Diuna: Część druga
reżyseria: Denis Villeneuve
Chciałbym pozwlekać z ocenianem tego filmu pisząc np. przydługi wstęp o moim emocjonalnym podejściu do Diunowej franczyzy. Ale już to zrobiłem przy okazji części pierwszej, więc zamiast szukać wymówek czas być dużym chłopcem i zmierzyć się z tematem.
Ale o co chodzi, film nie jest dobry? Jest, wręcz świetny, stąd taka a nie inna ocena na końcu tej recenzji? Problem w tym że oczekiwałem 10/10, filmu idealnego, filmu który dokona przewrotu w moim życiu tak jak swego czasu zrobiła to książka. Ale być może nie był to case „Forresta Gumpa” czy „Milczenia Owiec” i tej poprzeczki już nie dało się wyżej zawiesić?
Narzekanie na film bliski noty perfekcyjnej brzmi jak absurd, zatem skupmy się na pozytywach, których jest tu od groma. Przede wszystkim to siłą rzeczy musiał być film lepszy od jedynki, z prostej przyczyny – rozstawianie pionków mamy już z głowy, można było w pełni skupić się na akcji. Oczywiście ktoś powie że zniknął efekt świeżości, bo de facto jeśli chodzi o ukazanie świata Diuny to nie ma tu nic, czego nie widzieliśmy już w pierwszym filmie. No, poza nowymi postaciami. Oczywiście każda produkcja filmowa w której choć na chwilę pojawia się Christopher Walken zyskuje jakieś milion punktów do zajebistości, nie inaczej jest tym razem – choć uczciwie trzeba przyznać, że jak na tak wysoko postawioną figurę w skali międzyplanetarnej a przy tym jednego z głównych intrygantów, można było się spodziewać ujrzeć na ekranie większego skurwiela. I być może młodszy Walken, wyspecjalizowany wszak w odgrywaniu skurwieli, takim by był. Teraz trochę mu bliżej może nie tyle do potulnego dziadka, co władcy już bardzo zmęczonego.
Dlatego też tytuł MVP w galerii nowych graczy przypada jednak na Austin Butlera w roli Feyd Rauthy. Pamiętając kradnącego show Stinga w Lynchowskiej „Diunie” oraz to, że w niezrealizowanej wersji Jodorowskiego rola bratanka Barona miała przypaść Mickowi Jaggerowi, były podejrzenia że Villeneuve pójdzie także tą drogą i powierzy tę rolę którejś z współczesnych gwiazd rocka. Były nawet petycje internetowe by obsadzić w tej roli Harry’ego Stylesa- co nie byłoby tak niedorzeczne biorąc pod uwagę fakt, że ma on już na koncie całkiem sprawnie zagrane role w kilku filmach. Tak się jednak nie stało i angaż dostał Austin Butler (który ma zresztą konotacje ze światem rocka – wszak to on zagrał kilka lat temu tytułową rolę w „Elvisie”). I co tu dużo mówić, całe szczęście. Może nie jest to poziom Heath Ledgera jako Jokera i Oscara z tego nie będzie, ale ten Feyd Rautha jest czystej krwi skurwielem, perfidnym psycholem, a przy tym w przeciwieństwie do swojego brata „Bestii” obdarzony nieprzeciętną inteligencją. Może to siła autosugestii ale jak czytam że inspiracją było zachowanie węży i rekinów, to ja w to wierzę bo to widzę na ekranie.
Zostając przy kwestiach aktorskich – dopiero teraz, na spokojnie przyglądając się plakatowi filmu, dostrzegam że to Zendaya jako Chani prowadzi Paula Atrydę, nie odwrotnie. I biorąc pod uwagę to co widzimy na filmie oraz znając treść „Mesjasza Diuny”- którego ekranizacja już jest ponoć w fazie realizacji – ma to sens. Trzeba przyznać, że pięknie został ujęty paradoks tej fabuły – choć to Paul po spożyciu Wody Życia widzi przyszłość, to Chani widzi jeszcze więcej, większy obraz całości. I być może tu tkwi największa siła tej adaptacji – bo o ile można się pogodzić z tym, że na język filmowy zwyczajnie nieprzetłumaczalne są te wszystkie monologi i rozkminy głównego bohatera, tak cieszy że mimo odstępstw od pierwowzoru, w kluczowej kwestii Denis pozostał wierny głównemu przekazowi „Diuny”. Nie jest to film o superbohaterze zbawiającego planetę, a o władzy która prędzej czy później każdego kto jej skosztuje zdeprawuje. Dlatego pokochałem „Diunę” mimo wstrętu do science fiction. I dlatego też „Diuna: Część druga” – choć w tym kontekście trzeba ją rozpatrywać w pakiecie z „jedynką” – choć już jest klasykiem kina science fiction, to też jest czymś więcej, bo też problematyka tutaj zawarta jest znacznie bardziej uniwersalna.
I tak jak idealny partner każdego/każdej z nas może gdzieś tam stąpa po drugiej półkuli, tak może kiedyś urodzi się Reżyser Idealny który niczym mesjasz przybędzie do świata franczyzy Diuny i nakręci perfekcyjną adaptacją. Ale póki co cieszmy się tym co mamy, bo nie jestem w stanie sobie wyobrazić lepszej wersji tej filmowej Diuny.
najlepszy moment: poza IMAXem nie ma sensu oglądać tego filmu, serio
ocena: 9,25/10
