Nietykalni
reżyseria: Brian De Palma
Dawno nie było o klasyce kina.
Co więcej, po raz pierwszy sięgamy do filmografii Briana De Palmy. Może dlatego, że nie jestem jakimś wybitnym koneserem kina dla twardzieli, gdzie strzały pistoletów padają równie często co kropki na końcu zdań w ścieżce dialogów. A „Nietykalni” są niemal sztandarowym dziełem gatunku. Mafia, prohibicja i Robert De Niro w roli Al Capone. Czego chcieć więcej?
Streszczanie fabuły w tym wypadku chyba nie ma sensu, ale jeśli ktoś potrzebowałby to najkrócej rzecz ujmując – osią fabularną jest walka ze wspomnianym Al Capone, którą podejmuje grupa pod dowództwem Eliota Nessa (Kevin Costner) – z racji tego, że cel ma uświęcić wszelkie podjęte środki, nazwaną Nietykalnymi. Do grupy należą też młodziutki Andy Garcia oraz Sean Connery, który za swą rolę dostał Oscara, mimo iż grając Amerykanina o irlandzkich korzeniach mówi, jak to Sean Connery, najbardziej szkockim akcentem jaki możecie sobie wyobrazić.
Oczywiście, jest to kawał świetnego kina, który może nie angażuje zbyt wielu szarych komórek, ale też ich nie obraża. Wygląda to świetnie i też słucha się świetnie za sprawą muzyki Ennio Morricone, przeplatanej kompozycjami Duke’a Ellingtone’a. Jest to stuprocentowo amerykańskie kino – także z jego wadami, widocznymi dziś bardziej, kiedy w międzyczasie człowiek pozachwycał się kinem europejskim. Te klimaty westernowe, których tu sporo, są mi nie tylko kulturowo (co akurat oczywiste, kiedy mieszka się nad Wisłą), ale przede wszystkim estetycznie obce. Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że być może w rękach Martina Scorsese, który – patrząc całościowo na dokonania – jest jednak półkę wyżej niż De Palma (który, powiedzmy sobie wprost, nie zrobił dobrego filmu już od prawie 30 lat), ten film mógłby być jeszcze lepszy. Bo jeśli najlepszą sceną filmu jest de facto hołdem dla innego filmu (mówię tu oczywiście o słynnej scenie na dworcu, inspirowanej „Pancernikiem Potiomkinem”), to nie najlepiej świadczy to o filmie. No i na deser – chciałoby się trochę więcej w filmie tego Al Capone’a, a konkretnie De Niro grającego tę postać.
Summa summarum – rozumiem istotność historyczną tego filmu, czerpię przyjemność z jego oglądania, ale nie mogę powiedzieć że stawiam go na tej samej półce co np. „Forrest Gump” czy „Pulp Fiction”, które mogę oglądać zawsze i o każdej porze. Trochę innych doznań potrzebuję.
najlepszy moment: wiadomo
ocena: 8,25/10
