rageman.pl
Film

Na osiemdziesiąt sposobów dookoła świata

rok: 1988

reżyseria: Stephen MacLean

 

Zapytany o muzykę z Australii nie mam większych problemów z odpowiedzią. Nick Cave, AC/DC, Kylie Minogue, INXS, Silverchair… Gorzej to wygląda jeśli chodzi o kinematografię autralijską. Peter Weir… ymmmm, koniec? Dlatego też byłem ciekaw seansu „Na osiemdziesiąt sposobów dookoła świata”, zwłaszcza że po maratonie przygnębiających filmów na Dwóch Brzegach potrzebowaliśmy choćby minimalnej odskoczni. Cóż… nie żałuję. Być może bez tego seansu nigdy bym się nie dowiedział jak bardzo filmy potrafią być nieśmieszne, czy jak to się teraz mówi – bezbekowe.

Fabuła jest następujący – Roly Davis to staruszek cierpiący na demencję, a przede wszystkim galopującą ślepotę. Dowiaduje się, że jego żona poleciała na wakacje z sąsiadem i zarazem największym rywalem w biznesie. Jego dwóch wnuków, lekkoduch Wally którego praca się nie ima oraz młodszy, wciąż szukający swego miejsca w świecie Eddie postanawiają umilić mu czas podczas nieobecności małżonka. Być może z dobroci serca, być może licząc na gratyfikację finansową (bo dziadek zdecydowanie biedy nie klepie), urządzają mu wakacje… w domu. Pomaga im tym pielęgniarka Ophelia, zapoznana w domu spokojnej starości w której wylądował Roly chwilę wcześniej.

Być może na papierze nie brzmi to tak tragicznie. Ale wierzcie mi, widziałem i tego filmu nie da się oglądać. Zapewne macie wśród znajomych na fejsie jakieś ciotki czy po prostu mniej finezyjnych znajomych, którzy między grafikami ze smaczną kawusią wklejają „śmieszne obrazki” z jakichś krzak-fanpejdży typu humor na dziś. I „Na osiemdziesiąt…” to jest dokładnie ten rodzaj humoru. Przebrał się chłop za babę. A właściwie chłop za gejszę, jeśli akurat chcą dziadka zabrać do Japonii. Albo za Elvisa, jak są w Las Vegas. No kurwa uśmiałem się jak nigdy.

I żebyśmy się źle nie zrozumieli – ja naprawdę lubię prymitywny humor. Śmiałem się jak nigdy na „American Pie”, nie przełączam kanału jak przypadkiem trafię na film z Adamem Sandlerem, wychowałem się na „Jackassie”, a jeszcze wcześniej na „Akademii Policyjnej” (z którą „Na osiemdziesiąt…” powinien łączyć ejtisowy wajb). I być może gdybym dziś zobaczył „Akademię…” to dalej bym się śmiał. Ale wszystkie te filmy przy „dziele” MacLeana wypadają jak arcydzieła kina artystycznego. Chyba nie ma przypadku w tym, że jest to jedyny film MacLeana, o którym zresztą nawet trudno znaleźć więcej info w internecie.

Dochodzi do tego też wątek, jak w ogóle ten bubel znalazł się na takim festiwalu jak Dwa Brzegi, bądź co bądź aspirującego do wydarzenia filmowego na wyższym poziomie, ściągający do siebie najnowsze filmy z Cannes i nie mniej ważnych festiwali. Odpowiedź, tak po prawdzie, znałem jednak jeszcze przed seansem, kiedy film zapowiedziała występująca w roli Ophelii Gosia Dobrowolska, Polka zamieszkała w Australii (choć z tego co wywnioskowałem zdążyła już wrócić). I z całą sympatią, ale naprawdę nie wiem czy to że akurat aktor(ka) – w przypadku pani Małgorzaty średnio już rozchwytywana przez reżyserów – miała czas wpaść do Kazimierza Dolnego na dwa dni, jest wystarczającym powodem by uwzględnić film w którym wystąpił(a) w programie. A co jeśli by przyjechała ta laska co napisała „365 dni”? A jak przejazdem w Kazimierzu będzie Patryk Vega to mu Grażka Torbicka retrospektywę machnie?

Prowadzę tego bloga już jakiś czas z czystej zajawki, bo lubię pisać o popkulturze, a przy tym mam ten przywilej którego nie daje pisanie w bardziej zasięgowych mediach, że nie muszę gryźć się w język (klawiaturę?). Zatem piszę wprost – ten film to absolutne gówno.

 

najlepszy moment: wyjście z kina

ocena: 2,5/10

Leave a Reply