Madison Beer
kto: Madison Beer, Jann
Tak się jakoś ciekawie złożyło, że w przeciągu kilku dni, na tej samej Torwarowej scenie, wystąpiły dwie wokalistki, które pomimo młodego wieku już dość mocno aspirują do grania w popowej pierwszej lidze – choć ich patent na Pop różni się dość mocno. Trochę tak, jakby w tym samym tygodniu wystąpiły w Polsce Madonna i Kylie Minogue. Dziś zajmiemy się koncertem Madison Beer – tej, która w w tym korespondencyjnym pojedynku jest odpowiednikiem Madonny, nie tylko ze względu na podobieństwo imion.
Trochę się zdziwiłem widząc w moim podsumowaniu Spotify Wrapped na czołowych miejscach najczęściej słuchanych artystów właśnie Madison. Ale rzeczywiście dość dobrze mi się słucha Jej propozycji, którą określiłbym jako bardziej popową i uproszczoną wersję Lany Del Rey. O ile na wydanym w 2021 roku „Life Support” dominował niegłupi i bardziej mroczny niż kolorowy, ale jednak pop, tak już na ubiegłorocznym, świetnym „Silence Between Songs” słychać było że aspiracje Amerykanki są większe niż viral na TikToku i jedynka Billboardu. Idzie to w parze z samym głosem Pani Beer – tyleż zmysłowym, co eterycznym – no i urodą, której bliżej do Hollywoodzkich wzorców sprzed lat niż współczesnej girl-next-door. Dzięki tak zwanym „przywilejom pracowniczym” miałem okazję zarówno spotkać się osobiście z MD, jak i uczestniczyć w przedkoncertowym Q&A dla posiadaczy VIP pakietów. I jednak nie było tu sytuacji typu „pozory mylą” – nie mogę powiedzieć że wiało chłodem, ale dystans zdecydowanie był wyczuwalny. Swoją drogą, chyba na tym etapie bycia w branży mogę już wyciągnąć wniosek, że chyba „ten amerykański typ tak ma” – bo nawet taki pochodzący z UK Harry Styles, choć niewątpliwie gra już w czołówce popowej ekstraklasy, wydawał się być bardziej „w zasięgu” i byłem w stanie sobie wyobrazić wspólne wyjście na piwo. W przypadku Madison oraz innych gwiazd z USA już niekoniecznie.
Czy w jakikolwiek sposób rzutuje to negatywnie na ocenę tego, co działo się później na koncercie? Absolutnie nie. Przede wszystkim stwierdzić należy jedno – ta dziewczyna śpiewać potrafi i śpiewa jak anioł. Na ile za pomocą backtracków to już inna sprawa, na moje ucho raczej więcej było w tym „żywca” niż taśmy. Zwłaszcza że choreograficznie nie był to dla niej wymagający koncert. Ot, przejść się po (różowych) schodach w tę i z powrotem. Po bokach ów schodów umiejscowiony był zespół, w basic rockowym zestawieniu gitara/bass/perkusja. O czym o tyle warto wspomnieć, że momentami rzeczywiście było dość gitarowo, może nawet na poziomie zadowalającym czytelników „Teraz Rocka”. I co więcej, nie czuło się dysonansu, choć w teorii eteryczność średnio pasuje do łomotu.
Repertuar? Niemal calusieńki „BS”, zabrakło tylko „Dangerous” – nawet jak na koncert promujący nowy album jest to dość wyjątkowa statystyka, świadcząca o wyjątkowej wierze w aktualnie obrany kierunek muzyczny. O ile materiał z „Life Support” poszkodowany nie był, bo też sporo z niego usłyszeliśmy (m.in. „BOYSHIT”), tak już z wydanego niezależnie, debiutanckiego „As She Pleases” zabrzmiał tylko „Tyler Durden” i to dość niepostrzeżenie, w połowie koncertu. Znacznie lepiej wypadł „Make You Mine” – ostatni singiel, a zarazem już teraz największy hit w dotychczasowej karierze. Wbrew temu co pisałem na początku, dobrze że Jej się taki globalny przebój przytrafił, bo dziewczyna zasługuje na więcej niż tylko amerykańską karierę. Setlistę uzupełnił zagrany z własnym bratem i jemu dedykowany „Ryder” oraz… „Happy Birthday”, wszak był to dzień urodzin wokalistki. Zabrzmiało też „Sto lat”, co, biorąc pod uwagę deklarowane wcześniej przez Madison korzenie polskie, było dość na miejscu.
Warto w tym miejscu odnotować supporty. O ile pierwszy z nich odpuściłem, tak już na Jannie uznałem że wypada być. Wszak nie tak często się zdarza, by support z Polski był jednocześnie supportem na całej europejskiej trasie. Ale też mówimy o chłopaku, którego kariera po (przegranych!) preselekcjach do Eurowizji nabrała takiego rozpędu, że do walki o jego podpis na kontrakcie przystąpili nie tylko najwięksi gracze z Polski, ale przypuszczam że też prędzej czy później zagranica się o niego upomni. Powiem tak – szczerze mu tego życzę, by piął się coraz wyżej. Bo to, że potencjał jest ogromny, to fakt nie opinia, tak artystyczny jak i sprzedażowy. Ale też przy okazji mam nadzieję, że większa wytwórnia zorganizowałaby mu też odpowiedniego producenta, który oszlifowałby ten diament. Który mnie momentami przytłaczał jakimś ciężko definiowalnym chaosem pomysłów. Ale może to też kwestia, że chyba najlepsze nagłośnienie zarezerwowano dla Gwiazdy Wieczoru.
najlepszy moment: MAKE YOU MINE lub HOME TO ANOTHER ONE
ocena: 8,25/10
