rageman.pl
Muzyka

Dire Straits – On Every Street

rok wydania: 1991

wydawca: Warner

 

sa zespoly ktore zegnaja sie w wielkim stylu. jak Faith No More czy The Beatles. sa i takie, ktorym to pozegnanie srednio wychodzi i czeka sie na minireaktywacje tych bandow tylko po to, bynagrac cos godnego miana Ostatniej Plyty – vide Black Sabbath czy Led Zeppelin. niestety, Dire Straits zalicza sie do tej drugiej grupy.

pierwsze 4 plyty kolesie nagrywali w rocznych odstepach. z „Brothers In Arms” wstrzymali sie na 3 lata i wyszla im najlepsza plyta. szkoda, ze „On Every Street” wydane po 6 latach nawet do piet nie dorasta poprzednikowi.

rzecz w tym, ze lider absolutny – mark knopfler – siedzial juz w latach 90tych w  zupelnie innych klimatach. i przypuszczam, ze niekoniecznie mu sie chcialo wracac do szyldu Dire Straits, kojarzonego ze swingiem, hardrockiem, bluesem… wszystkim, tylko nie country. a wlasnie taki klimat zalapal pan knopfler.

tym co wyroznialo pierwsze plyty DS to swoista brytyjskosc, ktorym zostal potraktowany ten ich blues. DS z debiutu i ten z „OES” to totalnie inne zespolu. pod wzgledem skali popularnosci, pod wzgledem skladu, pod wzgledem podejscia do muzyki, pod wzgledem produkcji (no ale akurat w ’91 trudno by brzmieli jak dekade wczesniej). nawet moznaby powiedziec, ze narodowosc im sie zmienila. bo ten album jest do bolu amerykanski. moze to mial byc hold, tak jak irlandczycy z u2 sie swego czasu podjarali usa, nie wiem…

na dzien dobry mamy najwiekszy hit z tej plyty – „Calling Elvis”. czyli dosyc dowcipny tekst o ikonie kraju zza atlantyku. a muzycznie za to mamy cos na ksztalt rockabilly. tez malo brytyjski gatunek… tylko ze to jest jeszcze calkiem dynamiczna piosenka. bo pozniej to juz zaczynaja sie straszne smuty. co gorsza – w glownej mierze country-smuty. „on every street” ujmuje jeszcze fajna partia saxu i zaskakujacym przyspieszeniem w finale. ale pozniej to juz raczej momentami mozna przysnac przy glosnikach.

zdarzaja sie tez i dynamiczniejsze rzeczy. o ile „The Bug” to juz takie skoczne country, ze az jedzie od niego sloma, to najlepszy tutaj „heavy fuel” to rzecz, ktorej bardzo blisko do „Money for nothing”. zwazywszy ze numer wyladowal na malej plytce mozna sie zastanowic, czy przypadkeim ktos nie chcial powtorzyc sukcesu przeboju z ’85… dopoki efekt jednak jest dobry, to badzmy wyrozumiali.

mamy hardrock, mamy rockabilly, mamy country… co jeszcze? „fade to black” to totalny bluesowy smet,  a „Iron Hand” to stricte folkowa sprawa. „ticket to heaven” to zas sprawa typu „guilty pleasure”. no z jednej strony zdajesz sobie sprawe, ze to totalnie dziadowska sprawa. ale te skrzypeczki… a „My Parties”? numer moglby sluzyc za podklad muzyczny do „Alfa” czy „innego serialu amerykanskiego z poczatku lat 90tych. w glowie pojawia sie natychmiast obraz amerykanskiej imprezki 40latkow przy grillu w poludniowych stanach. no i zesz kurde, nie wychodze, wpierdzielam kielbaske i szczerze ryja.

szkoda ze po „Brothers In Arms” nagrali cos takiego. co wiecej – ze wzgledu na obecnosc country na tej plycie ta plyta powinna byc z zalozenia chujowa. bo country nie ma, ten gatunek poza maluskimi wyjatkami nie ma prawa bytu. z drugiej zas strony – nie mozna tej plyty uznac za gorsza niz „Communique”. bo tutaj przynajmniej mamy cos nowego, jakies kombinowanie. no i jednak mozna wyluskac tu pare hitow wiecej niz na tamtej, przerazliwie rownej plycie.

koles katujacy swego czasu metal i jarajacy sie cool kids of death broni country plyty Dire Straits. zestarzalem sie. gdzie moja viagra?

 

najlepszy moment: HEAVY FUEL

ocena: 6,5/10

Leave a Reply