Tate McRae
kto: Tate McRae
Koncert wschodzącej Pop Gwiazdy na Torwarze? Nowe, nie znałem.
Torwar powoli wyrasta na bezpośredni przedsionek przed Stadionem Narodowym. O ile wcześniej jeszcze można było się dopatrzeć jakiejś konkurencji – np. Stodoła czy Progresja – tak ostatnimi czasy mam wrażenie, że Live Nation (bo ci też już wykosili konkurencję całkowicie) nawet szuka alternatyw. Wydawać się mogło, że stolica kraju, który już można uznać za obowiązkowy przystanek na trasach globalnych gwiazd, powinna mieć do zaoferowania trochę więcej miejsc na zorganizowanie koncertu.
Ale dość pobocznych dygresji. Patrzmy na pozytywy – jeszcze niemal równe dwa lata temu Tate McRae, bohaterka dzisiejszej relacji, grała w Proximie, studenckim klubie do którego chodzi się głównie na potańcówki numetalowe i koncerty przebrzmiałych gwiazd rocka. Nie abym miał coś przeciwko takim wydarzeniom, sam na nie z entuzjazmem uczęszczam, ale jednak nie przystoi tam gościć gwiazdy popu, choćby wschodzące. Co się więc wydarzyło w międzyczasie, że nagle Kanadyjka wykręca pokaźną frekwencję na dwa razy większym Torwarze? Oczywiście hit „greedy” się wydarzył. I o ile dwa lata temu mogło się wydawać, że ten przełomowy hit Tate już nastąpił – mowa o „you broke me first” – tak z dzisiejszej perspektywy widać, że dopiero „greedy” okazał się być kluczem do Sławy.
Inna sprawa, że jeszcze sporo pracy zarówno przed nią, jak i przed jej wytwórnią (pozdrawiam sam siebie). Przede wszystkim to jeszcze nie ten moment, że nawet randomowe osoby kojarzą któż zacz. Myślę, że mało kto jeszcze wymieni w tym samym szeregu Billie Eilish, Dua Lipę i Tate. Ale też pytanie, czy problem leży wyłącznie z ilości hitów i marketingu. Jako osoba z zawodowych względów śledząca karierę Tate od samego niemal początku widzę, jaką metamorfozę przeszła – od zahukanej, smutnej nastolatki do pewnej siebie, świadomej swej atrakcyjności kobiety. Pytanie, czy to starczy by wyróżnić się z popowego tłumu.
Te wątpliwości towarzyszyły mi także podczas samego koncertu. Po pierwszym koncercie Tate w Polsce słyszałem, że ze sceny trochę wiało playbackową nudą. I tak na dobrą sprawę skłamałbym mówiąc, że sytuacja diametralnie się zmieniła. W porównaniu z tym co zaproponowały Zara Larsson czy Madison Beer rzekłbym, że na koncercie Tate było nad wyraz skromnie. Ot, dwa wielkie „pudła” które jednocześnie służyły za ekrany, ale jak się później okazało skrywały też muzyków (chociaż jak gitarzysta wyszedł na solo z gitarą bez kabla to zwątpiłem w użyteczność tego zespołu), a kiedy było trzeba także jako platformę dla tancerzy i dla samej Tate. Grający dwa dni wcześniej w tym miejscu Luke Hemmings też pozwolił sobie na minimalizm, tyle że on nadrabiał graniem całym bandem i jednak trochę inną muzykę. Jak chcesz być choćby Księżniczką Popu to trochę trzeba się bardziej postarać, Tate.
Tym bardziej, że nie był to za długi koncert, raptem godzina z hakiem. Mimo to zmieściła niemal cały swój nowy album „THINK LATER” (zabrakło kończących długograja „want that too” i „plastic palm trees”) oraz kilka rodzynków z przeszłości. I chociaż wyjdzie że tylko narzekam na ten koncert, to jednak nic nie poradzę – bo te bardziej liryczne fragmenty koncertu jak „feels like shit” czy „you broke me first”, kiedy nie miałem wątpliwości że ta dziewczyna śpiewa na żywo bo śpiewać zdecydowanie potrafi, uświadomiły mi jak brakuje mi tamtej Tate sprzed zaledwie kilku lat. Że zdecydowanie wolałbym usłyszeć takie „slower” czy „stupid” niż „exes” – nawet jeśli te nowe, bardziej wygładzone hity też lubię. I tutaj brak show zupełnie by nie przeszkadzał.
Jakoś trudno mi sobie wyobrazić, by czy za dwa lata czy kiedykolwiek zagrała na Narodowym – chyba że w roli supportu – ale jestem ciekaw jak daleko zaprowadzi ją ta kariera. No i przede wszystkim w jakim kierunku – czy będzie jeszcze co jakiś czas zerkać w kierunku smutnych EPek sprzed lat, czy już jednoznacznie postawi na kartę glamour pop. Byleby nie szła w minimal koncertowy. Z czym, biorąc pod uwagę że związała się z Kid Laroiem o którym pisałem niedawno że też nie przemęcza się na koncertach, może być różnie.
najlepszy moment: GREEDY, chociaż ten FEELS LIKE SHIT chwycił za serducho jak żaden inny moment
ocena: 7,5/10
