jest fajny, ale o tym później. Następna rzecz pokazuje, że jednak można coś ciekawego nakręcić nie dysponując wielkim budżetem. „Dom”. Zespół ukazany w lesie (dżungli?), każdy z muzyków indywidualnie zmagający się z naturą. Miła rzecz dla oka. Następne dwa klipy to już 2007 rok i czas „Jeden”. Bardziej fachowe obrazki, ale… Ciężko mówić tutaj o klipach promujących album, bo to co zekranizowano to numery zupełnie niereprezentatywne dla „Jeden”. Niestety trudno oprzeć się wrażeniu, że decydujący głos miała tutaj wytwórnia szukająca przeboju. No i niby spoko. „Bez Ciebie” to śliczny, akustyczny numer, jakiego chyba jeszcze Pneuma nie miała. Ale miejsce takich numerów jest wyłącznie na płycie. Gdzie idealnie sprawdzają się jako chwila na oddech po metalowym grzaniu. Taki song śmigający na wolności po mediach może jednak spowodować, że starzy fani się zniechęcą (zwłaszcza jak zobaczą banalny klip kręcony w jakimś pubie z kikutem & co. zgrywających amantów), a nowi wyrobią sobie mylne wrażenie o zespole. Nie wiem czy w tym wypadku bilans zysków i strat byłby korzystny.

Podobnie w sumie rzecz się ma z klipem do wspomnianego „Livin’ on a Prayer”. Doceniam zajebiście skręcony klip. Niby fabularnie nic konkretnego, ale przesympatycznie się ogląda. Ale o ile większą siłę rażenia miałoby to z „Ta sama krew”. Domyślam się że numer Bon Joviego podpasował lirycznie. A i muzycznie wystarczyło go minimalnie podrasować. Minimum roboty, a jest hit. Szkoda. Wiem że rynek polski wymagający jest, ale wolę, jak to zespoły rzucają temu rynkowi wyzwanie.

Na koniec videografii dwie ciekawostki. Dwie kooperacje z panem co się Liber nazywa. That’s right, ten sam co ficzuringuje Meziowi w „Aniele”, „Żeby nie było”. Ten co spłodził „Suczki”, a z Doniem nuci o „Skarbach”. Czyli generalnie nie można się czegokolwiek dobrego spodziewać po takim osobniku. Tymczasem efekt współpracy z Pneumą w postaci numeru „Towaru” (rzecz promująca film „Towar”, więc za kamerą Aberald G.) wyszedł wybornie. Dobre jak chyba nigdy zwrotki Libera i pieprznięcie w refrenie. Już nie pamiętam tak dobrej współpracy rapu z metalem na polskim gruncie. Ten numer ma to coś, czego nie miał Peja ze Sweet Noise – autentyczne połączenie składników, bez dominacji jednego gatunku nad drugim. Brawo panowie.

Szkoda że równie dobrze nie da się ocenić klipu „Juesej” projektu Rio Boss. Tutaj właściwie zwierzęcia zwanego Pneuma prawie w ogóle nie słychać. Jest hip-hop na żywych instrumentach. To dobrze. Źle, że jest to hip-hop Libera na żywych instrumentach. O dziwo, tak jak zawsze tego pana cechowały melodie jadące po najniższych gustach, tak tutaj chciał chyba być ambitny i wyszło mu coś totalnie bez melodii. Bez czegokolwiek. Tylko klip dobry, tym razem fachowa robota grupy 13.

No i jeszcze, jak już wspomniałem, są tutaj filmiki zza kulis. Z powstawania płyt „Kokon” (można przez chwilę ujrzeć gebę Litzy), „Jeden” i z trasy. Cóż, może przez to, że nie są to dla mnie gwiazdy z telewizora, to te prywatne filmiki autentycznie mnie rozbawiły. Słynny trójmiejski humor, powiew Monty Pythona z bałtyckim posmakiem, hehe.

 

najlepszy moment: WIDZISZ

ocena: 7/10