rageman.pl
Muzyka

Zara Larsson

gdzie: Torwar, Warszawa

kto: Zara Larsson

 

Wspomniałem wczoraj o korespondencyjnym pojedynku koncertowym dwóch księżniczek współczesnego popu. Dziś czas na drugą zawodniczkę.

Madison Beer jeśli przyrównaliśmy do Madonny, to Zarze Larsson chyba najbliżej do Kylie Minogue. Wprawdzie pochodzi nie z Australii a ze Szwecji, ale podobieństw jest znacznie więcej. Przede wszystkim jest to stuprocentowy pop. Pop radosny, pop kolorowy, pop bez silenia się na wielkie doznania artystyczne – co bynajmniej nie wyklucza faktu, że jest to pop robiony na najwyższym poziomie. I jest to pop wykonywany przez dziewczynę, której nie da się nie lubić – co potwierdzają koleżanki i koledzy z pracy, którzy mieli okazję ją poznać.

Inna sprawa, że, jeśli wnioskować po frekwencji, w Polsce lubi ją znacznie mniej osób niż Madison Beer. Rozumiem organizatorów którzy nie byli skorzy przenosić koncertu na inny obiekt, bo takie show – z wizualizacjami, dwiema platformami i szeregiem tancerek – trudno byłoby przenieść np. do takiej Progresji. Niemniej trochę przykro się patrzyło na to, gdy właściwie już od połowy płyta Torwaru świeciła pustkami. Pod tym względem trzeba uznać Madison za zwyciężczynię pojedynku. Mam też wrażenie, że o ile Madison wychowała sobie – przynajmniej w Polsce, ale sądzę że nie tylko – fanatyczne wielbicielki, które chcą wyglądać jak ona i są gotowe wydać tysiąc złotych na spotkanie z idolką, tak publika na Zarze była bardziej… casualowa, żeby nie powiedzieć „normalna”. I być może tu tkwi problem – na koncerty chodzą wyznawcy, nie fani piosenek z radia. I o ile może za czasów „Lush Life”, wciąż chyba największego hitu, tych zachęconych usłyszeniem tej jednej piosenki byłoby sporo, tak od jakiegoś czasu żaden z singli Zary nie wszedł na wyższą radiową rotację. Dość powiedzieć, że jeśli chodzi o Spotify, to w okolicach koncertu tylko jeden utwór wrócił do Top200 – tak, „Lush Life” właśnie, sprzed 10 lat.

Smucące to tym bardziej, że „Venus” – niedawno wydany trzeci album promowany tą trasą – to naprawdę kawał sympatycznego popu, a nie żaden flop (a przynajmniej w muzycznym, nie sprzedażowym kontekście). O czym można było się przekonać na samym koncercie, którego program zdominował właśnie ten najświeższy repertuar. Taki „End of Time” to nie tylko numer jak ta lala, ale też dowód że mimo iż zapewne Zara do krainy Mroku nigdy nie wejdzie, to słychać w tym pewną dojrzałość – nawet jeśli jest to bardziej dojrzałość dobieranych songwriterów. Ale tak, trzeba uczciwie przyznać, wystarczyło że sięgała w przeszłość by temperatura na koncercie znacznie wzrastała. Czy były to single z poprzedniego „Poster Girl” czy przede wszystkim utwory z debiutanckiego „So Good”. „I Would Like”, „Never Forget You”, a w bonusie jeszcze Jej feat u Clean Bandit, „Symphony” (swoją drogą szkoda że zabrakło „Like It Is” Kygo – moje 10 na 10 w kategorii „pop ostatniej dekady”) – rany, jak to są kapitalnie napisane melodie. Lata zajęło mi docenienie takiej muzyki – bo za młodu wyznawałem zasadę, że dobrą piosenkę trzeba napisać samemu, najlepiej na gitarze i w pocie czoła i reszty ciała. Może i te hity Zary pisał sztab ludzi, ale finalnie zaowocowało to utworami, które są koncentratem uczucia radości i euforii. No i co być może najważniejsze – trafiły w ręce osoby która udowadnia od lat (szwedzkie talent show podbija już od dziesiątego roku życia!) że śpiewać potrafi. I udowodniła to także na Torwarze – bo jeśli to był backtrack, to najlepszy jaki słyszałem na jakimkolwiek koncercie. Także w tej kwestii daje punkt Zarze.

Zatem kto wygrał ten pojedynek Madison vs. Zara? Parafrazując Hirka Wronę – wygrał Pop.

 

najlepszy moment: LUSH LIFE, jednak

ocena: 8/10

Leave a Reply