In Memoriam: Jeff Beck (24.06.1944-10.01.2023)
Czym kierujemy się słuchając muzyki? Co decyduje o tym, że sięgamy po taki a nie inny album/utwór? Większość odpowie że kwestia gustu, czasem nastroju i jest to generalnie prawidłowa odpowiedź. Ale sprawa nie jest tak oczywista kiedy lat ma się naście lub jeszcze mniej. Błogosławieni ci, którym rodzice za dzieciaka puszczali The Beatles czy Chopina – przeważnie jednak w wieku dziecięcym słucha się tego co rodzice puszczą, co w kontekście kraju disco polo i polskim rege płynącym nie brzmi optymistycznie. Ale ok, przyjmijmy że z domu wynieśliśmy zamiłowanie do Fab Four i muzyki klasycznej. Idziemy do szkoły, podstawowej bądź licealnej, i tu przeważnie jest krótka piłka – albo słuchasz tego co większość, albo siadasz w ostatniej ławce i na przerwie bujasz się sam. Wprawdzie z mojej obserwacji wynika że dzisiaj subkulturowość zanika (i w sumie całe szczęście), ale wciąż czynnik zewnętrzny jest dość decydujący w kształtowaniu się naszego gustu.
Skąd ten wstęp? Otóż jest pewna grupa wykonawców, którzy mają niemal zerowe szanse trafić do młodzieży, a i ich popularność wśród starszaków nie jest tak oczywista – szczególnie w Polsce, gdzie gusta kształtują od lat redaktorzy Trójki. Jednym z takich wykonawców jest Jeff Beck. Znacie kogoś kto miałby mniej niż 20 lat i deklarował się jako Jego fan? Jestem przekonany że nie. Jeff Beck nie grał w żadnym cool (czy tego epitetu jeszcze dziś się używa?) zespole pokroju Led Zeppelin. Nie był też ulubieńcem Piotra Kaczkowskiego, więc bardzo możliwe że o ile Twój Stary nie jest psychofanem muzyki, to może zwyczajnie go nie kojarzyć. I tak sobie przez te lata Pan Beck żył na obrzeżach świadomości pokoleń słuchaczy, także mojej. Aż w pewnym późnym momencie życia, bo już mając dwójkę z przodu, odkryłem w archiwach mego ojca koncertowe DVD. Ono już tam dość długo się znajdowało, ale dopiero wtedy, mając przesłuchane wszystko w zasięgu kilkuset metrów (przypominam, kiedyś się słuchało muzyki na nośnikach fizycznych), postanowiłem dać szansę wydawnictwu. I to było najlepsze z możliwych wprowadzeń w Beck-wersum.
Nie ma co ukrywać: w kategorii komponowania muzyki Beck ewidentnie ustępuje Page’owi czy Claptonowi – o ile miarą jest ilość powszechnie znanych utworów. Jasne, trudno zwojować listy przebojów muzyką instrumentalną, a taką przede wszystkim już od lat 70-tych tworzył Beck. Ale nawet jeszcze za czasów The Jeff Beck Group, z Rodem Stewartem na wokalu, nawet nie zbliżył się do sukcesów jakie były udziałem jego byłych kolegów z The Yardbirds. Z drugiej jednak strony – to właśnie jego karierę można uznać nawet jeśli nie za najciekawszą to przynajmniej za najbardziej hm stabilną. Podczas gdy Page stał się niewolnikiem dziedzictwa Led Zep, a Clapton zdziadział przeokrutnie, Beck zbliżając się do 60-tki potrafił żenić muzykę gitarową z elektroniką. Na koncertach odnajdywał się zarówno w niemal metalowych brzmieniach, jak i w triphopowych. Page i Clapton zapewne nie potrafiliby żyć bez bluesa, Beck pokazywał przez lata nawet jeśli jego jestestwo muzyczne żywi się twórczością innych, to na pewno nie musi to być tylko klepanie bluesowych standardów. Beck uwielbiał muzykę, ale i Muzyka uwielbiała jego. Zobaczmy tylko listę jego współpracowników: Mick Jagger, Apollo 440, Kelly Clarkson, Ozzy Osbourne, Joss Stone, Kate Bush, Roger Waters, Morrissey… A ostatnią płytę nagrał z nikim innym jak Johnnym Deppem, jego przyjacielem za którym się stawiał kiedy wszyscy, nie czekając na wyrok, odcinali się od niego.
Jeff Beck był ubercool. Nie zapraszam do dyskusji bo nie ma o czym.