Rage Against The Machine – The Battle Of Los Angeles
rok wydania: 1999
wydawca: Epic
pamietam. pierwsza klasa liceum. ja siedze na lekcjach jak na szpilkach. bo wiem, ze tego samego dnia w muzycznym na Dlugiej „The Battle Of Los Angeles” juz bedzie dostepna, pare dni przed oficjalna premiera. a przeciez to byl rok ’99, juz byl internet. no ale nie tak rozwiniety, jeszcze nie tak dostepny, jeszcze nie tak szybki, wiec nikt nie wpadal na pomysl masowego sciagania muzy przez net. wtedy naprawde sie jeszcze czekalo na premiere plyty, by pobiec do sklepu i w domu odpalic na magnetofonie nowy nabytek. kurde, wlasnie sobie przypomnialem, ze kiedys istnialy Sklepy Muzyczne. ah.
no ale moze cos o samej plycie. kazali na siebie poczekac. niby nie tak dlugo jak na „Evil Empire”, ale 3 lata to jednak potrafia sie dluzyc. oczekiwanie bylo tym wieksze, bo przeciez to mial byc ich album typu „byc albo nie byc”. niby to byla era nu-metalu, ktora ratm w jakims stopniu zainspirowal. ale czy to od razu oznacza, ze po dla wielu rozczarowujacym „Evil Empire” rejdze beda potrafili jeszcze czyms zaciekawic? okazalo sie, ze tak. ba, nawet i zachwycic. debiut na 1 miejscu Billboard to osiagniecie, ale tak poczynic potrafi tez i Whitney Houston. natomiast znalezc sie w rankingach najlpszych plyt zarowno ’99, jak i w historii muzyki w ogole, to juz sztuka dostepna dla prawdziwych mocarzy.
klucz do sukcesu? pogodzenie sie z melodia. uswiadomienie sobie, ze kto mial ich uwazac za sprzedawczykow, buntownikow dla dzieciakow z dobrych domow, tak czynil juz na wysokosci debiutu, a cala reszta czekala na album ratm, ktory bedzie mozna sluchac z przyjemnoscia. wygladzenie brzmienia. uproszczenie kompozycji, odkrycie urokow schematu zwrotka-refren. no i inkorporacja czegos, co mozna okreslic terminem Funk. ta plyta buja jak jasna cholera! funk metal? jak najbardziej.
czasem sie zastanawiam, choc wiem ze to herezja, czy ta plyta, przy calej swej przebojowosci, nie jest jednoczesnie jeszcze bardziej pomyslowa niz debiut. przeciez gitara morello w „Calm like a bomb” to czysty geniusz. a rokendrolowy jak nigdy riff „Sleep now in the fire”? a stuporocentowo hiphopowy „mic check”, gdzie poklad kaze wciz sprawdzac w ksiazeczce, czy aby wciaz „All sounds made by guitar, bass, drums and vocal”? roznorodni jak nigdy. przy czym nie odcinaja sie od przeszlosci – „Maria” moglaby sie spokojnie znalezc na „Evil Empire”, natomiast „war within a breath” to stara szkola budowania numerow pokroju „bullet in the head” i „freedom”.
hajlajty? poza wymienionym „sleep now in the fire” calkiem niezle radza sobie umieszcozne na samym poczatku single „Testify” i „guerrilla radio” (ten drugi zgarnal drugie grammy w karierze ratm). dla mnie jednak absolutnie rzadzi „ashes in the fall”. pomyslowosc introwego dzwieku wydawanego przez morello (jak i zreszta calej jego pracy gitarowej w tym kawalku) moze wpedzic w kompleksy domoroslych gitarzystow. narastajace uczucie niepokoju kazacego przypuszczac, ze cos tu zaraz wybuchnie. i rzeczywiscie: fragment 2:43- 3:39 to taki rozpierdol wokalno-instrumentalny, ze za kazdym razem mam totalnego dreszcza w tym fragmencie. dla takich dzwiekow warto byc rokendrolowcem. dodatkowo sam koniec z duetem pokrzykiwan zacka w jednym kanale i zajadlym cedzeniu tytulowych slow…. gosh.
zwazywszy na to, ze taki debiut jak „ratm” nagrywa sie tylko raz, naprawde nie mialbym nic przeciwko, gdyby na potencjalnej nowej plycie poszli w kierunku zapoczatkowanym przez „TBOLA”.
najlepszy moment: ASHES IN THE FALL
ocena: 9,5/10