rageman.pl
Film

Prawdziwe historie

rok: 1986

reżyseria: David Byrne

 

Nie będzie zbytnim coming outem stwierdzenie, że kocham Muzykę. Objawia się ta miłość także w tym, że dość entuzjastycznie reaguję na muzyczne referencje także w innych dziedzinach nie tylko sztuki, ale życia – w sporcie, w technologii, nawet w przyrodzie. Ale też uczciwie trzeba przyznać, że te crossowanie się muzyki z innymi światami nie musi być gwarantem Jakości. Ile to znamy przykładów aktorów, którzy próbują zostać gwiazdami rocka czy rapu i wychodzi im to mizernie (choć oczywiści są wyjątki). Ale też transfery w drugą stronę też dość różnie się kończą.

Tego, że David Byrne jest jednym z najwybitniejszych artystów Muzycznych raczej nie powinno się poddawać w wątpliwość. Talking Heads wszak to klasyka, która broni się do dzisiaj. Także jako solista przez całą rozciągłość kariery pozostawał relewantny, ani na moment nie zaliczając kryzysu artystycznego czy też wizerunkowego. I kiedy pierwszy raz wszedł na serio do świata filmu za sprawą „Stop Making Sense” to od razu wyznaczył standard tego, czym filmy koncertowe powinny być. Ale co innego być gwiazdą filmu, na dodatek w swoim naturalnym – bo muzycznym – środowisku, a co innego stanąć za kamerą i nakręcić fabułę.

W sumie to nawet nie wiem czy w przypadku „Prawdziwych historii” można mówić o filmie fabularnym. Raczej jawi mi się on muzyczno-filmową pocztówką z korzennej Ameryki, tj. Teksasu. I z trudnymi do sprecyzowania intencjami twórcy – pastisz to czy laurka? Koncept był prosty – zekranizowanie najbardziej absurdalnych historii opisanych w gazetach. Wiadomo, że część z tych historii rodziła się w głowach pomysłowych redaktorów, ale co by było gdyby pokazać ludzi którym te historie naprawdę się przytrafiły lub którzy naprawdę w nie wierzą?

I owszem, jako galeria postaci dzieło Byrne’a sprawdza się wyśmienicie – kapitalny jest John Goodman (w jednej  ze swoich pierwszych ról!) jako wiecznie poszukujący miłości (a konkretnie żony) romantyk. A mamy tu jeszcze szamanów, małżeństwo które rozmawia ze sobą wyłącznie za pomocą osób trzecich, kobietę nie wychodzącą z łóżka i człowieka z radiem w hmmm głowie (fun fact: ten film zainspirował nazwę pewnego zespołu z UK). Zasłyszane porównanie do „Twin Peaks” nie jest zupełnie od czapy. Z tą różnicą, że Lynch jako filmowiec z krwi i kości wiedział jak taką bandę freaków utrzymać w filmowych (a raczej serialowych) ryzach, nadać im dynamiki i dramaturgii. Byrne tego nie do końca potrafi. Być może to też wina tego, że nie jestem aż takim fanem estetyki Byrne’a – o ile kupuję ją w dawkach koncertowych czy teledyskowych, tak „True Stories” to już dla mnie było too much.

Chyba nie jest przypadkiem, że reżyserka przygoda Byrne’a zaczęła i jednocześnie skończyła się na tym filmie. Jako eksperyment filmowy – ok, warto obejrzeć. Ale ja jestem prostym człowiekiem i w kinie mam potrzebę obejrzeć nawet najbardziej zakręcony, ale jednak wciąż film.

 

najlepszy moment: JOHN GOODMAN

ocena: 7/10

Leave a Reply