rageman.pl
Muzyka

3-majówka 2024

gdzie: Wrocław

kto: Dog Eat Dog, Fun Lovin’ Criminals i inni

 

Czy wspominałem już o tym, że uwielbiam Wrocław? Obok Trójmiasta i Warszawy jest to moje ulubione miejsce w Polsce. Przy czym, w przeciwieństwie do 3m i stolicy, nigdy tam nie mieszkałem, więc można rzec że moja opinia o tym mieście ma spory współczynnik obiektywności. Okazuje się też, że od lat odbywa się tam festiwal, który może nie ma takiej marki jak Jarocin czy Olsztyn Green Festival (pomijam tu objazdówki typu Męskie Granie i imprezy nastawione na globalne gwiazdy jak Open’er czy Off), ale różnorodnością repertuarową zawstydza konkurencję. No i odbywa się w kapitalnym terminie, czyli, jak nazwa wskazuje – w majówkę.

Nie ukrywam że ja tam jechałem głównie na dwa zespoły. Danie główne i deser. I na nich się skupimy.

Wiem, że liczby miesięcznych słuchaczy na Spotify to nie musi być najlepszy wyznacznik popularności zespołu. Ale jednak 90 tysięcy to ekstremalnie skromny wynik, zwłaszcza jeśli mówimy o wykonawcy o zasięgu globalnym. Rany, o czym my mówimy, polski debiutant rapowy tyle wykręca. W takim dziś miejscu jest Dog Eat Dog. Ale też bądźmy szczerzy – pomimo kontraktu z Roadrunnerem, który rządził i dzielił w cięższej muzie lat 90tych, nigdy nawet nie otarli się o popularność Life Of Agony czy Biohazard, o legendach pokroju Machine Head czy Sepulturze nie wspominają. I pomimo amerykańskiego pochodzenia będąc zjawiskiem niemal wyłącznie europejskim. Określanie ich „zagraniczną gwiazdą” jest zatem trochę na wyrost – przez te 30 lat zagrali w Polsce tyle razy, że docierali zapewne nawet w te rejony klubowej Polski, do której rzadko który lokalni estradowcy zaglądają. Jak to więc możliwe, że dopiero teraz ich widzę na żywo? Nie wiem, ale lepiej późno niż wcale.

Powiedzmy wprost – ten brak popularności o którym mówiłem wyżej to nie jest jakaś dziejowa niesprawiedliwość i na koncercie było słychać skąd wynika. Nagłośnienie fatalne, Connora prawie w ogóle nie było słychać. A pozostałe koncerty na Pergoli (festiwal odbywał się na trzech scenach, przy czym Pergola była tą główną) pokazały, że raczej nie po stronie organizatorów była wina. O ile na początku przeplatanie żywego grania z wstawkami rapowych klasyków między utworami mogło się podobać i dawać fajny oldschoolowy wajb, tak szybko się okazało, że to jedyny pomysł panów na dynamikę koncertu. Ale ale. Nie o to w tym chodziło. To miała być podróż do przeszłości i nią była, nawet jeśli połowa setlisty to były utwory z wydanego rok albumu „Free Radicals” (nie obrażając, ale czy ktokolwiek ten album przesłuchał?). Do czasów wtorkowego Kwadratu, nagrywania teledysków na VHS z Vivy i polskiego MTV, do odkrywania nowych kapel poprzez czytanie podziękowań w KSIĄŻECZKACH albumów. Tu chodziło o to, by – jak zawsze od 30 lat – Connor założył hokejową bluzę z polskim Orłem. Swoją drogą, pomijając że nie było go prawie wcale słychać, to energią wciąż buzuje niczym nastolatek (co może chociaż trochę widać na powyższym zdjęciu). Zresztą, nie tylko on – chociaż gitarzystów przewinęło się przez zespół od groma, to trzon wokal-bass-perkusja pozostaje niezmienny niemal od samego początku.

Wiadomo, że przede wszystkim chodziło o usłyszenie klasyków z debiutanckiego „All Boro Kings”, i je usłyszeliśmy – „Who’s The King?” w drugiej połowie setu, a legendarne „No Fronts” na sam koniec. Były też hity z późniejszych albumów – „Isms”, „Rocky” (tu oczywiście pierwsze skrzypce wokalne odegrał Dave) i „Expect The Unexpected” (czy kiedyś doczekamy się „Amped” na Spotify’u?). Jeśli chodzi o nowe utwory… zapamiętałem jeden. Ktoś by powiedział „balladowy”, ale chyba bliżej prawdy byłoby stwierdzenie „nudny jak flaki z olejem”.

Czas na deser. Zmieniamy scenę (Hala Stulecia, czyli zamknięte pomieszczenie), ale pozostajemy w klimacie lat 90tych. Zresztą John Connor w trakcie koncertu DED zdradził fun fact, że pierwsze koncerty Fun Lovin’ Criminals zagrali jako support właśnie przed jego ekipą. I cóż, może popularność też już nie ta co kiedyś, ale jednak 600K wygląda już lepiej niż te nieszczęsne 90K. Trzeba też uczciwie przyznać, że to co zaproponowało trio z Nowego Jorku nie brzmi tak archaicznie jak oferta Connora i spółki. Dość powiedzieć, że największy hit – „Scooby Snacks”- rozpoznałem dopiero po jakimś czasie (chociaż cytaty z Tarantino się ostały – toć to integralna część utworu!). Wchodziło to przyjemnie jak cuba libre wieczorową porą na plaży i mam podejrzenie, że jeśli ktoś nie znał przed tą majówką ani DED ani FLC (co jest całkiem możliwe, biorąc pod uwagę ilość młodzieży na festiwalu), to po konfrontacji z obiema załogami raczej sięgnie po utwory tych drugich.

Z założenia nie piszę na tym blogu o koncertach wykonawców lokalnych, bo sporo tego oglądam, ale skoro już odpaliłem wordpressa, no to pokrótce:

Carnal – czyli otwarcie festiwalu. I chciałbym móc powiedzieć, że było to początek z wysokiego C, ale byłoby to nieprawdą i to, cóż, dosyć skrajną. Ja naprawdę nie mam wymagania, że muzyka musi być oryginalna, zwłaszcza gitarowa. Bo co z tego, że oryginalnie wymieszasz black metalowe pierdolnięcie z solówkami na piszczałce i rapową braggą, jeśli ci wyjdzie coś asłuchalnego. Ale grać ćwierć wieku i wciąż brzmieć jak lokalny band z połowy lat 90tyh to trzeba mieć naprawdę… talent. Fascynujące w tym kontekście jest to, że wokalista zespołu na co dzień manageruje Krzyśkowi Zalewskiemu (o którym zresztą za moment). Ma więc styczność z graniem na najwyższym poziomie zawodostwa. Wiem, że szewc przeważnie bez butów chodzi, no ale niemniej szok.

Happysad – a tu za to miła niespodzianka. Nie śledzę tak uważnie kariery tego zespołu, ale zdążyłem zauważyć, że już dawno porzucili harcerskie granie znane z pierwszych hitów. Ale dziś to zupełnie inny zespół – i może się mylę, ale mam wrażenie że im samym już nie po drodze z graniem „Łydki” czy „Zanim Pójdę”. Chociaż oba były, tyle że w totalnie odmienionych wersjach. Może z własnej woli w domu wciąż nie posłuchałbym, ale szanuję.

Vader – oj, jak mi takiego grania brakowało. Tu niespodzianek żadnych nie było – miała być maszyneria nie biorąca jeńców i była. Z całym szacunkiem do Nergala, ale jeśli chodzi o liderów naszych metalowych towarów eksportowych to zawsze bliżej mi było do Petera. Chłop się nie pierdoli w tańcu – wychodzi, nie odstawia żadnych filozoficznych gadek ani stand upów tylko zapowiada jak nazywa się kolejny numer który nas zniszczy i tyle. A po zakończeniu koncertu tyle go widziałeś, bez instagramów i tiktoków, aż do kolejnego koncertu. Niezmiennie szacun.

Krzysztof Zalewski – tym razem na moment, ale za to bardzo udany. Ten cover „Running Up That Hill” – nikt nie wiedział że tak go potrzebował!

Czesław Śpiewa – chyba ten najlepszy moment Czesława, tak artystyczny jak i medialny – z okolic „Maszyny do świerkania” i jurorowania w X-Factorze – już dawno za nami i nie zapowiada się by miał jeszcze wrócić. Ale wciąż świetnie się tego słucha, a Czesław wciąż jest, well, Czesławem. Czyli dla części osób niestrawny, ja niezmiennie jestem fanem.

Jann – mogę powtórzyć to co już napisałem przy okazji relacji z Madison Beer gdzie supportował – już jest bardzo dobrze, ale moim zdaniem mogłoby być jeszcze lepiej gdyby poukładał to jakiś naprawdę ogarnięty producent.

Pidżama Porno – mały coming out – zawsze mi było bliżej do Strachów na Lachy, chociaż generalnie mam taką opinię, że z obu zespołów Grabaża się wyrasta. Ale obiektywnie to mało który zespół na 3-majówce rozkręcił takie szaleństwo, takie pogo jak oni. No i nie ukrywam, miło było posłuchać po tylu latach na żywo „Ezoterycznego Poznania” czy „Pasażera”. Niestety, choć najbardziej na to liczyłem, to na „Twoją Generację” się nie załapałem – spóźniając się na koncert liczyłem że zagrają na koniec czy bis nawet, a tu dupa.

Łona x Konieczny x Krupa – nagrywać od przeszło dwudziestu lat, mieć cały tabun może nie hitów, ale dość rozpoznawalnych utworów i zagrać koncert oparty wyłącznie na nowej płycie, a przy tym pozamiatać? To potrafi tylko on. Nie będę ukrywał, dziwiłem się że Def Jam – czyli label Universala, jakby nie patrzeć największego majorsa w Polsce i na świecie – bierze pod skrzydła rapera, który nie tylko nigdy mainstreamowcem nie był, ale też chyba coraz chętniej się od tego mainstreamu oddalał. Ale mieli nosa – chłop jest w gazie i to jest najlepszy jego czas od dawien dawna, przynajmniej artystycznie. Kapitalny koncert, jak dla mnie najlepszy tego dnia.

Vavamuffin – z reggae i jego pochodnymi jest trochę jak z pizzą hawajską. Dla wielu wręcz w dobrym tonie jest dissować oba te zjawiska. I o ile uważam że hejtowanie ananasa na pizzy jest pozerstwem, tak do reggae, zwłaszcza w polskim wydaniu, wciąż przekonać się nie mogą. Są dwa wyjątki jednakowoż – Izrael, no i właśnie Vavamuffin. Chociaż to niby bardziej ragga, no ale wiemy o co kaman. Wytańczyłem się jak nigdy. A z panem Pablopavo spotkaliśmy się jeszcze raz, ale o tym za chwilę.

Me And That Man – a skoro mowa była wcześniej o Nergalu… lubię ten projekt. Tak, nie trzeba być erudytą muzycznym by wskazać mniej lub bardziej jawne inspiracje, ale zupełnie mi to nie przeszkadza. O ile jednak mam wrażenie że Nergalowi najlepiej gra się te utwory „z pierdolnięciem”, może nie tyle metalowym co punkowym czy wręcz hard rockowym, tak mi najbardziej leżą te fragmenty szantowe i ciężko bluesowe, w tym te momenty gdzie na pierwszą linię frontu wychodzi John Porter. Tak, też bym chciał się zestarzeć jak on.

Organek – generalnie o Organku mam taką teorię, że naukowcy współpracujący z Grupą Żywiec zebrali się by stworzyć Artystę Idealnego Na Męskie Granie i wyszedł właśnie On. Ale żarty na bok, bo nawet jeśli nie jest to do końca moja bajka, to brzmiało to dość przyzwoicie. No i oczywiście była też „Wataha”, hymn wiadomo-którego-festiwalu-objazdowego. A, ja wiem że z tym bisem to miał być taki żart, ale dla mnie zabrzmiało to jednak dość żałośnie.

The Dumplings – plus za najbardziej metalowe logo festiwalu – a mówimy o imprezie, na której grał Nergal i Vader. Mam wrażenie że duet przebył naprawdę długą drogę przez te 10 lat – kiedy widziałem ich jak odbierali Fryderyka za fonograficzny debiut to miałem wrażenie, że z onieśmielenia zapadną się pod ziemię. Dziś jest to duet jednego z najlepszych producentów w kraju i dziewczyny, która może tego nie afiszuje, ale charyzmą mogłaby obdzielić pół polskiej sceny. I ten głos! Zespół, który powinniśmy pokazywać wszystkim za granicą.

Hunter – metalo polo? Być może. Ale nie ukrywam, że mam jakąś dziwną słabość do tego zespołu. Może to sentyment (HunterFest, ach to były czasy), może głód metalowego grania z którym już od dawna nie obcuję na co dzień. Ale generalnie koncert oceniam pozytywnie, podobnie zresztą jak spora część publiki. Pogo porównywalne z tym na Pidżamie Porno. Minus za brak „Fantasmagorii”.

Spięty – Lao Che to dla mnie „Powstanie Warszawskie”, kropka. Nigdy później nie osiągnęli tego poziomu. Szanuję jednak że Spięty w solowym wydaniu nawet absolutnie nie zamierza próbować. Ba, nawet nie sięga po repertuar dawnego zespołu (chociaż nie ukrywam, nie jestem ekspertem od ich dyskografii, więc mogę się mylić). Robi swoje i robi to bardzo dobrze. Dojrzała muzyka dla dojrzałych ludzi.

Pablopavo – tutaj to określenie też pasuje: „Dojrzała muzyka dla dojrzałych ludzi”. Chociaż oczywiście Paweł robi to według własnej receptury. Dodatkowy punkt za konferansjerkę – o ile u Spiętego praktycznie nie wystepuje, tak u Pablopavo jest wartością samą w sobie.

Kwiat Jabłoni – może za krótko byłem by oceniać, ale chyba i tak bym zdania o zespole nie zmienił. Dla mnie to polski odpowiednik Taylor Swift. Zupełnie nie rozumiem szumu wokół.

Paktofonika – najważniejszy koncert dla mnie, nawet uwzględniając Dog Eat Dog. Mówimy o zespole, którego opus magnum katowałem większą część liceum, a z którego teksty znałem na wyrywki. Niektórzy mieli „Skandal”, niektórzy „Księgę Tajemniczą”. Ja byłem team „Kinematografia” i tak już na zawsze pozostanie. Wprawdzie po oficjalnym zakończeniu działalności Paktofoniki panowie Rahim i Fokus występuję razem regularnie, także z tym legendarnym repertuarem, ale chyba nigdy wcześniej nie brzmieli koncertowo tak dobrze. Full band, włącznie z kwartetem smyczkowym, dęciakami, wszystkim. Nie sądziłem że „Powierzchnie Tnące” można zagrać w takiej aranżacji, a tu proszę. Przepyszne. Ale przede wszystkim wzruszająco – oczy mi się pociły od pierwszych w setliście „Priorytetów”, aż do samego końca – a zwłaszcza w tych momentach, w których z taśmy leciał Magik. Marzenie spełnione, dziękuję Panowie.

Kult – kiedy byłem na poprzednim koncercie Kultu obiecałem sobie że nigdy więcej, że trzy godziny to za dużo, zwłaszcza jak ktoś nie jest fanatykiem zespołu – a ja takowym nigdy nie byłem. A było to jakieś dwadzieścia lat temu. Zatem w wieku 40 lat tym bardziej średnio mi się widział koncert takiej długości, i to jeszcze po trzydniowym maratonie koncertowym. A mimo to zleciało to bardzo przyjemnie. Może dlatego że to były „tylko” dwie godziny? I tak dla Kultu organizatorzy zrobili wyjątek, bo wszyscy grali maks 1,5h. Chociaż tak po prawdzie dokonania Kazika i spółki przestałem śledzić po okropnym „Salonie Recreativo”, to muszę przyznać że te nowsze hity brzmiały dość przyzwoicie. No, ale. W koncertach zespołu o takim stażu nie chodzi o nowe przeboje. „Polska”, „Do Ani”, „Krew Boga” – to wszystko było i jeszcze więcej. Świetny koncert.

PRO8L3M – to mógł być świetny koncert. I pewnie był, gdyby nie to że tu już nastąpił mój zjazd totalny. Cóż, może następnym razem.

 

Do zobaczenia za rok? Czemużby nie!

 

najlepszy moment: PAKTOFONIKA – CHWILE ULOTNE

ocena: jako całość daję festiwalowi 9/10

Leave a Reply