Roger Waters – Amused To Death
rok wydania: 1992
wydawca: Columbia
elo. pare dni temu mowilismy o Davidzie Gilmourze, przy okazjinapomknelismy o jego koledze (bylym) z Pink Floyd, nudziadzu Rogerze Waters. wiec oto dzis „Amused To Death”.
jak tez wspominalismy, Watersowi solo powodzilo sie znacznie lepiej niz jego kolegom rowniez kombinujacy „na boku”. powodzilo sie lepiej zarowno komercyjnie, jak i, mimo wszystko, artystycznie. czego ta plyta najlepszym dowodem.
otoz caly moj problem z Watersem polega na tym, ze ciezko mi sie slucha jego zgorzknialych wynurzen, pompatycznych piosenek z minimalna iloscia muzyki w muzyce. ja tam nie jestem wielkim fanem „The Wall”, choc w porownaniu z „Final Cut” to Sciana rzeczywiscie jest dzielem sztuki. to co najbardziej jednak drazni w tych plytach to to, ze tak malo bylo tam reszty zespolu. a to chemia miedzy watersem, gilmourem, wrightem i masonem stanowila o sile dziel sygnowanych nazwa Pink Floyd.
malo komu odpowiadal taki kierunek Rozowego Flojda. dlatego wszyscy fani Muzyki odetchneli z ulga, gdy Waters powiedzial swoim kolegom „pa pa” i zaczal swoje dzwiekowe pretensje do swiata podpisywac wlasnym nazwiskiem. mozna bylo obiektywniej spojrzec na to, co chce powiedziec. o ile „Pros And Cons Of Hitchhiking” mozna nazwac niesmialymi przymiarkami, tak juz „ATD” jest wlasnie TA PLYTA. ba, moze nawet jego dzielem zycia?
wspominalismy tez, ze i komercyjnie zaczelo sie Watersowi lepiej powodzic. co zaowocowalo tym, ze mogl sobie zaprosic do studia kogo tylko chcial. no i pozapraszal. lista plac jest dluga. DLUGA. no ale kto by nie chcial wystapic na plycie najslynniejszego kolesia z Pink Floyd? kogo tu nie mamy… wszedobylscy Jeff Porcaro i Steve Lukather z Toto, Randy Jackson (ten co teraz juroruje w amerykanskim Idolu), Don Henley z Eagles, w chorkach wokalistka Brand New Heavies, lacznie chyba z 30 nazwisk. a ponoc nawet Flea z Papryczek sie zjawil w studiu, choc jego partie koniec koncow na plyte nie trafily. najbardziej chyba jednak wyroznia sie Jeff Beck na gitarce. magik.
teoretycznie to Watersa slychac tylko w wokalach, pare razy chwycil za gitarke. teoretycznie. bo praktycznie to znow jest to ponadgodzinne zrzedzenie, pompatyczne wynurzenia Watersa, tylko w tle ciut wiecej sie dzieje. no i jest to wszystko kapitalnie wyprodukowane, bo korzystano z przelomowego w tym czasie mixu Qsound. efekt? nawet na glosniczkachw kompie wybuchy armatnie, dzwieki rozlozone po kanalach brzmia okazale. nie mowiac juz o audiofilskim sprzecie…
no i co najwazniejsze w kontekscie watersa – koncept jest ciekawy. tym razem jeden wielki diss na media i oglupienie ludzkie nimi spowodowane. bo moze i waters jest zgorzknialy i nawet kolende zaspiewalby cierpietniczym glosem, jednak same teksty sie bronia tu jak rzadko kiedy.
zastanawiam sie tylko, czy kiedys Waters nagra piosenke, w ktorej bedzie slychac ze jest z czegos zadowolony?
najlepszy moment: WHAT GOD WANTS, PART I
ocena: 7,5/10