Civil War
reżyseria: Alex Garland
Być może macie inne spostrzeżenia, ale jedną z najczęściej zaobserwowanych przeze mnie narracji w kontekście rozmów o wojnie jest swoista negacja, wręcz wyparcie. „To nas nie dotyczy” czy wręcz „to nigdy nie spotka nas”. Nie że jest to zupełnie bezpodstawne – wszak wojna z Polską oznaczałaby wojnę z całym NATO. Ale czy w historii świata nie działy się rzeczy jeszcze bardziej niemożliwe i nieracjonalne? I czy tak naprawdę te tezy/proroctwa nie są bardziej oparte na strachu niż logice?
Jak realna jest zatem wojna domowa w Stanach Zjednoczonych? Alex Garland na to pytanie nie odpowiada – w jego filmie to jest fakt dokonany. Nie ma niedowierzania, zadawania pytań – ta wojna już trwa i wszyscy są z tym faktem pogodzeni. Nikt nawet nie kwestionuje tego, w jaki sposób tak, wydawałoby się, liberalny stan jak Kalifornia weszła w alians z Texasem, w którym od dekad wybory wygrywają republikanie. Po prostu tak jest i już.
Ale też nie jest to film o wojnie. A jeśli już ją oglądamy, to okiem – a właściwie obiektywem – czwórki głównych bohaterów, będącymi reporterami wojennymi. I w mojej opinii to właśnie o ich profesji, wciąż niejednoznacznej w ocenie, jest ten film. Czemu idzie się na wojnę z aparatem czy przysłowiowym długopisem i notesem? Z poczucia misji? Dla sławy? Pieniędzy? Adrenaliny? Każdy z tej czwórki przedstawia inny typ osobowości. Jest dziewczyna dopiero stawiająca pierwsze kroki w fachu, która chce iść drogą swoich idolek – fotografek wojennych pokroju Lee Miller. Jest „mentor”, który widział (i opisał) już wszystko, więc jeszcze bardziej niż na nowym zawodowym wyzwaniu zależy mu na służeniu radą i pomocą młodszym kolegom po fachu. Jest ciekawy reprezentant osobowości typu „adrenaline junkie”, dość ambiwalentny w odbiorze – bo jak można się podniecać czymś, co jest w gruncie rzeczy jedną wielką tragedią pochłaniającą setki, jeśli nie tysiące ofiar? No i jest przede wszystkim ona – Lee Smith, we wspaniałej roli Kirsten Dunst, grającej tu – jak to pięknie ujął Tomasz Raczek w swej recenzji – „ścięty kwiat”. Być może nie widziała wszystkiego jak wspomniany wcześniej mentor, ale na pewno widziała za dużo. Za dużo by czuć jeszcze jakieś emocje, zwłaszcza te pozytywne – spełnienie, ekscytację, ciekawość, etc.
Chociaż obserwujemy bohaterów w drodze do Białego Domu, gdzie mają ambitny plan przeprowadzić wywiad z prezydentem, to przesadą byłoby określić „Civil War” jako film drogi. Bo owszem, po drodze dzieję się dużo – włącznie z genialnym epizodem Jesse’go Plemonsa – ale też zabrakło tego, co raczej nieodzowne w filmach tego typu – by główni bohaterowie także mentalnie przemieścili się z punktu A do B, by ta podróż ich w jakimś stopniu odmieniła. I chyba tu można by spreparować główny zarzut do filmu Garlanda. Genialnie obmyślił kontekst, cudownie go ujął wizualnie, ale ma się wrażenie, że protagonistami zajął się na samym końcu, skupiając się właściwie tylko na jednej. Mógł to być naprawdę ciekawy wykład na ważki temat w ultra oryginalnym kontekście, a wyszedł z tego trochę mądrzejszy „Projekt: Monster”. Byśmy się źle nie zrozumieli – to wciąż świetny film. Ale trudno mi się oprzeć wrażeniu, że mógłby być jeszcze lepszy i zmarnowano tu spory potencjał.
najlepszy moment: JESSE PLEMONS
ocena: 8,5/10
