Ósmy dzień tygodnia
reżyseria: Aleksander Ford
Na papierze „Ósmy dzień tygodnia” prezentuje się jako film, który trzeba zobaczyć. Ekranizacja opowiadania legendarnego Marka Hłaski. W roli głównej równie kultowy i równie nieodżałowany Zbigniew Cybulski. Za kamerą Aleksander Ford – owszem, może nie jest to jedno z pierwszych nazwisk które przychodzi na myśl w rozmowach o wybitnych polskich reżyserach, ale wciąż jest to postać którą należy zaliczać do klasyki rodzimego kina. No i jako ta wisienka na torcie fakt, iż cenzura wstrzymała premierę tego filmu na niebagatelne 25 lat. Znaczy – coś musi być w tym filmie, na tyle niebezpiecznego, może nawet otwierającego oczy, że ówczesna władza wystraszyła się wizji prezentowania go w kinach.
Tymczasem film jest po prostu… przyzwoity. Nie jest tak zły jak przedstawiał to Hłasko, który wprost określał go mianem gównianego (jego opinia jest bardziej kwiecista, warto poszukać w necie na własną rękę). Oglądając go jednak zastanawiałem się „w czym problem?”.
Film pokrótce opowiada o kochankach którzy szukają swojego miejsca na ziemi – i to nawet bardziej w dosłownym aniżeli duchowym sensie. On (Cybulski) ubiega się o nowe mieszkanie po tym, kiedy jego dotychczasowe dosłownie rozleciało się na kawałki. Ona mieszka z rodzicami i bratem alkoholikiem. Oboje marzą by w końcu znaleźć lokum, w którym będą mogli, że tak to ujmę, wznieść swoją relację na kolejny poziom. Jak się okazuje, w realiach powojennej Polski jest to więcej niż trudne.
Oczywiście, przedstawiony tu obraz Polski, a właściwie jej społeczny i prawny aspekt, nie wygląda najlepiej. W końcu kto chciałby żyć w kraju, gdzie mieszkanie nie tylko jest towarem a nie prawem, ale wręcz jest towarem ekskluzywnym i nieosiągalnym? Czy to jednak rzeczywiście był powód, by odłożyć film na półkę na ćwierć wieku? Czy może po prostu trafił w wyjątkowo nieodpowiedni czas i na wyjątkowo nieodpowiednich ludzi?
Dodam, że formalnie film jest absolutnie fantastyczny i rzekłbym nawet, że podobnie jak omawiany tu w poprzedniej notce „Gran Tour”, o wiele lepiej prezentuje się jako seria Obrazów aniżeli Film Fabularny. Nie trzeba być Warszawiakiem ani nawet fanem Warszawy, by totalnie wsiąknąć w klimat jaki udało się Fordowi uchwycić. Cybulski… jest tu po prostu Cybulskim. To niesamowite, że facet który w każdej roli wygląda niemal tak samo, ba – nawet gra dość podobne postacie – hipnotyzuje po całości za każdym razem. Totalne przeciwieństwo takiego choćby Gary’ego Oldmana, który totalnie przepada w postaciach przez siebie granych, a jednak poziom talentu na tym samym, najwyższym poziomie.
Dla wielbicieli starego kina, najlepiej w polskim wydaniu, rzecz zdecydowanie godna polecenia. Dla innych raczej opcjonalnie.
najlepszy moment: Warszawa
ocena: 7,25/10
